Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wegetariańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wegetariańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Veganic

ADRES: Dolnych Młynów 10, Kraków
KUCHNIA: wegańska, wegetariańska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 24-29PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Już nie jeden raz wspominałam, że krakowscy weganie nie mogą narzekać na brak miejscówek, na co doskonałym przykładem jest właśnie Veganic. Do tej pory najlepsza roślinna restauracja w jakiej mieliśmy okazję jeść. I do tego w fajnym miejscu, bo w końcu Dolne Młyny stają się powoli synonimem dobrej zabawy i ciekawego jedzenia.

Restaurację urządzono nowocześnie, ale bez szaleństw. Można zjeść szybki obiad przy klasycznych stolikach lub zasiąść na wygodnych kanapach w celu dłuższego biesiadowania przy drinkach (bo Veganic to również bar oferujący autorskie koktajle i spory wybór alkoholi). Jest przestronnie, może trochę hipstersko, ale nic nie kłuje w oczy i siedzi się przyjemnie.

Zielone menu otwierają śniadania - grzanki z bagietki korzennej, omlet z tofu i parę innych (również klasyczna jajecznica, bo nie wszystkie potrawy są wegańskie). Potem kilka zup; krem z pietruszki i topinamburu, wegański żurek. Za najciekawszą przystawkę uznaliśmy pieczoną gruszkę z gorgonzolą, czarną soczewicą, pudrem migdałowym i ciastem filo, bo reszta starterów to takie proste klasyki jak frytki, tarta, czy focaccia. Dalej dwie sałatki, dwa burgery, no i dania główne pomyślane zdecydowanie kreatywniej niż w większości wegańskich barów w mieście  (kotlet z boczniaka z puree musztardowym, stek z marynowanego i wędzonego tofu z kluseczkami ziemniaczanymi, pak choi i sosem morelowym z chilli). Jeśli mamy ochotę na deser warto zapytać obsługę o aktualnie dostępne ciasta domowe.
Warto również zajrzeć do karty win, ponieważ jest tam krótka aczkolwiek ciekawa lista przystępnych cenowo, nowoczesnych etykiet wyselekcjonowanych dla Veganic przez Roberta Makłowicza. W ogóle jeśli oprócz jedzenia bardzo lubimy ten właśnie trunek można zainteresować się aktualną ofertą na 3-daniową kolację degustacyjną z winem domu bez limitu (79PLN).

Zaczęliśmy od rozgrzewających zup. Rekomendowany przez szefa kuchni, esencjonalny i mocno skoncentrowany krem z pieczonego buraka z gruszką i wegańską śmietaną (13PLN) rzeczywiście zachwycił. Z buraka wydobyto 100% smaku co w często zbyt rozwodnionych zupach wcale nie jest takie oczywiste. Ten krem był aksamitny, gęsty i treściwy. Pycha!
Druga, bardziej zachowawcza polewka to krem z batata na mleczku kokosowym (14PLN). Taka zupa jest naturalnie słodziutka, więc odczarowano to trochę pestkami słonecznika i gorzką czarnuszką i jak najbardziej wyszło dobrze. Do tego krem był pikantny (tak jak lubię), troszkę na tajską nutę. Też fajnie!
Wegańskie pierogi ruskie z pieczonym batatem, śmietaną i dymką (24PLN) to interesująca interpretacja tradycji. Dobrze doprawiony, słony farsz był łudząco podobny w smaku do dobrze wszystkim Polakom znanej wersji niewegańskiej, a ciasto sprężyste, poprawnie ugotowane i odpowiednio cienkie. Porcja ogromna i ładnie podana. Te pierogi tylko o włos przegrały z babcinym oryginałem.
Przetestowaliśmy także burgera w ciemnej, chrupiącej bułce z ogromnym plastrem marynowanego tofu, wyrazistym sosem BBQ i łagodnym czosnkowym, z serem wegańskim, pomidorem i sałatą (29PLN). Tradycyjnie do burgera podano frytki, ale ze słodkich ziemniaków - cieniutkie i przyjemnie chrupkie. I cóż, Veganic udowadnia swoją wersją, że to sztandarowe danie amerykańskie wcale mięsa nie potrzebuje, by zachwycić. Tofu było tu tak treściwe i porządnie zamarynowane, że z dużym sukcesem zastąpiło wołowinę. Da się tym porządnie najeść.
Całe szczęście, że zamówiliśmy jeszcze deser, ponieważ trafił się nam najlepszy słodycz jaki w ogóle jedliśmy w krakowskich restauracjach! Mus z białej czekolady z dodatkami: ajerkoniak ze słonym karmelem, krem kasztanowy i czerwony pieprz. Deserowy majstersztyk. Mus z czekolady bardziej był gęstym, zbitym kremem o wyważonej, śmietankowej słodyczy. Przełamany ziarnem pieprzu zwalał z nóg. Tego nie da się opisać, to trzeba spróbować.

