Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STARE MIASTO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STARE MIASTO. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

Pimiento

ADRES: Stolarska 13, Kraków
KUCHNIA: argentyńska, steki
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 56-350PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Gdzie w Krakowie na steka? Oto jest pytanie, bo o ile to danie pojawia się w wielu kartach, tak miejsc specjalizujących się wyłącznie w stekach jest niewiele. Głodni mięsa wybraliśmy się ostatnio do jednego z trzech lokali spod szyldu Pimiento Argentino Grill (oprócz Stolarskiej są również na Rynku Głównym oraz na Kazimierzu), bo to jedna z popularniejszych miejscówek jeśli chodzi o ten przysmak.

Zakochaliśmy się w tym miejscu już po przekroczeniu progu. Wnętrze jest ładne, eleganckie, nowoczesne i pełne tematycznych motywów (na przykład obicia krzeseł z krowiej skóry). Ale ogródek... zapiera dech w piersiach. Niezwykły klimat tworzy bujna, zadbana roślinność, drewniane altanki, romantyczne latarnie, bogaty bluszcz porastający ściany kamienicy. Przepięknie, uroczo - wymarzone miejsce na randkę, czy świętowanie specjalnych okazji. Tak, naszym zdaniem to najładniejszy ogródek letni w Krakowie.

Spodobała nam się też karta, bo jest tak sprytnie skonstruowana, że spełni oczekiwania praktycznie każdego portfela. Można zjeść tu najdroższą wołowinę na świecie - japońską Kobe w cenie 40PLN za 10 gram (jeśli komuś nie chce się liczyć to podpowiem, że cena steka o wadze 300g wyniesie 1200PLN), popić ją toskańskim winem Caberlot'09 w cenie 2490PLN za butelkę. Ale można też zjeść polską wołowinę - T-Bone lub Tomahawk w towarzystwie australijskiego lub afrykańskiego trunku w o wiele przystępniejszej cenie. Jeśli chodzi o wina to lista jest imponująca. Widać, że to nieprzypadkowa selekcja w większości wspaniałych, wysokopółkowych etykiet. Kluczowymi daniami dla tego miejsca są steki z Argentyny, z wołowiny La Morcha. W większości przypadków możemy wybrać gramaturę (200,250 lub 300g), co jest bardzo w porządku, bo nikt niczego nam nie narzuca, no i możemy mierzyć siły na zamiary. Wiadomo, nie każdy jest w stanie zająć się kilogramowym stekiem zwłaszcza, jeśli wcześniej chcemy spróbować przystawek. A starterów jest trochę i są kuszące. Ośmiornica, terrine z foie gras, argentyńskie pierożki. Jedynie desery nie do końca do mnie trafiają, bo należę do tego małego procentu ludzkości, który nie szaleje na punkcie czekolady. A w Pimiento większość słodkości ją ma.

Na początek otrzymaliśmy od szefa kuchni poczęstunek na jeden kęs - pół smażonego pierożka z mięsem mielonym na jogurtowym sosie.
Dalej nasze przystawki - delikatny, rozpływający się w ustach stek z kalmara (25PLN) z kolendrowym sosem i czerwonym pieprzem. Jestem na tak, danie piękne i smaczne. Technicznie doskonałe.
Zupa chilli (19PLN) ze względu na swój rozmiar i sytość spokojnie mogłaby być daniem głównym. To miska pełna gęstej polewki i z porządnym mięsem mielonym, nachosami i żółtym serem. Dodatkowo pełny koszyk pieczywa, kwaśna śmietana i aksamitne guacamole. Pełen wypas! Zupa nie była tak pikantna jak by się można było spodziewać, ale była pełna aromatów, przypraw. Doskonałe, typowo latynoskie danie.
No i czas na nasze mięso. Wybraliśmy argentyński antrykot w stopniu wysmażenia medium (67PLN; 250g) oraz krwisty rostbef (56PLN; 200g) z tego samego rodzaju mięsa. Oba stopnie wysmażenia w punkt, oba steki perfekcyjne. Antrykot odpowiednio kruchy, soczysty i delikatny. Rostbef charakterystycznie twardawy, ale kroił i gryzł się dobrze, a głęboko czerwony kolor zaświadczył o najwyższej jakości mięsa.
Do steków dobraliśmy dodatki - pieczonego batata z chorizo i imbirem (16PLN) oraz klasyczne frytki również ze słodkiego ziemniaka (15PLN). Zwłaszcza opcja pieczona zasługuje na dobre słowo, ponieważ słona kiełbasa fajnie kontrastowała do słodyczy, a całość idealnie pasowała do steka.
Nie mogło zabraknąć i sosów. Skoro jesteśmy w argentyńskim miejscu, to konieczny był chimichurri (0PLN). Jego podstawą była dobrej jakości oliwa, a przyprawy (oregano, czosnek, chilli) to najlepsza okrasa dla wołowiny. Spróbowaliśmy też cięższego sosu z zielonego pieprzu (8PLN) na śmietanowo-serowej bazie. Też fajny, miękkie kulki pieprzu komponowały się z mięsem wspaniale.
Naszą mięsną ucztę popijaliśmy świetnym, oczywiście czerwonym winem Malbec (30PLN; 15cl).
Jak już wcześniej wspomniałam w deserach nie zauważyłam nic dla siebie, ale druga strona uparła się na pomarańczowe kulki w czekoladzie (17PLN), więc nie omieszkałam spróbować. Obiektywnie stwierdzam, że deser świetny. Miękka pomarańcza otulona delikatną, gorzką czekoladą. Smak Bożego Narodzenia w środku lata. Subiektywnie - wiadomo, nie moja bajka, ale czekoladolubny towarzysz potwierdził pierwszą jakość tej słodkości.

Obsługa uprzejma, profesjonalna i nienachalna. Na bardzo dobrym poziomie. Serwis również wypadł dobrze. Dania przychodziły równo, nie czekaliśmy długo.

Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy zachwyceni. Zachcianka na dobrego steka spełniona i to z nawiązką, bo w pięknych okolicznościach przyrody. Ze wspaniałym winem i wreszcie dobrą obsługą. To było jedno z naszych najbardziej udanych wyjść w tym roku, a i z pewnością wrócimy tam niebawem. Bo do takich miejsc bardzo chce się wracać.

JEDZENIE: 10/10
WYSTRÓJ: 10/10
OBSŁUGA: 8/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 9,5/10








xoxo
Magda

niedziela, 10 czerwca 2018

Ramen People (Czysta)

ADRES: ul.Czysta 8, Kraków
KUCHNIA: japońska, ramen
ZAKRES CEN RAMENÓW: 28-33PLN
W INTERNECIE: facebook











Jak pewnie pamiętacie zachwytom nad maleńkim Ramen People (Dajwór) nie było końca. Wygłodniali ramenu z prawdziwego zdarzenia foodies odwiedzali ten maleńki przybytek tak tłumnie, że właścicielce nie pozostało nic innego, jak otworzyć drugi lokal. Tym razem większy i z bogatszą kartą. W międzyczasie była jeszcze wizyta szefowych kuchni w Japonii, skąd przywiozły do Krakowa całą gamę nowych, prawdziwych smaków. I przez te rewelacje musimy napisać o nich drugi raz.

