Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DĘBNIKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DĘBNIKI. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lipca 2018

Bistro Praska

ADRES: Jana Pietrusińskiego 2, Kraków
KUCHNIA: europejska, polska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 16-43PLN
W INTERNECIE: facebook | www










W pełni sezonu turystycznego raczej unikamy głośnego, tłocznego centrum. Szukamy miejsc na krakowskich osiedlach, lecz wciąż za dużo ich tam nie ma. W tym wąskim gronie znajduje się przez większość chwalone Bistro Praska, schowane nieco na jednej z dębnickich ulic.

Sam lokal jest nieduży, urządzony skromnie, prosto, ale estetycznie i przytulnie. Doskonale wpisuje się w klimat osiedlowej restauracyjki - luźno, wygodnie, swojsko. Praska dysponuje dużym ogródkiem z przodu, jak i z tyłu posesji. Tył jest bardzo prorodzinny - wielka piaskownica, plac zabaw, hamaki, zakaz palenia (w ogrodzie też obowiązuje i osobiście jestem bardzo na tak). Jeśli nie przepadacie za maluchami biegającymi niczym małe samochodziki, które od czasu do czasu was szturchną, czy zaglądną w talerz to to miejsce nie jest dla was :) Dla zmotoryzowanych dostępny jest duży parking obok budynku lub stojak na rowery.

Menu nam się podoba, bo widać, że korzystają z sezonowych darów natury. Pojawiają się one w większości dań, a i same potrawy są dość ciekawie skomponowane. Kuchnia europejska, mocno oparta na tym co polskie i włoskie. Zjemy zupę rybną lub rosołek, sałatkę z wędzonym filetem gęsim. Na danie główne mogą być kopytka z boczkiem i bobem, ruskie pierogi lub domowy makaron pappardelle z polędwicą wołową. Dobrą obiadową opcją będzie makrela z pieczonymi warzywami, żebra BBQ lub wołowe poliki. Jest i pizza, oczywiście. Każdy lubi, więc jest. Na deser zjemy domowe ciasto (każdego dnia kilka do wyboru), lub mus z białej czekolady. Bistro Praska ma też króciutką, ale bardzo przystępną kartę win.

Botwinka królową wczesnego lata, trzeba więc było wziąć tę zupę (12PLN), bardzo w klimacie. Pyszna! Prosta polewka z mocnym, słodko-kwaśnym aromatem młodego buraka, którego tu nie pożałowano. Z kilkoma ziemniaczkami i śmietaną, to taki sentymentalny, domowy talerz. 
Spróbowaliśmy też tatara dymionego wiśnią (24PLN) i tu już pojawiły się schody. Mięso mielone, nie siekane, nieperfekcyjnie oczyszczone (ale bez dramatu), kolor blady, ale smak w porządku. To znaczy jakość samego mięsa dobra, bo dosmaczyć trzeba było sobie samemu solą i pieprzem. Pierwotnie niedoprawiony jest niczym. Na mięsie szprotka i żółtko od przepiórki, a obok tradycyjnie cebulka i  grzybki. Nie był to nasz najlepszy tatar, ale i nie najgorszy.
Jako, że trzeba ogarnąć formę przed wakacjami wyjątkowo postawiliśmy na sałatkę w roli głównego dania. I to był wybór dobry. Padło na tę z czarną soczewicą, serem feta, kaszą pęczak, młodym burakiem i nasionami z dyni i słonecznika (22PLN). Jak za taki pieniądz porcja ogromna, rzeczywiście na danie główne w sam raz. Fajnie skomponowana, żaden składnik nie dominował za bardzo, wszystko łączyło się w zdrową, lekką i dobrą całość. Tej smakowej sielance wtórował jeszcze rześki, cytrynowo-miodowy dressing.
Jako, że nie samą trawą człowiek żyje zjedliśmy też królika duszonego z kurkami, groszkiem cukrowym i marchwią (33PLN). Dobrze, że w tym daniu nie było jeszcze zapychacza w postaci ziemniaków, czy innych klusek, po porcja znów zacna i wystarczająca nawet dla mnie. Mięsko pyszne. Miękkie, aromatyczne, dobrze i długo duszone. Warzywa ugotowane w punkt. Ale kurki... biedne. Zmaltretowane zamrażarką, przez co były gorzkie, twarde i mocno zaszkodziły w odbiorze tego dobrze aspirującego dania. Może nie jest to pełnia sezonu na te grzybki, ale da się zdobyć je świeże, by unikać takich właśnie wpadek.
Jako, że cały obiad był w konwencji letniej skusiliśmy się jeszcze na tartę rabarbarową (9PLN), jedno z ciast dnia. Na kruchym spodzie i z kruszonką oblaną karmelem z wierzchu. Pośrodku kwaśny owoc i czego chcieć więcej... Pyszka!