Oprócz nieprzeciętnego deseru zaskoczyła nas też obsługa, ponieważ w tak casualowym miejscu jak Veganic nie spodziewaliśmy się spotkać z konwencją ekskluzywnych restauracji. Kelner używał patetycznych i wyszukanych zwrotów grzecznościowych co wypadło dość teatralnie zwłaszcza, że na końcu jakby o nas zapomniał i o rachunek musieliśmy już poprosić sami. Dania pojawiały się na stole szybko i równo, więc w ogólnym rozrachunku serwis wypadł dobrze.

Veganic serwuje rzeczy nieprzypadkowe, dobrze skomponowane, ładnie podane i po prostu smaczne. Mają pomysł na siebie, to zawsze cenimy. Tu wszędobylska powtarzalność i nuda ustępują miejsca subtelnej kreatywności, dzięki czemu można zjeść porządne, zdrowe i nowoczesne dania. Nie ważne, czy na co dzień jecie mięso, czy nie - tu z pewnością się najecie, a może nawet zachwycicie!

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7,5/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 8/10









xoxo
Magda


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Ka Udon Bar

ADRES: Rakowicka 14a, Kraków
KUCHNIA: japońska, azjatycka, wegetariańska
ZAKRES CEN: 19-70PLN
W INTERNECIE: facebook












Udon! Mój numer jeden wśród azjatyckich makaronów wreszcie występuje w roli głównej w niedawno otwartym Ka Udon Bar na Rakowickiej. Przyznam, że od dawna czekałam na takie miejsce i chyba nie tylko ja, ponieważ od pierwszego dnia zjawiają się tam tłumy. I nie ma się co dziwić! Ten kto jadł już udon wie, że potrafi on być uzależniający w tym samym stopniu co sushi (oj, Japończycy to potrafią karmić...).

Lokal urządzono 'na surowo'. Jest jasno, mało ozdób, dużo przestrzeni, nawet trochę industrialnie. Takie wnętrza lubię. Ta nowoczesna skromność w postaci modnego minimalizmu zawsze dodaje wnętrzu świeżości i sprawia, że człowiek nie czuje się nieswojo przytłoczony. Można konsumować po japońsku - zasiadając przy długim, drewnianym barze podglądając przy okazji pracę kucharzy lub tradycyjnie przy stolikach w środku lub na zewnątrz.

Menu jest krótkie i konkretne. Całkowicie bezmięsne. Mamy udon na gorąco w zupie (dostępny jeden rodzaj bulionu z imbirem i cebulką) solo (19PLN) lub z dodatkiem (np. z marynowanym tofu na słodko, 24PLN). Jest też udon na zimno. Do dania podstawowego możemy dobierać wkładki, między innymi jajko z płynnym żółtkiem, edemame (młode strąki soi), natto (sfermentowane ziarna soi). Fajnie by było, gdyby w karcie pojawiło się kilka słów wyjaśnienia dla japońskich nazw, które dla początkujących z tą kuchnią mogą brzmieć tajemniczo. Na deser można zjeść lody w dwóch odsłonach. Jest też czym popić. Karta serwuje dobrej jakości kawę (spróbowaliśmy mrożonej, rzeczywiście świetna), wyselekcjonowano również porządne, naturalne wina.
Dobrze, że karta jest krótka i bez wydziwiania, ale przyznam, że małe urozmaicenie w postaci drugiej odsłony bulionu, czy udonu w gęstym sosie byłoby mile widziane i wciąż nieprzesadzone. Mam też nadzieję, że poprawi się wygląd menu, a to obecne na zwykłym papierze (który już po kilku tygodniach jest mocno zniszczony) odejdzie do lamusa :)