Lokal na Czystej to normalna, regularna restauracja na kilkadziesiąt miejsc siedzących. Jest obsługa kelnerska. Wreszcie można płacić kartą i rezerwować stoły telefonicznie. Wystrój surowy i minimalistyczny. Widać, że to jeszcze bardzo świeże miejsce. Brak ozdobników jeszcze bardziej akcentuje przestronność, a i nam to odpowiada, bo nigdy nie byliśmy fanami miejsc upstrzonych bibelotami. Japończycy też lubią w swych wnętrzach prostotę, więc jest fajnie i w klimacie. Urzekło nas patio z przeszkloną podłogą i widokiem na przepiękny, zielony ogród w podwórzu kamienicy.

Misek szczęścia jest aż dziesięć. Wszystkie tak naładowane pysznościami, że decyzja co wybrać to wyzwanie! Nie zapomniano o weganach i dzieciach. Jest na przykład spicy char siu ramen w chińskim stylu na bulionie wieprzowo-drobiowym z olejem chilli i pieprzem syuczuańskim (dodatki: peklowana i pieczona karkówka po kantońsku, jajo nitamago, pikle z bambusa, kiełki z fasoli, por, nori) lub bezmięsny summer ramen na bulionie mentsuyu serwowany na zimno (dodatki: inari tofu, jajo nitamago, warzywa i zioła sezonowe, prażona cebula, nori). Śmiało można domawiać dodatki (jajko, mięso, makaron, narutomak), a w oczekiwaniu na ramen przekąsić kimchi lub kiełki mung z olejem chilli. Na lato przygotowano też miski klejącego ryżu z dodatkami (np. tatar z łososia z sake, marynowane grzyby, sezonowe warzywa i zioła). Woda w karafkach tak jak w pierwszym lokalu jest darmowa.

Zaczęliśmy od najpyszniejszych w mieście marynowanych
grzybów shiitake i enoki (8PLN). Zwłaszcza shiitake – ich charakterystyczny posmak podkręcony został słodką zaprawą, co gra tu idealnie. Podejrzewamy, że to marynata teriyaki, ale to tylko podejrzenia, bo receptura jest tajemnicą kuchni.
Spróbowaliśmy trzech ramenów. Curry ramen w wersji Special (34PLN) to coś dla miłośników japońskiej, żółtej pasty curry, bo ona jest jego podstawą. Bulion to bajka – kolagenowy, wieprzowy i z masłem. Coś wspaniałego! Curry ma to do siebie, że lubi dominować w potrawie. Tutaj idealne proporcje sprawiają, że wszystko oddawało swój smak tak samo intensywnie. Głównym dodatkiem był podwójny boczek chashu – subtelny, nie za tłusty, miękki, idealny. W tej misce pojawiły się jeszcze nasze ulubione słodkie pikle z grzybów, blanszowany szpinak (jedyny element, który nie przypadł do gustu dwóm z trzech jedzących osób, bo był dość gorzki nawet jak na szpinak), siekany por, chrupiące nori.
Druga miska – Shoyu beef ramen (31PLN) zaskoczyła nas przede wszystkim składnikami. Kto by pomyślał, że z szarpaną wołowiną tak świetnie zgra się słodko-kwaśny chutney z gruszki nashi i czerwony pieprz. Bulion klarowny, wieprzowo-drobiowy z odrobiną rybek niboshi i na bazie sosu sojowego. Taki zdrowy, prawdziwy. Solo byłby super do leczenia się z grypy lub skutków zakrapianej imprezy :)

Na temat głębokości i złożoności smaku bulionu z ostatniego ramenu – Tsukemen (33PLN) to można napisać elaborat. Niesamowity! Słony, tłusty, z aromatem mięsa i morza – rzeczywiście bardzo wyczuwalny posmak rybny, ale nam tylko w to graj. Zgodnie uznaliśmy, że to jest hicior, bezkonkurencyjny numer jeden (chociaż nie zapominajmy, że dwóm pozostałym zupełnie niczego nie brakowało i nimi też się zachwycaliśmy mocno). Do tego dania makaron podawany jest osobno wraz z bambusem i szpinakiem, a w wywarze pływa pieczony boczek.W każdej misce obowiązkowy było marynowane jajo nitamago. Drugiego takiego próżno szukać w Krakowie! Bardzo słone – ale takie właśnie ma być – idealnie płynne w środku, ze specyficznym posmakiem to coś dla koneserów kuchni japońskiej, a do ramenu pasuje jak nic innego. Oni robią to jajo dobrze, najlepiej :)
Mam wrażenie, że od ostatniej wizyty nie tylko jajko przeszło małą metamorfozę. Makaron jest pełniejszy, sprężysty, a smak, kolor i konsystencja nieporównywalne z żadnym innym rodzajem klusek. Wprawdzie trafiło mi się kilka posklejanych nitek, ale to marny szczegół przy całej wspaniałości bulionów, dodatków i samego makaronu.

Obsługa uśmiechnięta, radosna, miła. Mimo sporego ruchu na zamówienie wcale nie czekaliśmy długo. Nie było również problemu z podzieleniem rachunku.

Jeśli tylko jesteście gotowi na wielką dawkę umami, zasuwajcie do Ramen People na Czystej czym prędzej. Ale uwaga! Uzależnia od pierwszej michy :)

  
JEDZENIE: 10/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 8/10
CENY: 8/10
Ocena ogólna: 9/10







xoxo
Magda

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Sette Cucina Napoletana

ADRES: Zwierzyniecka 32, Kraków
KUCHNIA: włoska, pizza
ZAKRES CEN PIZZY: 24-33PLN
W INTERNECIE: facebook










Do tej nowej, włoskiej miejscówki na Zwierzynieckiej trafiliśmy zupełnie przypadkiem. Poza tym hasło napoletana działa na nas jak magnes.

Wnętrze nam się podoba. Jest przestronnie, jasno. Brak wystawki zakurzonych bibelotów jak to często bywa we włoskich knajpkach. Są za to subtelne akcenty, nowoczesne meble i pomysłowe nakrycia. Sercem tego miejsca jest otwarte stanowisko pizzaiolo z pięknym, złotym piecem. Można też dostrzec puszki pomidorów i  wory mąki prosto z Włoch, które to jak mniemam nie stoją tam tylko dla ozdoby. Zapowiadało się więc bardzo dobrze.