Z podziwem patrzyliśmy na jedyną obsługującą tego dnia cały, pełny ogródek kelnerkę. W biegu zbierała talerze i panowała nad zamówieniami z wieloosobowych stolików. Wszystko szło sprawnie, szybko, wręcz mechanicznie (przy takim obłożeniu trudno się dziwić), ale bez pomyłek.

Bistro Praska ma w sobie to coś, co sprawia, że przyjemnie będzie tam od czasu do czasu wrócić. To miejsce spotkań dla rodzin, odskocznia od zgiełku miasta. Brak tu nowoczesnego nadęcia, geometrycznego do bólu designu i dań składanych pęsetą. Jedzenie może nie jest wybitne, ale (mimo niektórych wpadek) jest tak po prostu, zwyczajnie, konwencjonalnie dobre. Warto się wybrać, polecamy!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 7/10








xoxo
Magda

poniedziałek, 31 lipca 2017

Streat Slow Food KIOSK

ADRES: Kościuszki (Most Dębnicki), Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery, street food
ZAKRES CEN: 16-23PLN
W INTERNECIE: facebook









Bardzo podoba mi się idea Streat Slow Food. Własna hodowla warzyw, składniki bez chemii i konserwantów, wspieranie lokalnych dostawców. Porządnie, nieprzypadkowo i ekologicznie. Brzmi świetnie! Ale jak smakuje? Korzystając z pogody idealnej na street food postanowiliśmy wreszcie to sprawdzić.

Oprócz food trucków, które stacjonują w różnych miejscach w zależności od dnia tygodnia (dokładne info na facebook'u) SSF ma stały punkt na ulicy Kupa 10. Jest też mały KIOSK przy Moście Dębnickim naprzeciwko Jubilatu, nieco ukryty w zieleni. I my byliśmy właśnie tam.
O wystroju nie ma co pisać. Mała budka z kilkoma miejscami siedzącymi w środku i na zewnątrz. Ważne, że jest czysto i estetycznie. Warto za to wspomnieć, że KIOSK jest rzut beretem od Wisły i bulwarów. Doskonałą opcją będzie zatem zabranie jedzonka na wynos i zjedzenie go lokując się na trawce przy rzece z widokiem na Wawel. My tak zrobiliśmy i tak polecamy.

W menu same burgery, a jest ich czternaście. Wszystkie mają wołowinę (jeden wyjątek jest z kurą). Miłośnicy amerykańskiej burgerowej klasyki będą zadowoleni, bo jak najbardziej ją tu znajdą (np. Cheeseburger z serem, pomidorami, piklami, sałatą, majonezem i ketchupem). Warte uwagi są również kompozycje autorskie jak Pumpkin z piklami rzodkiewkowymi i dynią pieczoną w miodzie z rozmarynem, czy Batataj z batatem, bekonem i chutney mango.