Pierwsza na stole pojawiła się darmowa woda w plastikowym dzbanku co w Azji jest absolutną podstawą w każdym lunch barze, kantonie, czy restauracji. Fajnie, że i w Krakowie o tym nie zapomniano.
Mimo upałów wszelkie makarony wolimy na ciepło, dlatego zdecydowaliśmy się na kakiage udon (24PLN) z tempurowym ''ciastkiem'' (okazał się to być kreatywny twór z cienko pokrojonych warzyw obsmażony w tempurze) oraz tempura udon (24PLN) z warzywami w tempurze. Jakby tempury było mało chcieliśmy domówić jeszcze porcję grzybów w tej panierce, ale już się skończyły. Domówiliśmy więc warzywa (15PLN) oczywiście, że w tempurze. Dodaliśmy jeszcze po surowym żółtku (4PLN za jedno). Szanowana i lubiana przeze mnie sfermentowana kapusta po koreańsku kimchi (11PLN) również znalazła się na naszym stole.
Muszę przyznać, że takie samodzielne komponowanie swojego dania przynosi ogromną frajdę! Mniejszą przyjemność z tego czerpać będą jednak nasze portfele, ponieważ jak wiadomo każdy dodatek ma osobną cenę. Jeśli nas poniesie jedna zupka może kosztować nawet 60-70PLN (biorąc pod uwagę fizyczne możliwości pojemnościowe u dorosłego, bardzo głodnego człowieka).
Mimo wielkiego ruchu nie czekaliśmy długo na nasze udony, a kiedy już dotarły na stół zjedliśmy je... w całkowitej ciszy! Doprawdy były tak genialne, że zabrakło nam słów i skupiliśmy się wyłącznie na jedzeniu. Gwiazdą, alfą i omegą naszych dań był genialny, jędrny, bogaty, gładko-śliski pszenny makaron udon, który rzeczywiście wcale nie potrzebuje towarzystwa mięsa. Ani w ogóle żadnego towarzystwa, bo mogłabym jeść go samego całymi miskami. Cóż, to udon idealny!
W zachwytach nad udonem nie można pominąć dodatków, które tylko podkręcały idealny smak makaronu. Sam bulion był delikatny, ale całkiem aromatyczny, czuć w nim imbir i grzyby. Dobrą opcją do wyśrubowania lekkiego smaku okazało się surowe żółtko. Ze względu na osobiste preferencje w bulionie zabrakło mi ostrości choćby w postaci suszonego chilli na stole lub jako dodatek do zamówienia, którym można by było doostrzyć potrawę według uznania. Tę zachciankę uratowałam nieco wrzucając co swojej zupy kimchi, która jak wiadomo jest pikantna (chociaż w wydaniu Ka Udon Bar nie tak bardzo).
No i tempura! Lekka, ale konkretna zarazem, chrupiąca, cieplutka... Pycha! Jak i to co było pod nią. Dynia, zielone, szparagi, bataty fajnie ugotowane i pełne swoich naturalnych aromatów były idealnym dodatkiem do całości.
Smak i wygląd tych wszystkich wspaniałości dodatkowo eksponowała przepiękna zastawa, ręczna robota świetnie wpasowana w cały koncept i wnętrza i potraw.

Ku dużemu zaskoczeniu obsługiwał nas kelner posługujący się tylko językiem angielskim (ostatnio w sumie spotykam się z tym coraz częściej w nowych krakowskich restauracjach). Nie było żadnych problemów z komunikacją, pan był uprzejmy i kompetentny. Zauważyliśmy, że w tym miejscu panuje luźna, młodzieżowa atmosfera bez wyszukanych, sztucznych zwrotów grzecznościowych i przesadnej powagi. A załoga rozsiewa uśmiechy i dobrą energię już od progu. 

Uwielbiam takie miejsca, gdzie wszystko się zgadza, szczegóły są dopracowane, a pasja do gotowania i serwowania ludziom jedzenia epatuje z każdej miski. W Ka Udon będę bardzo, bardzo częstym gościem i polecam wszystkim, nawet sceptycznie nastawionym do kuchni japońskiej i wegetariańskiej. Zakochacie się!