Menu średnio długie skupia się na kuchni Włoch południowych. Arancini, marynowane oliwki, foccacia - klasyczne przystawki. Dalej jest pizza. Możemy wybrać czerwoną na bazie sosu z pomidorów San Marzano i mozzarelli di Bufala lub białą z podkładem w postaci samej mozzarelli. Jeśli chodzi o dodatki to nadal wszystko brzmi dobrze; sycylijskie oregano, domowa ricotta, prosciutto cotto. Jeśli nie pizza, to pasta (na przykład domowe tagliatelle z krewetkami, szczypiorkiem i kremem cytrynowo-krewetkowym). Jest też szafranowe risotto z polędwicą wołową i dwie sałatki. W deserach na szczęście nie ma stałej regułki 'pannacotta/cremebrulee/tiramisu'. No dobra, panna cotta jest, ale dla odmiany z dżemem cytrynowym i limonką. Ciekawie zapowiada się deser budino z karmelem, migdałowym krunchem (pisownia oryginalna) i solą morską. Z tego co zauważyliśmy w lokalu nie serwuje się alkoholu, a przynajmniej w regularnej karcie go nie ma. Nikt nie zaproponował nam karty win/alkoholi, chociaż na nieletnich już dawno nie wyglądamy ;) Wnioskuję zatem, że tu się nie pije.

Do Sette trafiliśmy dwa razy. Po raz pierwszy na lunch - za 25PLN w godzinach 12-16 można wybrać dwa z czterech proponowanych dań (zupa, pizza, pasta, sałatka). Zjedliśmy po zupie pomidorowej, która bynajmniej nie zachwyciła. Maleńka miseczka z kremem na przecierze i kupnym makaronem. Płaski smak. No, słabo. Spróbowaliśmy też pasty - tu makaron znowu ze sklepu, ale sos szpinakowy i parmezan się broniły. Danie niezłe. Porcja ponownie maleńka. Ja rozumiem, że to lunch, ale są w mieście miejsca (dużo miejsc), gdzie w porze lunchu za przystępną cenę podaje się pełnowymiarowe dania, a nie miniatury. Podobnie było z pizzą - wersja mini. Bardzo skromna. Odrobinę sera, odrobinę sosu przez co nie była odpowiednio wilgotna jak na napoletanę przystało. Ale ciasto nam smakowało, dlatego w  niedługim czasie wróciliśmy, by spróbować pizzy z regularnej karty.
Salsiccia (30PLN) z domową kiełbasą, cebulą, białym anchois i kalabryjskim chilli. To znaczy, według karty miało tak być, bo w rzeczywistości na moim placku nie zanotowałam ani anchois, ani chilli. Brak dwóch składników z czterech to troszkę wpadka, prawda? Kiełbasa była dobra, ale cebula prawie surowa. Ta pizza jednak przypominała napoletanę najbardziej ze wszystkich, ponieważ środek rzeczywiście 'pływał'.
Primavera (31PLN) z szynką prosciutto, pomidorami datterini, ogromną ilością rukoli i parmezanem też nie wzbudziła w nas entuzjazmu. Nigdy nie widziałam takiej góry rukoli na pizzy. Na ten 'dywan'  sypnięto troszkę parmezanu startego na proszek, więc nie miał on okazji rozpuścić się pod wpływem ciepła pizzy, a szkoda, bo taki jest najlepszy. No i dziwne doświadczenie z tą rukolą. 
Zdziwieni byliśmy też pizzą Sette (33PLN), która miała być w kształcie motyla. Na talerzu pojawiła się bardzo, bardzo luźna interpretacja motyla :) Dużo składników; znów morze rukoli, szynka, kiełbasa, pieczarki, parmezan i domowa ricotta - średnia, bo za kwaśna i niezbyt kremowa. Jakoś mi się tak to wszystko na raz nie zgrywało. Jedzącemu motyl smakował, ale oklasków nie było. 
Bazą tych trzech pizz miały być pomidory San Marzano. To moje ulubione, więc ich smak znam na pamięć. Tu mi coś nie pasowało. Ten sos nie był odpowiednio wyraźny i słodki jak ulubione San Marzano, był jakiś taki wodnisty i bez wyrazu.
I jeszcze pizza Bianca (31PLN). Pancetta to raczej był zwykły, polski boczuś. Oprócz tego szpinak, szalotka, czosnek i pecorino romano. Bez kombinacji, niby ok, ale smaki znowu jakieś takie niewyraźne. Tu bazą była ponoć mozzarella di Bufala, ale jej cudownego, delikatnego smaku nie udało się odpowiednio wydostać, podobnie jak w przypadku pomidorów San Marzano.
Tak jak podczas pierwszej wizyty ciasto wciąż było niezłe. Może nie idealne - brzegi za mało wyrośnięte, ale ogólnie w porządku. Pełne, zwarte, na środku mokre.
Chociaż miałam ochotę na karmelowe budino, z deserów ostatecznie zrezygnowaliśmy, ponieważ...

...dawno nie spotkaliśmy się z tak słabą obsługą i po prostu nie chciałam tam dłużej przebywać. Zazwyczaj w krakowskich restauracjach jest pod tym względem przeciętnie. Tu jest źle. Podczas krótkiej wizyty na lunch obsługiwał nas miły, ale niedoświadczony kelner. Na pytanie jaki ser jest na naszej pizzy dowiedzieliśmy się, że taki owczo-krowi. Tyle. 
Druga wizyta miała być dłuższa i w większym gronie, wypadało więc zarezerwować stolik. Poziom rozmowy telefonicznej był żenujący, ale ostatecznie się udało. 
Przeglądając kartę zauważyliśmy coś niebywałego - informację, że oliwa jest dodatkowo płatna. Mocno zaintrygowani, zapytaliśmy jednego z kelnerów dlaczego tak jest. Otrzymaliśmy odpowiedź, że... takie są zasady. Ten pan już do końca wizyty był w stosunku do nas zwyczajnie niemiły i arogancki. Drugi kelner (ten znany nam z pierwszej wizyty, wciąż miły i wciąż niedoszkolony) zapytany o to samo odparł, że była płatna, ale już nie jest. Jak jest naprawdę w końcu się nie dowiedzieliśmy, bo oliwy nam nie podano. Płatna oliwa w włoskiej knajpie to jest proszę Państwa absurd. 
Pizzaiolo był bardzo nerwowy, krzyczał na kelnerów i nie była to raczej kwestia złego dnia, bo poprzednio wyglądało to tak samo. To fakt, że kelnerzy nie radzą sobie nawet z małym ruchem, ale te krzyki wprowadzały dodatkowy chaos i słyszała je cała sala (na szczęście nielicznych) gości. Pan w końcu pracuje na otwartej kuchni, dobrze by było się kontrolować. No właśnie - otwarta kuchnia pozwala na obserwację pracy kucharza. My oprócz tego zaobserwowaliśmy coś okropnego (niestety nie znajduję na to innego słowa). Wspomniany pizzaiolo wziął brudny talerz z resztkami, który wrócił z sali, przetarł go rękawem i przygotował, by za chwilę położyć na nim pizzę dla kolejnych gości. DRAMAT.