My trochę poszliśmy w klasykę, a trochę nie... Klasyczny był ElPicante (22PLN; wołowina, chorizo, jalapeno, avocado, pomidor, pikle, sos mole, majonez), a szalony Rumburak (20PLN; wołowina, burak, ser feta, rukola, chutney wiktoriański, majonez). Do tego oczywiście fryty (7PLN za dużą porcję jeśli kupujemy w zestawie z burgerem).
I w pięknych okolicznościach przyrody pochłonęliśmy te dwa giganty momentalnie. Bo takie były dobre! Gdybym miała na siłę się do czegoś uczepić to byłoby to doprawienie mięsa, a raczej jego brak. Ale biorąc pod uwagę całość to marny szczegół - świeża, w punkt ugrillowana wołowinka w sumie tej soli do szczęścia nie potrzebowała.
ElPicante był pikantny, ale tylko troszkę; ta opcja podejdzie amatorom burgerów na nutę meksykańską. Miłe zaskoczenie to oryginalny Rumburak - trochę na słodko, ale jednak nie do końca, bo ser feta dołożył tu cierpkie dwa grosze. Ciekawy, udany, chcę go zjeść ponownie.
No i rzeczywiście - składniki z pierwszego sortu i to się czuje. Wszystko świeże, świeżutkie, pyszniutkie!
Odpowiedzialne za pełen sukces są tu też sosy - naturalne, robione na miejscu, bardzo dobre.
Bułka bardzo spoko - płaska (więc łatwa w konsumpcji), ale pełna w środku i chrupiąca. Taką bym sobie życzyła w każdym burgerze, wszędzie. Nie ma to nic wspólnego ze sztucznie napompowanymi, bułkopodobnymi tworami z fast foodów.
Frytki ok, ale przeszły bez echa. Podobnie firmowa lemoniada (4PLN), która powinna być jednak zimna (nie rozumiem czemu jest z tym ostatnio taki problem, wszędzie dają ciepłe picie!).

Pani z KIOSKu miła, a zamówienia realizowane są bezzwłocznie (czekaliśmy niecałe 15 minut). Przy okazji można podglądać proces tworzenia burgerów.

Biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny te burgery wypadają oszałamiająco dobrze. Za około 20PLN dostajemy ogromną bułę napakowaną naprawdę dobrymi jakościowo składnikami. Ekipa Streat Slow Food sama definiuje się w kilku słowach: proste i uczciwe jedzenie. I cóż... oni nie kłamią :) Jest dużo, jest dobrze i jest uczciwie.

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 6/10
CENY: 9,5/10

Ocena ogólna: 8/10




xoxo
Magda

niedziela, 23 kwietnia 2017

Hoang Hai

ADRES: Zamkowa 1, Kraków
KUCHNIA: azjatycka, wietnamska, chińska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 12-40PLN
W INTERNECIE: www | facebook


Kto z nas nie ma czasem ochoty na porządnego 'chińczyka'? I w tym temacie krakowska gastronomia daje nam duży wybór, bo chyba każda dzielnica ma w zanadrzu przynajmniej jeden chińsko-wietnamski bar. Wśród nich jednym z popularniejszych jest Hoang Hai - dobrze widoczny z głównej drogi, z widokiem na Wisłę i Wawel, sąsiad z naprzeciwka Pizzy Garden. My już od dawna wiemy, że ta popularność jest jak najbardziej zasłużona. Zamawiamy zazwyczaj na wynos i zawsze jest dużo, chińsko i smacznie. Taki nasz azjatycki klasyk w mieście :)

Niedawno wybraliśmy się do Hoang Hai, by zjeść stacjonarnie. Wnętrze jest oczywiście bardzo, ale to bardzo azjatyckie i wszystko co związane z orientem jest tam mile widziane. Czerwone, chińskie lampy (dużo lamp) dbają o czerwone oświetlenie pomieszczeń. Ściany obito czerwonym materiałem (który niestety jest już bardzo zniszczony i brudny). Do tego mnóstwo obrazów wszelkiej maści, japońskie parawany, ciężkie stoły (bardzo niewygodne, zdecydowanie za wysokie w stosunku do krzeseł). Jest kiczowato i przaśnie, ale przez to również autentycznie, ponieważ bary z jedzeniem w Pekinie, czy Sajgonie wyglądają praktycznie tak samo jak ten nasz, krakowski.

Menu wydaje się nie mieć końca co również jest dość charakterystyczne dla miejsc tego typu. Kurczak, wieprzowina, wołowina na dziesiątki sposobów (w sosie słodko-kwaśnym, pięc smaków, po seczuańsku, po wietnamsku, curry itd.). Rarytasy w postaci kaczki po tonkińsku, czy żabich udek. Duża sekcja ryb i owoców morza. Każde danie główne zawiera w zestawie ryż oraz typową surówkę. Mnóstwo zup i przystawek (sajgonki, pierożki). Są i dania w stylu tajskim. A na słodko ananas lub banan w cieście kokosowym.