JEDZENIE: 9,5/10
OBSŁUGA: 8/10
CENY: 7/10
WYSTRÓJ: 8/10

Ocena ogólna: 8,5/10







xoxo
Magda

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Pod Norenami

ADRES: Krupnicza 6, Kraków
KUCHNIA: azjatycka, wegańska, wegetariańska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 25-33,50PLN
W INTERNECIE: facebook | www





Pod Norenami bywałam kiedyś często ze względu na ciekawą, intrygującą kuchnię, którą tworzy znany i poważany szef Paweł Albrzykowski. Imponujące, wieloletnie doświadczenie zdobyte w Azji pan Paweł postanowił wykorzystać w pełni autorskim projekcie i tak w 2013 powstało Pod Norenami na Krupniczej. Pamiętam z poprzednich wizyt, że kuchnia rzeczywiście była niezwykła, ale niestety pamiętam też obsługę, która skutecznie odstraszyła mnie od tego miejsca na bardzo długo i w moim prywatnym rankingu zasługiwała na miano najgorszej w mieście. Po latach wróciliśmy z nadzieją, że coś się w tej kwestii zmieniło. Poza tym gdzieś z tyłu głowy cały czas miałam te intrygujące ''mięsne'' wynalazki sprytnie wplecione w kuchnię wegetariańską w azjatyckim wydaniu. 

Wystrój nawiązuje do azjatyckich tradycji. Są noreny, smoki, bliskowschodnie obrazy, drewniane parawany. Pierwsza jaśniejsza sala przeznaczona jest raczej na szybki lunch. Druga ciemniejsza ma wręcz tajemniczy, spokojny klimat przywodzący na myśl tradycyjną restaurację chińską lub koreańską. Wystrój wraz z przemyślanymi detalami kiedyś był ładny i przyjemny. Teraz wnętrze nagdryzł ząb czasu. Obdarte kanapy i przyniszczone drewniane meble nie sprawiają najlepszego wrażenia i ewidentnie przydałby się tu powiew świeżości w postaci małego remontu.
Nam trafiło się miejsce w pierwszej sali, niestety chyba najmniej komfortowe w całym lokalu. Maleńki stolik ciasno wciśnięto pomiędzy dwa inne przez co słyszeliśmy nawet oddechy jędzących obok gości. Dodatkowo przypadło mi w udziale miejsce na maksymalnie niewygodnej, dziwnie niewymiarowej kanapie (o oparciu się podczas jedzenia można zapomnieć, a osoby niskie siedząc na tym będą mieć nóżki w powietrzu).

Od początku gwiazdą dość rozbudowanego menu jest ''mięso''. ''Mięso'', czyli seitan (wegetariański twór ze zboża, ziarna, warzyw i wodorostów do złudzenia przypominający prawdziwe mięso). Są sajgonki z ''mięsem'', zupa pho z ''wołowiną'', ''kurczak'' w sezamie z sosem śliwkowym lub gong bao. Sporo jest dań z wykorzystaniem innego wegańskiego zamiennika mięsa, czyli tofu. Jak na azjatycką restaurację przystało nie mogło zabraknąć smażonych makaronów (pad thai, bami goreng), dań z ryżem i curry (żółte, zielone, czerwone). Nie pominięto nawet kuchni arabskiej (hummus, falafele). Sporo miejsca w karcie zajmuje sushi, oczywiście wegetariańskie (między innymi nigiri z bakłażanem lub grzybami shitake, uramaki ze smażonymi na maśle szparagami). W porze lunchowej można zamówić bento lub mniej znany u nas obiadowy zestaw indyjski thali. Sekcja deserów z perspektywy reszty bogatej, kreatywnej karty wygląda tak, jakby na słodkości zabrakło już weny. Mamy tu dziwną wariację na temat wiedeńskiego pishingera (z japońskim i włoskim akcentem), czy malinowe brownie.
Gdyby komuś było mało można zainteresować się wkładką sezonową inspirowaną konkretnym krajem (teraz jest to Japonia, poprzednio była Malezja). My jednak nie otrzymaliśmy tej dodatkowej karty podczas ostatniej wizyty.