Szkoda, bo miejsce urządzono fajnie. Pizza niby jest nie najgorsza, prawdopodobnie składniki są  włoskie, ale jakoś ale po tym co odstawiła obsługa nie mam do tego miejsca zaufania. Nie chce się tam przebywać, tam jeść i zostawiać pieniędzy, bo energia tej restauracji po prostu odstrasza. Ale będziemy obserwować i może za jakiś (dłuższy) czas wrócimy sprawdzić, czy pizzeria Sette Cucina Napoletana wykorzystała swój potencjał.

JEDZENIE: 6,5/10
OBSŁUGA: 1,5/10
WYSTRÓJ: 8,5/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 5/10













xoxo
Magda

poniedziałek, 14 maja 2018

Bistro Bene

ADRES: Św. Krzyża 17, Kraków
KUCHNIA: kuchnie świata, fusion
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 26-69PLN
W INTERNECIE: facebook | www











W tamtym roku powstanie Bistro Bene i sąsiedniego Nota Resto odbiło się głośnym echem w krakowskim światku gastronomicznym. Są to bowiem autorskie propozycje Tomasz Leśniaka, kucharza reprezentacji polski w piłce nożnej. Bistro Bene to ta swobodniejsza część koncepcji. Na ciut poważniejsze wyjścia nada się elegantsze Nota Resto. Chociaż fani piłki nożnej z nas żadni, ciekawość wygrała i w końcu wybraliśmy się do jednej z miejscówek.

Chociaż wystrój może wydać się nieco chaotyczny, z pewnością jest przemyślany i nieprzypadkowy. Urządzony miejsko, nowocześnie i ciekawie. Dżinsowe nakrycia współgrają z granatowymi sofami, jest trochę drewna, cegły i geometrii. Dołożyłabym tam tylko więcej światła, by to wnętrze ożywić. Jasno, zielono i przyjemnie wygląda całkiem spory ogródek na tyłach restauracji. Ale niestety tylko wygląda, bo nie jest ani trochę funkcjonalny. Zamiast stolików są tam bardzo niskie, drewniane skrzynki i równie niskie pufy i kanapy. Jak jeść (na przykład zupę), kiedy talerz znajduje się na stoliku poniżej kolan? Próbowaliśmy sobie to wyobrazić (i wyszło kiepsko), więc szybko przenieśliśmy się do jednego z dwóch dostępnych, maleńkich stolików działkowo-ogrodowych z plastikowymi krzesłami. Też bez szału, ale lepiej. W środku kategorycznie nie chcieliśmy zostać, ponieważ było tam potwornie duszno i bardzo, ale to bardzo nieładnie pachniało miejscem, gdzie robi się rzeczy przeciwne do jedzenia ;) Podejrzewam, że akurat trafiliśmy na jakieś problemy techniczne z wentylacją, bo nie chce mi się wierzyć, że tak to wygląda (a właściwie pachnie) na co dzień.

Karta to autorski miks tego co modne, popularne, zdrowe i wartościowe. W końcu to szef kuchni sportowców, więc dokładnie takich kierunków się tu spodziewaliśmy. Jest sporo kreatywnych, nienudnych śniadań (np. bajgiel z serkiem wasabi, szpinakiem, wędzonym łososiem, jajkami w koszulce, sosem bearnaise i pieczonym burakiem), przyjemnie brzmiące sałatki (np. liście, kurczak, guacamole, nachos, pomidorki koktajlowe, salsa z kolendrą), małe przekąski (np.chipsy z sosem kaparowym), kanapki. W kategorii 'coś innego' znajdziemy na przykład mule z frytkami i majonezem lub stek z polędwicy. Znalazło się też miejsce dla pizzy, która ma ciasto 'inne niż wszystkie', bo sojowe. Desery wystawiono w szklanej gablocie, na stałe nic w karcie nie ma, więc są różności pieczone na świeżo, w większości śliczne, kuszące ciasta. Ogromna oferta barowa - kawy, herbaty, soki, smoothies, kilka całkiem zacnych, nowoczesnych win (wszystkie serwowane na kieliszki) i dużo mocnych alkoholi.

W karcie są dwie zupy i obie zjedliśmy. Rosół orientalny z liśćmi limonki, żebrem wołowym i warzywami (17PLN) nie do końca trafił w mój gust. Wiecie, jak uwielbiam kuchnię azjatycką, więc też mnie to zdziwiło. Bulion był tłusty i bogaty, klarowny. Mięso soczyste i mięciutkie. Ale smakowo coś tu nie zagrało, do ostatniej łyżki zastanawiałam się co i chyba to ten cytrusowy, kwaśno-gorzki ogonek nie pasuje mi do wołowego rosołu.
Krem ze słodkich ziemniaków, młodej marchewki z mlekiem kokosowym, imbirem i curry (17PLN) to przecież powinna być bomba smakowa. A niestety nie była. Bardzo, bardzo subtelna zupka w intensywności porównywalna z przecierami dla maluchów. Zgadzała się tu tylko konsystencja idealnie przetartego kremu i wściekle żółty kolor, smak poszczególnych, mocnych składników (imbir, curry), jakby z tej miski wyparował. W zupie pływały też rozmoczone, cienkie grzanki z ciemnego pieczywa (zły pomysł) i chipsy z buraka, zupełnie bez wyrazu. Zgodnie z menu miały być jeszcze płatki kokosowe, ale tych nie zlokalizowałam.
Z kategorii 'Liście' wybraliśmy sałatę z serem kozim, miodem, granatem, botwinką, konfiturą z czerwonej cebuli, orzeszkami ziemnymi i sosem z masła orzechowego (32PLN) i to był akurat strzał w dziesiątkę. Super świeża, chrupiąca sałata i botwina, pierwszej jakości ser, a największe oklaski zebrał sos. Wszystkie składniki uzupełniały się świetnie tworząc energetyczne, zdrowe danie na obiad w gorący dzień. Elementem sycącym była tu wielka pajda grillowanego pieczywa.
Wolno pieczone żebra wieprzowe w sosie BBQ (49PLN) wyglądały imponująco. Wielka porcja wynikała oczywiście z obecności dość grubych kostek w środku, ale mięsa tu i tak było sporo. Świetna glazura BBQ oddała smak żeberkom, było więc aromatycznie i soczyście - duża przyjemność dla podniebienia. Do tego pieczone młode ziemniaczki i kimchi, którym będę się zachwycać jeszcze pewnie bardzo długo. Ekstremalnie kwaśna kapusta była odpowiednio pikantna i pływała w dużej ilość kremowego, naturalnego sosu. Tak, do tej pory to moje najlepsze kimchi i coś czuję, że nieprędko ktoś je przebije. Mimo niemałego zadowolenia z tego dania, muszę się do czegoś przyczepić; żebro leżało na gazecie. Gazeta siłą rzeczy, pod wpływem sosu i temperatury rozpływała się i przyklejała do mięsa. Gazeta nie była smaczna.
Musieliśmy skusić się jeszcze na któreś z wyeksponowanych ciast. Padło na bezę sezonową z rabarbarem (14PLN). Oprócz suchego, klejącego spodu i lekko zwarzonego kremu wszystko się udało ;) Górne partie bezy przyjemnie chrupały i tu akurat do techniki wykonania nie można mieć zastrzeżeń, a kwaśne owoce stworzyły potrzebny tym słodkościom kontrast.