Zaczęliśmy od ryżowych pierożków Ha Cao z nadzieniem krewetkowo-mięsnym (8,80PLN za 4 sztuki). Jestem fanką grubego, porządnego ciasta ryżowego gotowanego na parze, więc to danie bardzo mi zasmakowało, chociaż farsz nieco w nim zginął. Pierożki polano całkiem dobrym ciemnym sosem orientalnym.
Wołowina w sosie pięciu smaków (19,70PLN) była w porządku jeśli chodzi o jakość i smak mięsa, ale sos podejrzewam o dużą zawartość syntetycznej przyprawy z torebki. Dodatkiem do mięsa były groszek i kukurydza konserwowa oraz gotowana marchewka w kostce (raczej z mrożonki). Jednak biorąc pod uwagę ogromną porcję i cenę dania i tak wypadło ono pozytywnie.
Wciąż mając w pamięci bardzo dobry stek z rekina, który kiedyś zamówiłam w dostawie tym razem też wybrałam rybę. Tilapię po wietnamsku cha ca la vong (21,50PLN) podano na jeszcze skwierczącym, gorącym półmisku. Była to bardzo duża porcja bardzo dobrej białej ryby w cienkiej panierce z lekko chrupką marchewką (tym razem nie z mrożonki), bambusem i kiełkami. Fajne, porządne danie, którym spokojnie najadłyby się dwie osoby.
Do każdego z dań podawany jest ryż (jakość może nie najwyższych lotów, ale jest dobrze ugotowany i smaczny) oraz klasyczna surówka z kapusty i marchewki, której nigdy nie byłam fanką, ale w wersji Hoang Hai nawet jestem w stanie ją zjeść, bo jest zawsze świeża.
O ile mięsa i ryby są tutaj naprawdę dobre tak nigdy nie zachwalałam ich sosów. Mimo, że smakowo są w porządku czuć w nich ogromną ilość chemii (nieśmiertelny glutaminian sodu), bywają galaretowate i nieprzyjemne. Często rezygnuję z dodawania ich do swoich dań jeśli podawane są w osobnych pojemniczkach.

Kilka dni po wizycie zamówiliśmy na wynos obiad składający się z klasyków serwowanych w słynnych 'chińczykach'.
Tajska pikatna zupa rybna z mleczkiem kokosowym (7,50PLN) była bardzo smaczna, dobrze przyprawiona, z przyjemną rybą w cieście. Mleka kokosowego nie poskąpiono.
Kurczak w cieście kokosowym (16,80PLN) to kilka cienkich, soczystych (całe szczęście, że nie suchych!) filetów w chrupiącej, słodkiej, kokosowej panierce. Bardzo dobra opcja, którą można zamawiać w ciemno.
Fajne były też chrupiące kalmary w pikantnym sosie (26,20PLN). Chociaż nieco gumowate, w połączeniu z przyjemnym chrupkim ciastem w roli panierki tworzyły w sumie dobre danie.
Oczywiście jak zawsze porcje były ogromne.

Obsługa jak najbardziej pasuje do całej konwencji azjatyckiego baru, a zatem jest bardzo nieformalna. Panie są uprzejme, ale na przykład o płatność rachunku podczas wizyty na miejscu najczęściej musimy zadbać na własną rękę zgłaszając się do baru. Załoga nie przywiązuje dużej uwagi do kompleksowej obsługi kelnerskiej spełniając minimum standardów, ale jakoś szczególnie nam to nie przeszkadzało. Na zamówione dania czeka się krótko i dotyczy to również opcji na wynos, czy w dostawie. Hoang Hai bez problemu dowozi jedzenie praktycznie na teren całego miasta (jeśli odległość jest spora doliczane są drobne opłaty).

Kiedy mamy ochotę na porządne, azjatyckie jedzenie dostarczone do drzwi w Hoang Hai można zamawiać w ciemno. Na miejscu też jest ok, ale ten specyficzny klimat trzeba po prostu lubić i podchodzić do niego z dystansem, by czuć się tam dobrze. Ale najważniejsze jest przecież jedzenie, które w tej cenie i ilości jak najbardziej daje radę!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 6,5/10
WYSTRÓJ: 4/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 7,5/10











xoxo
Magda

piątek, 16 grudnia 2016

Restauracja Armeńska

ADRES: Zygmunta Krasińskiego 8, Kraków
KUCHNIA: ormiańska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 18-49PLN
W INTERNECIE: www | facebook



Całkiem niedawno przy jednej z najbardziej głośnych i ruchliwych ulic w mieście powstała Restauracja Armeńska. Miejsce może nie jest zbyt zachęcające, ale za to łatwo się tam dostać za pomocą MPK, a właściciele zadbali o parking dla zmotoryzowanych (w bramie kamienicy). Lokal znajduje się w piwnicy, więc jest w pewien sposób odizolowany od wiecznego zgiełku alej.