Kolację rozpoczęliśmy od mojej ukochanej tajskiej zupy tom yum gai (15,50PLN) z kurczakiem (oczywiście sztucznym). O ile ''mięso'' nie zawiodło, było miękkie, soczyste, smaczne i do złudzenia przypominało kurczaka tak sama zupa niestety rozczarowała. Nie była ani kwaśna, ani ostra. Była za to słodka, a raczej przesłodzona. Nie wiem czy to za sprawą (być może skondensowanego) mleczka kokosowego, czy może swój udział miał w tym cukier palmowy. Z charakterystycznym aromatem tom yum to danie miało niewiele wspólnego. Dodatkowej, niepotrzebnej słodyczy dodawał groszek cukrowy, którego nigdy w tej zupie jeszcze nie spotkałam. Gdzieś w tle przebijał się jedynie aromat liści limonki, ale to zdecydowanie za mało, by uznać tę zupę za choćby zbliżoną do oryginału.
Drugim starterem były chińskie pierożki jiaozi (19,50PLN) z ''wołowiną'', grzybami shitake i warzywami. Ciasto było idealne, cieniutkie i delikatne. Farsz niestety okazał się nieciekawy do tego stopnia, że już zapomniałam jak smakował, mimo, że próbowałam go zaledwie kilka dni temu. Jeśli zapomina się smaku dania zawsze oznacza to jedno: smaku zabrakło. Zabrakło przypraw, aromatu. Do pierożków podano zwykły sos sojowy. 
Dalej był ramen z ''wołowiną'' (25,50) i zestawem klasycznych dodatków (jajko, nori, shitake, bambus). Tutaj na szczęście aromatu nie zabrakło, bulion zachwycał mocnym smakiem grzybów i warzyw, do tego dobrej jakości klasyczny makaron ramen i mnóstwo azjatyckich skarbów natury. Super! Taki ramen uwielbiamy. Najsłabszym punktem dania okazała się jednak ''wołowina'', która jako jedyna na talerzu nie prezentowała żadnego konkretnego smaku, a z tą prawdziwą łączył ją jedynie kolor. Być może dla wegetarian to swego rodzaju rarytas i ciekawostka... O ile ''kurczak'' naprawdę daje radę, tak ta ''wołowina'' dla mięsożercy będzie tylko kiepskim substytutem. 
Ostatnim naszym daniem był dan dan mian (28,50), czyli syczuański makaron pszenny smażony z ''wołowiną''. Do tego pikantne pikle char chai, świeży ogórek i ostry sos na bazie chilli, pieprzu syczuańskiego i pasty sezamowej. Brzmiało fajnie, lecz w rzeczywistości była to po prostu micha żółtego makaronu z rzadkim, słonym (lecz wcale nie ostrym) sosem zgromadzonym na dnie. Pojawiło się ''mięso'', które ponownie nie zachwyciło chociaż w połączeniu z dość wyraźnym sosem było całkiem ok. Do tego słono-ostre, ciężkie pikle - jak najbardziej moja bajka, przełamane świeżym ogórkiem. Danie w porządku, ale raczej nie zamówiłabym go po raz drugi. 
Wszystkie dania podano w tradycyjnej, azjatyckiej zastawie chociaż sama prezentacja (na przykład pierożki staromodnie ułożone na sałacie, czy ramen w zdecydowanie za małej miseczce) pozostawiała wiele do życzenia. 