Obsługa taka jak (prawie) wszędzie, czyli mało zaangażowana. Rozumiem, że miejsce jest luźne i z zasady ma panować niezobowiązująca atmosfera, ale to chyba nie o to chodzi, by wędrować samemu do baru po rachunek, który na kwotę barową bynajmniej nie opiewa. Miło by było też od czasu do czasu w restauracji zobaczyć sympatyczny uśmiech i wejść w choćby super krótką konwersację z człowiekiem, a tego zabrakło.

Nie rozumiem tutejszych zup, mięsa na gazecie i ekstremalnie nieprzystosowanego do jedzenia ogródka. Nie, to zupełnie do mnie nie trafia. Ale mimo wszystko w kuchni pana Tomasza jest pewna energia, którą chce się bliżej poznać, taka naturalna kreatywność niekoniecznie dyktowana panującą modą kulinarną, jak mogłoby się wydawać po pierwszym rzucie oka na menu. Może do Bistro Bene póki co nie wrócimy (no, chyba, że na żebro z kimchi), ale jest jeszcze Nota Resto. Pożyjemy, zobaczymy :)

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 6/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 7/10













xoxo
Magda








sobota, 28 kwietnia 2018

Corleone

ADRES: Poselska 19, Kraków
KUCHNIA: włoska, śródziemnomorska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 21-65PLN
W INTERNECIE: facebook










W tamtym roku bardzo miło spędziliśmy czas w Trzech Papryczkach. Wówczas podejrzeliśmy, że w sąsiednim Corleone również można jeść na świeżym powietrzu co szczerze uwielbiamy. Postanowiliśmy zatem tegoroczny sezon ogródkowy zainaugurować właśnie tu.

Przy wejściu do restauracji stoi coś, co zawsze trochę nas śmieszyło, a trochę straszyło kiedy przechodziliśmy obok. Podobizna Vito Corleone i jego kolegi, figury niemal rzeczywistych rozmiarów. Oczywiście łączy się to z nieco pretensjonalną nazwą, ale jakość wykonania tych kukieł pozostawia wiele do życzenia i gdybyśmy nie wiedzieli o ogródku na tyłach restauracji nigdy w życiu nie zachęciłoby nas to do wejścia. Wręcz przeciwnie. W środku jest dość dziwnie. Przykurzone dywany, ciemno, trochę obrazów, ściana z win, ciężkie meble. Nie nasz klimat. Zdecydowanie najmocniejszym punktem lokalu jest wspomniany ogródek - niewielki, ale uroczy. Stoliki pod jasnymi baldachimami, drewno, trochę zieleni. Idealny na letnią kolację z przyjaciółmi, czy randkę.

Sugerując się nazwą można by było spodziewać się tu kuchni sycylijskiej, jednak w menu znajdziemy włosko-francuski, śródziemnomorski miszmasz. Na przystawkę zjemy na przykład antipasto marinana (carpaccio z ośmiornicy, sałatka z owoców morza, sałatka z alg morskich) lub foie gras z karmelizowanym jabłkiem i cebulą. Jest całkiem dużo domowych makaronów i tu plus za kreatywność - wreszcie inne, rzadko spotykane u nas formy (fettucine, trofie). Sporo dań z owocami morza, ale są i mięsa, na przykład kotleciki jagnięce z pieca z borowikami i kozim serem lub pierś z kaczki z figami w sosie miodowym. Jest oczywiście wino. My spróbowaliśmy domowego, białego (80PLN; 1l). Rześkie, świeże, mocno owocowe - świetne do makaronów i lekkich dań z owocami morza.

W niewielu miejscach w mieście można zjeść ostrygi, więc na początek chętnie poprosiliśmy o ten frykas, prosto z Bretanii (28PLN). Trzy sztuki w trzech wersjach - zapiekane ze szpinakiem, porem i parmezanem, podane bardzo ładnie. Sam produkt świetny, z dużą ilością naturalnego sosu. Wyjęte z pieca w punkt. Bardzo dobra przystawka. 
Z wkładki sezonowej wybraliśmy małże świętego Jakuba (23PLN) na musie z kopru włoskiego. Idealnie wysmażone, prawie chrupkie z zewnątrz, a w środku aksamitne, charakterystycznie słonawe. To wspaniały owoc morza tutaj potraktowany z należytym szacunkiem.
Jako, że byliśmy w większym gronie udało się spróbować jeszcze dwóch zup. Krem pomidorowo-groszkowy (12PLN) wzbudził umiarkowany zachwyt - smaczny, ale (za) bardzo subtelny. Zupa rybna z owocami morza (16PLN) również nie porwała. Mule, kalmary i krewetki były odpowiednio miękkie, było ich sporo, ale bulion pozostawiał wiele do życzenia w kwestii wyrazistości. Za mało aramatu, za mało przypraw.
Będąc w restauracji nie lubię komponować swoich dań sama, ponieważ uważam, że to zadanie leży w gestii kucharza. Tutaj do mięs i ryb dodatki domawia się osobno, więc zrezygnowaliśmy z dań głównych na rzecz domowej pasty i risotto. I ten wybór był jak najbardziej trafiony, ponieważ od pierwszych kęsów okazało się, że w Corleone serwują jedne z lepszych makaronów w mieście.
Moje trofie nero z ośmiorniczkami (26PLN) było w każdym szczególe wspaniałe. Często jest tak, że czarny barwnik kradnie smak dodatkom, nieprzyjemnie dominuje. Tutaj tylko podkręcał supermiękkie ośmiornice skąpane w ostrym, pomidorowym sosie. Sam makaron to ideał - jędrny, al dente, czuć, że wyszedł spod wprawnej ręki.
Podobne odczucia wzbudziły u jedzących kolejne dwa talerze z pastą: sprężynki busiate z cielęciną, pieczarkami i porto (27PLN) oraz spaghetti alla chittara ze szpinakiem i krewetkami (26PLN). Dobrze wykonany, domowy makaron broni się sam, ale i idealnie wywarzonym dodatkom nie można tu niczego zarzucić.
Risotto ze szparagami (23PLN, karta sezonowa) to przyjemne, wiosenne i znowu bezbłędne danie. Mocno kremowy dzięki parmezanowi ryż, lekko twardawy (tak jak być powinno) i chrupiące, soczyste szparagi. Nie od dziś wiadomo, że właśnie za takie proste, ale pełne wyraźnego smaku kompozycje świat kocha kuchnię włoską. 
Chociaż lista deserów jest krótka i zdecydowanie nienowatorska (to,co wszędzie), skusiliśmy się na trzy słodycze. Panna cotta (14PLN) była chyba zbyt wcześnie wyjęta z lodówki, ponieważ mocno trzęsła się na talerzu - osobiście wolę tę ponadczasową królową włoskich deserów w bardziej zwartej, kremowej formie. Bardzo słodka, bardzo śmietankowa, oczywiście (jak wszędzie) z sosem malinowym i miętą. Oprócz konsystencji deser udany. 
Zupełnie nie porwały mnie lody waniliowe z pieprzem (16PLN) - słodki zlepek z ogromną ilością tłustej śmietany, do tego - jakby słodkości było mało - sos karmelowy. Grubo mielony pieprz nie zdołał tego przełamać. Nie jestem fanką, ale wiem, że są tacy, którzy się w ekstremalnych słodyczach kochają i do takich osób zapewne ten deser jest kierowany.
Spora porcja tiramisu (14PLN) według jedzących była udana, ale tu również zachwyt był umiarkowany. 