Wnętrze restauracji jest dość mroczne (uroki piwnic), ale niepozbawione etnicznych, wschodnich elementów takich jak wzorzyste obrusy, gliniane figurki, kilka obrazków na ścianach. Armeńska muzyka dodaje klimatu, ale mimo wszystko coś mi się w tym wnętrzu nie zgadza... Być może nowoczesne meble i podświetlana podłoga w jednej z sal trochę psują atmosferę powodując niepotrzebne kontrasty. W przypadku bogatego folkloru jakim może pochwalić się Armenia niemal goła cegła ścian nie zachwyca. Nie pomaga również niemiła woń piwnicznej stęchlizny, którą czuć od progu.

Nie zniechęcając się atmosferą zajrzeliśmy do menu i tak jak się spodziewaliśmy jest tam mnóstwo prostych, mięsnych potraw. Kuchnia kaukaska to swoisty mix dań tureckich, gruzińskich, greckich, ukraińskich, z bukietami aromatycznych przypraw i głębokich smaków. Tolma ('gołąbki' w liściach winogron), czochobili (mięso z kurczaka z cebulą i pastą pomidorową), chaszlama (bogata zupa/potrawka z jagnięciny lub wołowiny) to tylko kilka pozycji z obszernego menu. Kebaby, porcje mięs z grilla i jednogarnkowe, syte mięsiwa w sosach również zajmują sporą część karty. Wśród deserów królują ciasta ściśle związane z miodem i orzechami.
Karta win, chociaż krótka, zachęca do skosztowania ormiańskich trunków z jeżyn, czy granatu. Trzy pozycje serwowane są na kieliszki, a cena za butelkę to 40 lub 60PLN (duży plus za to). Zdecydowaliśmy się na kieliszek jednego z czerwonych win wytrawnych (8PLN za 100ml), które jednak nie zachęciło nas do sięgnięcia po całą butelkę - było ciężkie i płaskie, do zniesienia wyłącznie w towarzystwie czerwonego mięsa.

Zaczęliśmy od zup, które okazały się strzałem w dziesiątkę. Moja solianka (11PLN) była odpowiednio kwaśna i świetnie przyprawiona, z aromatycznymi kawałkami niezłej kiełbasy, z ogórkiem i zielonymi oliwkami. Wszystko współgrało z sobą jak należy, no i nie zawahałam się wzbogacić tej polewki śmietaną podaną w osobnym naczyniu. Gwiazdą drugiej zupy - piti (17PLN) była genialna, delikatna jagnięcina. Dobrze doprawiony wywar z mięsem i ziemniakami był naprawdę świetną, rozgrzewającą, ale i sycącą przekąską. W obu zupach odnaleźliśmy domowe, prawdziwe smaki Armenii, zatem z daniami głównymi wiązaliśmy spore nadzieje.
Zaryzykowałam i zamówiłam Tyżwyżyk (19PLN) - wołowe serca i wątrobę w paście pomidorowej z cebulą, do tego porcja ryżu (6PLN). No i niestety dobre wrażenie po zupie zgasło już po pierwszym kęsie dania głównego. Podroby nie są łatwą sztuką w kuchni, więc jak nie potrafi się ich przyrządzać to nie powinno się mieć ich w karcie... Wszystkie kawałki w moim daniu były twarde i gumowe niczym podeszwa kalosza, a do tego zdominowała je gorycz. A szkoda, ponieważ pasta pomidorowa miała fajny smak, ryż również był dobrej jakości. Dania jednak nie byłam w stanie skończyć, a właściwie poddałam się zaraz po spróbowaniu podrobów.
Po drugiej stronie stołu na szczęście było lepiej. Mix grill (39PLN) zawierał 3 solidne kawałki mięsa (kurczak, wołowina, wieprzowina), a każdy z nich został dobrze zgrillowany i odpowiednio przyprawiony. Małe zastrzeżenie można mieć jedynie do lekko twardawej wołowiny, bo pozostałe porcje były soczyste i nieprzeciągnięte. Do tego frytki (według jędzącego w porządku), grillowana papryka oraz świeże warzywa. Danie jak najbardziej dało się zjeść i to ze smakiem. To idealny dowód na to, że proste rozwiązania zazwyczaj są najlepsze, również w kuchni.
Do obiadu zamówiliśmy lawasz (6PLN), czyli ormiańskie, mączne pieczywo w postaci płaskich placków. Tu znów nastąpił zawód, ponieważ placki nie były pierwszej świeżości i ponownie budziły skojarzenia z gumowym tworzywem.
Na koniec zamówiliśmy ciasto miodowe (8PLN), które nie do końca nam się spodobało. Bardzo słodkie, ale bez posmaku miodu, twarde i z aromatem lodówki z wędliną lub innych, kuchennych, ciężkich zapachów nie pozostawiło po sobie dobrego wrażenia.