Jak już wspomniałam dawniej obsługa skutecznie odstraszyła mnie od kolejnych wizyt Pod Norenami. Po każdej wizycie wychodziłam poirytowana arogancją i brakiem profesjonalizmu kelnerek. Teraz na szczęście jest lepiej, chociaż niestety tylko nieznacznie. Stolik zarezerwowaliśmy dzień wcześniej. Podczas rozmowy zostaliśmy poinformowani, że nie da się rodzielać rachunku (co w większości restauracji nie stanowi kłopotu) oraz, że nasza wizyta nie może przekroczyć dwóch godzin... Dopiero wyrażając wyraźną zgodę na te 'warunki' mogliśmy dokonać rezerwacji. 
Stolik rezerwuje się po to, by bez przeszkód otrzymać wygodne miejsce. My jednak otrzymaliśmy w moim mniemaniu najgorsze z maleńkim półstolikiem i z dziwną, niewygodną kanapą mimo, że w tym dniu nie było obłożenia i spokojnie można nas było ulokować w drugiej sali z normalnymi meblami. 
Całe szczęście dla nas kelnerka była miła, ponieważ nie zadawaliśmy dodatkowych pytań przy zamówieniu. Pani siedząca obok nie miała już tyle szczęścia, ponieważ pokusiła się zapytać o dania. Wtedy w głosie kelnerki dało się słyszeć nieukrywaną irytację. Inni goście musieli walczyć o atencję obsługi starając się złapać jakikolwiek kontakt, by poprosić o podanie rachunku. Jak widać Pod Norenami wciąż nie przywiązuje się dużej wagi do obsługi klienta, niestety.

Ostatecznie nie wyszliśmy zadowoleni. Liczyliśmy na coś ekstra, na kreatywne połączenie nowoczesnej kuchni wegetariańskiej z azjatycką tradycją, którą uwielbiamy. Tu jednak czegoś brakuje, dania są nierówne i mam wrażenie, że dawniej było pod tym względem lepiej, a teraz kuchnia osiadła na laurach marnując troszkę swój potencjał, który niewątpliwie ma doświadczony szef kuchni. I jeszcze ceny - niby niskie, ale jak za dania wegetariańskie w porcjach dość małych to jednak trochę wysoka półka cenowa. Do tego biorąc pod uwagę wciąż kiepski poziom obsługi raczej nie pojawimy się tam ponownie w najbliższym czasie. 

JEDZENIE: 5/10
OBSŁUGA: 3,5/10
WYSTRÓJ: 6/10
CENY: 6,5/10

Ocena ogólna: 5/10






xoxo
Magda



niedziela, 14 maja 2017

Green Day

ADRES: Mikołajska 14, Kraków
KUCHNIA: wegańska, wegetariańska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 15,90-17,90PLN
W INTERNECIE: facebook | www












Green Day to miejsce znane mi już od lat i niegdyś bywałam tam bardzo często, na przemian z podobnym Glonojadem. Ten niewielki bar pamiętam z porządnej wegańskiej i wegetariańskiej kuchni. Po dłuższej nieobecności wybraliśmy się sprawdzić czy fajny poziom utrzymywany jest do dziś. W końcu konkurencji nie brakuje! Wege knajpy wyrastają u nas jak grzyby po deszczu.

Wystrój jest prosty, przystosowany raczej do szybkiego lunchu niż do dłuższych posiedzeń. Podoba nam się drewniana antresola z widokiem na ulicę. Zamówienia składa się przy barze i tam też odbieramy zamówione dania. Przy barze jest też szklana lodówka z ciastem i gotowymi koktajlami co trochę przywodzi na myśl stylówkę dawnych barów mlecznych.

Menu nie jest za długie i składa się z wrapów i burgerów (tu królują falafele i kotlety sojowe), naleśników (z owocami, ze szpinakiem), dań obiadowych (pakora, kofta), jednej sałatki (grecka) i dwóch surówek. Jest też kilka zup i ciast. Często dostępne jest również danie dnia, które składa się zazwyczaj z sezonowych darów natury.