Jak w wielu miejscach w Krakowie, w Corleone spotkaliśmy się z obsługą technicznie poprawną, ale bardzo mechaniczną. Przynieść, posprzątać i pójść, a z ludźmi wymienić możliwe najmniejszą ilość słów. Na dania nie czekaliśmy długo, były podawane równo, ale zabrakło takiego zwykłego, ciepłego uśmiechu, odrobinki naturalnej atencji, która w kontaktach z klientem (obojętnie w jakiej branży) jest podstawą.

Do Corleone warto się wybrać na makaron, na owoce morza. Szczególnie w piękny, letni wieczór. Może to miejsce nie trafi do moich topowych adresów, ale z pewnością warto je zapamiętać. Mimo śmiesznego Vito Corleone przy wejściu, mimo przeciętnej obsługi Corleone ma w sobie to 'coś'. Specyficzny klimat włoskiej, gwarnej trattorii gdzieś na nadmorskiej prowincji. Jesteśmy na tak, polecamy!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 6/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 8,5/10

Ocena ogólna: 7/10













xoxo
Magda

niedziela, 15 kwietnia 2018

Burger Station

ADRES: Wiślna 10, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery
ZAKRES CEN BURGERÓW: 20-36PLN
W INTERNECIE: facebook







Od ponad dwóch lat w ścisłym centrum, na Wiślnej działa Burger Station. Jak sama nazwa wskazuje karmią po amerykańsku, a niedawno ich menu przeszło małą metamorfozę za sprawą uwag gości. Zresztą odświeżanie karty raz na jakiś czas to zawsze fajna opcja. Chętnie poszliśmy więc sprawdzić co dobrego tam się dzieje.

W środku jest przyjemnie - nowoczesny wystrój w kolorach szarości, designerskie metalowe krzesła (swoją drogą bardzo wygodne), dobra muza - miłośnicy cięższych brzmień z pewnością zwrócą na nią uwagę. Na ścianach pasujące do konwencji amerykańskie plakaty reklamowe z lat 60-tych. Lubimy ten klimat. Mogłoby być jednak ciut jaśniej, bo duże lampy (chociaż ładne) dość skromnie rozjaśniają pomieszczenie.

Na przejrzystej karcie/ulotce spisano menu. Są kanapki klasyczne w różnych konfiguracjach składników z sezonowaną wołowiną, serem (camembert lub cheddar), boczkiem, surowymi warzywami, majonezem - bez kombinacji, mają w sobie wszystko to co mieć powinien amerykański burger. Dla wegetarian przygotowano opcję z camembertem lub boczniakiem w panierce. Miłośnicy ciekawszych rozwiązań mogą się skusić na burgery specjalne - cztery sztuki o chwytliwych nazwach (na przykład Leser z wołowiną, serem lazur, rukolą, kwaśną śmietaną, majonezem, pomidorem i czerwoną cebulą). Kanapki można zamawiać solo lub w zestawie z frytkami lub napojem. Osobno można domówić krążki cebulowe lub sos (do wyboru 9, między innymi jalapeno, tatarski, miodowo-imbirowy). Burger Sation od niedawna produkuje swoje piwko - jasne oraz lager.

Polecono nam burgery specjalne i jako, że warto próbować nowości bez marudzenia wybraliśmy dwie sztuki. Italian Job (35PLN) oprócz mięsa miał pod kopułką bułki mnóstwo intensywnego, bazyliowego pesto, grillowaną cukinię, szynkę parmeńską, rukolę, mozzarellę, pomidora i trochę zaskakującego w tym miejscu melona, który przyjemnie osłodził tę włoską feerię mocnych smaków. Bardzo dobry, bardzo włoski - polecamy.
Z kolei koza w czerwonym winie (47PLN w zestawie z frytkami i lemoniadą) to mały ukłon w stronę Francji - mięso, mocno kwaśny sos malinowy, roszponka, pomidor, karmelizowany burak, gruszka w czerwonym winie i grillowany kozi ser. Jak dla mnie połączenie mięsa wołowego z karmelizowanym burakiem to jest zawsze dobry pomysł, więc już przed zamówieniem wiedziałam, że będzie dobrze. I w rzeczy samej - było. Sos malinowy starał się tu dominować, ale przegrał ostatecznie z kozim serem świetnej jakości. Udana kompozycja z plejadą charakterystycznych smaków.
Jak wiadomo najważniejszym elementem tych amerykańskich kanapek jest mięso. W Burger Station to sezonowana wołowina, która w obu naszych kanapkach miała być wysmażona w stopniu średnim. W rzeczywistości udało się to uzyskać w jednym z kotletów - idealne medium rare. Drugi kilka sekund za długo leżał na grillu. Niezależnie od stopnia wysmażenia mięso było wyśmienite. W odróżnieniu od zwartych, czasem twardych burgerów znanych nam z innych krakowskich miejscówek tutaj wołowina jest krucha, luźna, w smaku mocno mięsna i soczysta. To zapewne zaleta sezonowania - wciąż rzadkie zjawisko w krakowskich burgerowniach.
No i bułka. Z nią też trafili w mój gust. Biała, lekko słodka, pełna w środku, odpowiednio chrupiąca z zewnątrz. W obu burgerach wybraliśmy wersję włoską z suszonymi pomidorami i ziołami. Na każdej bułce jest sygnatura - logo Burger Station, więc mamy pewność, że nie jest to produkt taśmowy, a stworzony specjalnie dla nich według indywidualnej receptury.
Frytki też były fajne - duże, pełne w środku, domowe i odpowiednio odsączone z tłuszczu. Smakowały bardzo, zwłaszcza z dodatkiem słodko-ostrego sosu habanero.
Firmowa lemoniada jest z pomarańczą, z niewielką ilością miąższu. Przyjemny, orzeźwiający napój - jak najbardziej na plus.

Obsługa jeszcze przed zamówieniem poinformowała nas o czasie oczekiwania, który w naszym przypadku wynosił 30 minut (niedzielne popołudnie, w środku głodne tłumy, więc jest to jak najbardziej zrozumiałe). Miła pani chętnie doradza w wyborze, następnie z uśmiechem podaje zamówienie do stolika.