Ostatnio mamy szczęście do początkujących kelnerów :) Obsługiwał nas młody mężczyzna ewidentnie na początku kariery w gastronomii. Pojawiły się błędy i gafy, ale pan przynajmniej starał się być miły.

Restauracji Armeńskiej kibicujemy, ale na razie nie zawitamy tam ponownie. Wystrój i podroby skutecznie mnie wystraszyły, w ogóle cała oprawa graficzna, karta, jakość i sposób podania dań wygląda tak, jakby ktoś bardzo chciał, aby było dobrze, lecz nie wie jeszcze do końca jak to zrobić. Krakowska gastronomia to rynek ogromny, ale i trudny. Nie chcę być złą wróżką, ale z tak nierówną kuchnią może być ciężko. Obym się myliła! Bo kuchnia kaukaska to coś, czego wciąż jest w naszym mieście za mało.

JEDZENIE: 4,5/10
OBSŁUGA; 5/10
WYSTRÓJ: 3/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 5/10









Magda

czwartek, 26 maja 2016

Pizza Garden

ADRES: M.Konopnickiej 11/1, Kraków
KUCHNIA: włoska
ZAKRES CEN PIZZY: od 18PLN ~
W INTERNECIE: facebook | strona www








Od kilku lat po Krakowie krążą plotki, że ten mały lokal znajdujący się w niepozornej kamienicy przy jednej z najbardziej ruchliwych ulic serwuje najlepszą pizzę w mieście. Nam jednak nie było tam nigdy po drodze, ale w końcu zdecydowaliśmy sprawdzić na własnych podniebieniach czy plotki w sprawie pizzy się potwierdzą :)

Wybierając się na kolację zostaliśmy ostrzeżeni przez znajomych, że na wolny stolik zazwyczaj oczekuje się na krzesełkach przy wejściu (restauracja nie przyjmuje rezerwacji i za to mały minus,  lokal jest mały).
Udało nam się jednak trafić na moment, kiedy więcej stolików było wolnych niż zajętych (środek tygodnia, godzina 18:00).
Prosta, dość surowa sala zdecydowanie przegrywa z werandą, której całkiem blisko jest do włoskiego, małomiejskiego klimatu. Ciemne drewno, zioła w doniczkach, ciasno ustawione stoliki jak najbardziej oddają klimat, który planowaliśmy tu spotkać.

Zadowoleni z obranego miejsca na wspomnianej werandzie zabraliśmy się do studiowania menu (wygląd karty nieszczególny, w starym stylu, widać, że przeszła przez setki rąk). Oprócz pizzy wybór dań jest nieduży (4 proste przystawki, 4 sałatki, 4 calzone, 4 desery).
Z pizzą za to można eksperymentować - kuchnia daje nam możliwość stworzenia własnej kompozycji na jednej z dwóch baz: Margherita (mozzarella, sos pomidorowy, ser Pecorino Romano, oliwa z oliwek, zioła, świeża bazylia) oraz White Pizza (mozzarella, ricotta, czosnek, bazylia).
Można również zamówić gotowe propozycje, których wybór jest całkiem spory.