Obiad zaczęliśmy od zup. Polewką dnia była akurat bardzo dobra pomidorowa (5,90PLN). Mocno kwaśna, ale nie z przecieru zawierała pomidory z puszki, paprykę, zioła i makaron. Dobra, naturalna, pożywna zupa. Nieco gorzej trafiliśmy z drugą; szpinakowy krem (6,90PLN) był zdecydowanie przesolony. Szpinak jest o tyle niewdzięczny, że wystarczy szczypta za dużo i już mamy po daniu. I tak niestety stało się w tym przypadku. A szkoda, bo gdyby nie to krem byłby naprawdę fajny - lekki, bardzo szpinakowy i przyjemnie gładki.
Moim daniem głównym były samosy (15,90PLN), czyli tradycyjne pieczone pierogi indyjskie z warzywnym farszem. Ciasto było lekko wypieczone i fajnie chrupkie, natomiast farsz zupełnie bezbarwny. Miazga składająca się głównie z ziemniaków i zielonego groszku była zupełnie pozbawiona przypraw, indyjskich aromatów. Ratunkiem dla tego dania był na szczęście bardzo dobry sos z dużą ilością kurkumy i wyraźnym akcentem żółtego curry. Z nim ten jałowy farsz samosów był zjadliwy. Smaczne były też naturalne surówki - słodka marchewka z ananasem, buraczki i biała kapusta. 
Po drugiej stronie stołu pojawił się naleśnik z twarożkiem i imponującą porcją świeżych owoców (15,90PLN). Sam naleśnik był wegański (pozbawiony jajek i mleka) i jedzony solo nie zebrał by pochwał, ponieważ nie ma szans na zwycięstwo z tradycyjnym - za mało smaku i puszystości. Jednak w połączeniu ze słodkim, aksamitnym twarożkiem i górą pysznych owoców posypanych suto cynamonem jak najbardziej zdobył nasze uznanie. Słodki, syty i prawie dieteczny obiad :) 
Do obiadu wypiliśmy jeszcze bardzo dobry, naturalny koktajl z owoców leśnych (6,90PLN).
Do domu zabraliśmy wypieki, kusząco spoglądające na nas zza szklanej lady. Kulka jaglana (3PLN) to nic innego niż znany wszystkim ziemniaczek, tym razem w wersji jasnej. Bardzo dobry, lekki słodycz z kaszy, sowicie posypany wiórkami kokosowymi skradł nasze serca na tyle, że będziemy próbować wykonać go w domu! Zachwytom nie było końca również w przypadku ciasta kokosowego (6,90PLN) z nadzieniem bounty. Ciemny, gruby, puszysty biszkopt skrywał wielkie ilości nadzienia rodem ze znanego wszystkim batonu. Pycha!

Muszę przyznać, że w lokalu pogorszyła się obsługa. Sprzed kilku lat pamiętam, że nie było z nią problemów, dziewczyny za ladą były uśmiechnięte i sympatyczne. Tym razem jednak pani przyjmująca nasze zamówienie miała tak naburmuszoną minę, że aż strach było o cokolwiek zapytać... Niestety, z obsługą w barach tego typu mamy w Krakowie ostatnio duży problem. Coraz częściej spotykamy na tych stanowiskach ludzi, dla których choćby uśmiech jest rzeczą niewykonalną. Szkoda, bo nie zachęca to do powrotu.

W porównaniu do licznej wegetariańskiej konkurencji Green Day wypada dość przeciętnie. Nie jestem pewna, czy wybierzemy się tam jeszcze na obiad, ale za to na pyszne ciasta z pewnością będziemy zaglądać!

JEDZENIE: 5/10
OBSŁUGA: 3/10
WYSTRÓJ: 5/10
CENY: 8,5/10

Ocena ogólna: 5/10









xoxo
Magda

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Glonojad

ADRES: Plac Matejki 2, Kraków
KUCHNIA: wegetariańska, wegańska
ZAKRES CEN DAŃ: 6-17PLN
W INTERNECIE: facebook 










Wbrew panującej modzie wegetariańskie i wegańskie knajpki nie atakują nas jeszcze na każdym rogu. Jest jednak w Krakowie kilka 'wege' miejsc, w których ja - mięsożerca lubię czasem zjeść (zwłaszcza podczas upałów mięso nie jest czymś pożądanym).
Do takich miejsc należy właśnie Glonojad - mały lokal w ścisłym centrum, na rogu Placu Matejki.

Glonojad nie jest restauracją na romantyczną randkę czy świętowanie specjalnej okazji, nie można się tu spodziewać również wyszukanych dań ani indywidualnej obsługi stolików. Jest za to idealnym miejscem na szybki, samotny i przede wszystkim zdrowy lunch. Dania zamawia się przy ladzie, menu znajduje się na korkowej tablicy, która nieco przywołuje czasy barów mlecznych i jest mało estetyczna. 
Kiedy dania są gotowe, zamawiający wywoływany jest przez obsługę po imieniu i odbiera talerz z lady.
Radzę nie wybierać się do Glonojada z nastawieniem na konkretne danie, ponieważ menu z Facebooka jest nieaktualne - różni się od tego z tablicy na miejscu zarówno pod względem cen, jak i potraw.