Burger Station dobrze wykorzystuje potencjał miejsca. Wiślna to jedna z najbardziej tłocznych ulic miasta i cieszy fakt, że można tu zjeść coś dobrego. Jedzenie jest fajne, porządne, z jakościowych składników. Będziemy zaglądać i polecamy wszystkim fanom amerykańskiej kuchni!

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 9,5/10
WYSTRÓJ: 8,5/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 8/10





Dziękujemy Burger Station za zaproszenie na test nowości.
xoxo
Magda

poniedziałek, 26 lutego 2018

Krowarzywa

ADRES: Sławkowska 8, Kraków
KUCHNIA: wegańska, burgery, street food
ZAKRES CEN: 13,50 - 16,50PLN
W INTERNECIE: facebook | www











Zazwyczaj omijamy sieciówki. Lokale spod uroczego szyldu Krowarzywa spotkać można w kilku miastach w Polsce, ale od innych sklonowanych miejsc ze street foodem odróżnia ich klarowna filozofia. Zdrowe jedzenie bez konserwantów i glutaminianu tworzone z pasją i miłością do zwierząt i przyrody (jak zapewniają właściciele na stronie internetowej). No i to nam pasuje. Ochoczo pobiegliśmy więc spróbować.

Lokal mocno używany, z lekka obskurny tu i ówdzie, chociaż jakiś czas temu pewnie był nawet ładny. Miejsca całkiem sporo, jest przestronnie, więc nie powinno być problemu, kiedy chcemy zjeść na miejscu. Trochę hipsterskich lamp i motywów na ścianach. To miejsce z jedzeniem ulicznym, więc nie można wiele wymagać. Zgodnie z organicznym profilem nie znajdziemy tu plastikowych sztućców, ale jednorazowe - drewniane. I fajnie, że jest spójność idei i w takim szczególe.

W menu przede wszystkim burgery. Każdy z nich zawiera sezonowe, świeże warzywa i wegańską wkładkę zastępującą mięcho (na przykład kotlet z kaszy jaglanej, marynowane i pieczone plastry warzyw, kotlet z ciecierzycy). Bułka ciemna lub jasna do wyboru. To tradycyjne pieczywo możemy zamienić na wrap lub miskę z kaszą jaglaną. Dobieramy dwa sosy (między innymi koperkowy, musztardowy) i dodatki jeśli mamy taką potrzebę (ostre papryczki, pieczone ziemniaki, coleslaw). Krowarzywa butelkuje też swoje napoje. My spróbowaliśmy kofeinowego Guaranex (10PLN), całkiem niezły.

Wybrałam burger Seitanex (16,50PLN) w białej bułce, który jak sama nazwa wskazuje jako główny składnik zawiera seitan - wegańskie sztuczne mięso z białka pszennego. I z wielkim bólem serca muszę przyznać, że dawno już nie jadłam niczego gorszego. To było okropnej jakości żylaste, twarde mięsopodobne coś. Smak i forma dętki od roweru nie będzie dalekim od prawdy porównaniem. Albo nieudany przepis, albo trafił mi się egzemplarz nadgryziony zębem czasu. Wiecie jak rzadko wyrzucam jedzenie. Tym razem nie dało się postąpić inaczej i mimo usilnych prób połowa kotleta poleciała. A szkoda, bo cała reszta była w porządku. Dobre, domowe sosy (zwłaszcza ostry pomidor), świeżutkie, chrupiące warzywa. No i bułka, naprawdę smaczna - miękka, puszysta, lekko słodka.
Towarzysz wybrał Tofex w formie wrapu (17,50PLN) z dodatkowym serem wegańskim (1,50PLN) i niestety to również było niesmaczne. Po pierwsze - zimne, zupełnie. Nieroztopiony ser, przez co smaku praktycznie nie miał. Tofu miało być pieczone, a było surowe i suche. Trochę przypraw w proszku nie można nazywać marynatą. I ponownie - świeże warzywa, dobre sosy (śliwkowy bbq - super). Ale i tak jesteśmy na nie, skoro główne składniki to wielkie rozczarowanie.
Nie pojedliśmy sobie, ale po takich kwiatkach odeszła nam ochota na dalsze testy.

Obsługa bardzo sympatyczna. Po zamówieniu dostajemy sprytne urządzonko z krówką na obrazku, które wibruje i świeci, kiedy nasze jedzenie jest gotowe. Nie czekaliśmy długo mimo sporego ruchu (chociaż moglibyśmy dłużej, gdyby dzięki temu jedzenie było ciepłe).

To nie jest tak, że się nie znam i nie rozumiem, bo na co dzień jem mięso. Ja uwielbiam kuchnię wegańską, seitan to też nie nowość dla mnie. I jak najbardziej potrafię docenić roślinne gotowanie (do dziś pamiętam przepyszny obiad TU lub TU). W tym miejscu zawiodła technika, forma i przede wszystkim smak. Zwłaszcza jak się człowiek wcześniej naczyta takich pięknych rzeczy - że z pasją, że z misją, że ciekawie i pysznie...

JEDZENIE: 2,5/10
WYSTRÓJ: 4/10
OBSŁUGA: 7/10
CENY: 6/10

Ocena ogólna: 3/10





xoxo
Magda

poniedziałek, 12 lutego 2018

Hot Chili

ADRES: Mikołajska 3, Kraków
KUCHNIA: indyjska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 18,50-42PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Nigdy nie możemy przejść obojętnie obok kuchni indyjskiej. Kolejnym orientalnym miejscem, które odwiedziliśmy w ostatnim czasie było Hot Chili na Mikołajskiej (posiadają również drugi lokal nieopodal, na Pijarskiej). Tym razem wybór był nieprzypadkowy, bo z polecenia.

Wystrój indyjskich knajpek nigdy jakoś do nas nie trafiał i tak było również tym razem. Jaskrawe żółto-czerwone ściany pomieszane z cegłą, mnóstwo ozdóbek, światełek, lusterek i obrazków z różnych bajek. Bollywood jak nic. Do tego radiowa muza (na szczęście cichutka). Nie spotkałam się jeszcze z indyjską restauracją, w której byłoby... ładnie, więc moża do tego jakoś przywyknąć, a i przecież taki mocny orientalny styl znajdzie swoich amatorów. Ważne, że jest schludnie i czysto. Restauracja jest bardzo duża i przestronna.

Menu oczywiście ogromne (karta w staromodnej skórzanej oprawie, a jakże). Przekąski (pakora, samosy, kulki ziemniaczane, skrzydełka), potrawki w sosach (masala, curry, butter, korma) do wyboru z kurczakiem, baraniną, rybą lub owocami morza. Dania z pieca tandoor, cała lista dla wegetarian (na przykład ser paneer gotowany w sosie maślanym z rodzynkami i migdałami). Nie mogło zabraknąć i sztandarowych w kuchni indyjskiej biryani - dań ze smażonego ryżu z rodzynkami i pomidorami, również w wielu wariantach składnikowych. Ogromny wybór dodatków, w tym pieczywo nadziewane mięsem lub jogurt z przyprawami. Tylko w deserach skromnie, bo oprócz lodów pistacjowych i mango są jeszcze tylko kuleczki serowe w sosie karmelowym gulamb jamun.
Fajną opcją dla oszczędnych będzie lunch bufet - od poniedziałku do soboty w godzinach 11:30-17 możemy korzystać bez limitu z obfitego szwedzkiego stołu płacąc tylko 28,50PLN.