My jednak zdecydowaliśmy się na tę pierwszą opcję i po niedługim czasie oczekiwania na stół (a raczej na sprytną podstawkę) trafiły dwie mniejsze (32cm) pizze:
Margherita z pieczoną papryką, włoską kiełbasą i parmezanem (30PLN) oraz
White Pizza z anchois, fetą i rukolą (33PLN).
No i już po pierwszym kęsie wiedzieliśmy, że jest tak dobrze, jak mówią. Pizza była idealna w każdym calu.
Ciasto cienkie, wilgotne na środku, suche i chrupiące na brzegach, upieczone w punkt co zapewne jest zasługą ceglanego pieca. 
Składniki - jak deklaruje restauracja - prawdziwie włoskie, najwyższej jakości, świeże i pyszne. I wcale na nich nie oszczędzają, na obu pizzach znalazła się słuszna ilość zamówionych dodatków. Jedząc pizzę można było zachwycać się każdym jej elementem z osobna, smaki nie zlewały się, ale tworzyły bardzo przyjemną dla kubków smakowych symbiozę. Na szczególną uwagę zasługuje pieczona papryka - nigdy wcześniej tak dobrej nie jadłam co zapewne również jest zasługą tego magicznego pieca.
Naszą faworytką została margherita, która skradła pierwsze miejsce chyba ze względu na swoją włoską klasykę w dodatkach (sos pomidorowy zasługuje na wyróżnienie). Pizzy białej jednak też niczego nie brakowało, ta była bardziej śródziemnomorska i zdominował ją morsko-słony smak anchois oraz spora ilość również słonej fety świetnej jakości. Taka wariacja dla słonolubnych - bajka!

Niby to zwykła pizza i aż sama się dziwię, że to danie może wzbudzić taki zachwyt, że nie można się jej nachwalić! 

Do tej wspaniałej uczty wybraliśmy wino (tutaj muszę wspomnieć, że karta win ze strony internetowej różni się od tej dostępnej na miejscu). Butelka Sauvignon Blanc (50PLN) okazała się być nienajlepszym wyborem. Nowozelandzkie, niekorkowane Marlborough Bay było nieco za ciężkie i za gorzkie, a jego jakość pozostawiała wiele do życzenia. Na szczęście ten kiepski napitek nie zdołał zaszkodzić bohaterce wieczoru - pizzy. 
Marzy mi się jednak, aby w restauracji serwującej tak wyśmienitą pizzę można było uraczyć się równie świetnym winem.

Na koniec zainteresował mnie jeden deser z karty - Cheesecake Brulee (14PLN) - włoski sernik z karmelem pokryty migdałowym kremem brulee i to nim postanowiłam zakończyć ten jakże udany wieczór. Po otrzymaniu sporej porcji ciasta coś mi się jednak nie zgodziło, gdyż ten deser z kremem brulee łączył tylko skarmelizowany, brązowy cukier na wierzchu. Nie znalazłam ani kremu, ani migdałów, trochę nie tego się spodziewałam. Mimo wszystko sernik był po prostu smaczny.

Mieszane odczucia pojawiły się w kwestii obsługi. Kelnerki/kelnerzy obsługują stoliki dość mechanicznie (brakuje indywidualnego podejścia do gości), zdażają się momenty nieuwagi (wazon na kwiaty, które dostałam od Towarzysza kolacji otrzymałam dopiero po mojej prośbie, Pani przy stoliku obok pozostawała niezauważona przez dobre kilkanaście minut i musiała dopominać się o podanie karty). Być może wynika to z ogromnego ruchu lub wręcz przeciwnie - z powodu niedoświadczenia i niedogrania załogi. Ciężko stwierdzić, ponieważ przez całą wizytę obsługa była dziwnie niekontaktowa. 
Na brak poprawnej prezentacji wina można akurat przymknąć oko, gdyż w lokalu panuje nieformalna atmosfera.
Te małe zgrzyty są wybaczalne i nie są w stanie zniechęcić nas do kolejnej wizyty w tym miejscu.

Z całą pewnością odwiedzimy pizzerię ponownie i z przyjemnością dołączamy do wielkiego już grona polecających. Pizza faktycznie okazała się być najlepszą jaką do tej pory jedliśmy w Krakowie i mam podejrzenia, że tak już może pozostać.

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 6/10
CENY: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10

Ocena ogólna: 8/10







Magda