Wystrój raczej do mnie nie trafia - ciężkie, dreweniane, puste stoły i krzesła, ascetyzm w dodatkach... a mimo to ma się wrażenie bałaganu i wiecznego chaosu panującego w środku. Do Glonojada przychodzę jednak po prostu zjeść, więc niewysublimowane wnętrze niespecjalnie mi przeszkadza.
Nie polecam jednak siadać na zewnątrz - tuż spod lokalu odjeżdżają autobusy z wycieczkami. Ryk silników i spaliny mogą prawdziwie zakłócić nasz obiad.

Planowałam zamówić obiad dnia (16PLN - każdego dnia inny zestaw), ale niestety, mimo wczesnej pory (14:00) obiadów już zabrakło. I nie był to pierwszy raz, kiedy mimo bardzo wczesnej godziny lunchowej nie udało mi się zdążyć na obiad dnia. Ze skąpego menu wybrałam więc żółte curry z indyjskim serem w zestawie z ryżem i dwiema sałatkami (17PLN). Osoby, które z sobą zabrałam znalazły dla siebie samosy (11PLN) oraz tacos (17PLN). Do obiadu zamówiliśmy świeżo wyciskane soki z pomarańczy i grejpfruta (9PLN za szklankę) oraz mrożoną kawę (10PLN).
Soki były przepyszne, klarowne - prawdziwa bomba witaminowa. Kawa - również dobra, natomiast zdominował ją lód, którego w szklance znajdowało się więcej niż kawy.
Curry otrzymałam od razu - przy składaniu zamówienia. Na dwie pozostałe potrawy czekaliśmy około 15 minut - w lokalu były tłumy, więc czas podania bardzo przyzwoity.

Moje danie było bardzo smaczne - curry gęste, kremowe, miało swój charakterystyczny aromat. Mimo, że nie jestem największą fanką sera paneer tutaj wkomponował się on idealnie i skutecznie zastępował mięso. W połączeniu z słuszną porcją dobrej jakości ryżu potrawa była sycąca i jak najbardziej zadowalająca smakowo. Sałatka z selera naciowego była idealnym wyborem na upalny dzień - lekka, chrupiąca i orzeźwiająca. Druga, którą wybrałam - botwinka z orzechami okazała się niestety niezjadliwa z powodu nieumytych liści pokrytych ziemią... To mój jedyny, ale duży zarzut do całego dania - ziemia na talerzu (nawet w wegetariańskim barze ;)) to jest wpadka.
Samosy - które sama jadłam tu wielokrotnie - zachwyciły osobę jedzącą to danie pierwszy raz. Dwa spore pierożki z kruchego ciasta z warzywnym, świetnie przyprawionym nadzieniem (m.in. ziemniaki, groszek, marchew), do tego prawdziwy sos pomidorowy - na mniejszy żołądek można uznać tę potrawę za danie obiadowe, chociaż mile widziana byłaby tu również osobna sałatka. No i szkoda, że do dania podawana jest maleńka ilość tego genialnego sosu.
Konsumujący tacos ocenił je 6/10 (chociaż ja dałabym więcej). Trzy średniej wielkości placuszki z warzywnym, meksykańskim nadzieniem (m.in. czerwona fasola) były odpowiednio przyprawione, chociaż odrobinę za mało pikantne i wyraziste. Genialna za to była salsa z pomidorów (najlepsze jakich próbowałam od dłuższego czasu) podawana do tacos w małej szklaneczce. Miała ona chyba pełnić funkcję sosu na którego brak narzekał kolega.

Warto również wspomnieć o obsłudze - dziewczyny są przemiłe i mimo pracy bez chwili wytchnienia (bardzo duży ruch) uśmiech nie znika z ich twarzy.

Z całą pewnością nie była to moja ostatnia wizyta u Glonojada - jedzenie jest tam proste, nieprzekombinowane, ale bardzo dobre. To taka wegetariańska kuchnia domowa.
Jak najbardziej polecam to miejsce - nie tylko wegetarianom!


JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 9/10
CENY: 8/10
WYSTRÓJ: 3/10

Ocena ogólna: 7/10






Magda