Zaczęliśmy od cieniutkich, chrupiących placków papadam (swego rodzaju indyjskie chipsy smażone w głębokim tłuszczu) z dodatkiem świeżych warzyw (12PLN). Żałuję, że nie zamówiłam ich solo, bo same placki z zaserwowanymi sosami były przyjemną, lekką przekąską, a wodnisty pomidor i zbyt duże kawałki surowej cebuli tylko przeszkadzały na talerzu.
Następnie baingan bartha (23,50PLN) - zwarta, dość gęsta pasta z pieczonego bakłażana, cebuli, papryki, zielonego groszku i pomidorów. Było to dobre, bo cały wachlarz aromatycznych przypraw zrobił swoje, ale zabrakło odrobinę charakterystycznych, oddzielnych smaków poszczególnych warzyw. Już w przystawce zauważyliśmy, że z dobrymi jakościowo pomidorami tu raczej jest średnio co nieco odbiło się na tym daniu.
Drugą testowaną potrawą była jagnięcina w sosie vindaloo (34PLN). Ten rodzaj curry (obok tajskiego zielonego) jest w naszej czołówce i tu się na szczęście nie zawiedliśmy. Nie będziemy się już czepiać, że zabrakło mu trochę czerwonego koloru (pewnie znowu te pomidory), bo smak był jak należy - bogaty, mocno skoncentrowany, kwaśno-słodki. Jagnięcina mięciutka, długo duszona prawie że rozpływała się w ustach. Chociaż niektóre kawałki nie były odpowiednio oczyszczone (żyłki, tłuszcz) jakość mięsa w połączeniu z sosem vindaloo była więcej niż zadowalająca.
Stopni ostrości mamy cztery. Jak to my - musieliśmy przetestować ten maksymalny i na szczęście tym razem nie był to tylko straszak. Rzeczywiście było ostro, ale w ten dobry sposób, który nie zabija dania.
Zgodnie stwierdziliśmy, że w Hot Chili mają najlepsze indyjskie pieczywo, z jakim do tej pory mieliśmy do czynienia. Idealne! W punkt wyjęte z pieca, o świetnej konsystencji, formie i chrupkości. Próbowaliśmy klasyków, bez żadnych dodatków - naan (6,50PLN) oraz razowy tandoori rooti (6,50PLN). 
Na stole obowiązkowo pojawiło się też mango lassi (11,50PLN). Było bardzo słodkie i mam nadzieję, że wynikało to z wyjątkowo dojrzałego mango, a nie z dodatkowej porcji cukru.

Nie wiem który to już raz spotykamy się z identycznym, niezrozumiałym dla nas schematem zachowania ze strony obsługi w krakowskich restauracjach. Na początku wszystko jest elegancko (no, może pan był trochę za poważny, ale ogólnie miły). Zamówienie przyjęte, szybko i równo podane. Ale po zjedzeniu dań głównych dzieje się coś dziwnego, bo znikamy. Obsługa nas nie widzi, nie przychodzi po talerze, nie podaje rachunku. I tak moglibyśmy siedzieć nad brudnymi naczyniami pewnie do zamknięcia, bo subtelne przyciąganie wzrokiem nie działa, a rzecz jasna nie jesteśmy z tych gwiżdżących, czy machających na kelnera. Po rachunek trzeba się przespacerować samemu. Nie ma mowy o dużym ruchu, ponieważ oprócz naszego zajęte były może ze dwa stoliki.

W Hot Chili nie jest źle, ale nie jest to też najlepsza kuchnia indyjska w Krakowie (z wyłączeniem pieczywa, bo to akurat zawiesiło poprzeczkę bardzo wysoko). To takie domowe, luźne gotowanie. Nie zawsze równe, ale ogółem smaczne i prawdziwe.

JEDZENIE: 6,5/10
OBSŁUGA: 4/10
WYSTRÓJ: 3,5/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 6/10





xoxo
Magda

niedziela, 7 stycznia 2018

Boscaiola

ADRES: Szewska 10, Kraków
KUCHNIA: włoska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 23-56PLN
W INTERNECIE: www | facebook










Tej włoskiej restauracji w samym sercu Krakowa chyba nikomu szczególnie przedstawiać nie trzeba. Od lat jest na topie, o czym świadczy codzienne obłożenie. My sami robiliśmy kilka podejść sprawdzając, czy da się coś zdziałać bez rezerwacji. I cóż, polegliśmy. Nawet w niepozorne, wczesne popołudnia w tygodniu o wolny stolik ciężko. Ale w końcu się udało, no i wiemy już skąd te tłumy.

Wnętrze prezentuje się ładnie, chociaż w drugiej sali jest typ umeblowania, którego wyjątkowo nie lubię w restauracjach. Długa kanapa i ustawione przy niej bardzo blisko siebie osobne stoliki zdecydowanie nie sprzyjają randkowiczom, czy po prostu ludziom, którzy nie przepadają za mimowolnym podsłuchiwaniem sąsiadów. Jest to jednak przestrzeń długa i wąska, a więc rozumiem, że dzięki takiemu rozwiązaniu można pomieścić dużo więcej gości. Oprócz tego jest naprawdę przyjemnie - drewno, ciepłe światło, rustykalny klimat i winne akcenty. Jak na trattorię przystało.

W karcie brak fantazyjnych eksperymentów, ale to jak najbardziej plus - do włoskiej restauracji idzie się po to, by zjeść tradycyjne, czyli nieskomplikowane i w swej naturze genialne dania prosto z Italii. Mamy więc carpaccio, focaccie, dużo pizzy, lekkie sałaty, makarony wyrabiane ręcznie (w tym ravioli i gnocchi). Filet z okonia na zielonym risotto z rukolą, wielka miska owoców morza, a jeśli mamy chęć na mięso możemy wybrać na przykład duszoną cielęcinę w sosie cytrynowo-winnym z polentą i cukinią. A na deser nieśmiertelne tiramisu lub równie słynne semifreddo.
Małym zawodem okazała się karta win. Prostego wina domowego nie ma w ofercie - a szkoda, bo do takiego jedzenia nieskomplikowane i niekoniecznie wyrafinowane trunki pasują nam najbardziej. Są za to ciekawe etykiety z całego świata, ale za większość butelek trzeba zapłacić grubo powyżej 100PLN, za kieliszek 20-39PLN.

Zaczęło się fajnie, bo od świetnej pizzy w roli przystawki. Quattro Stagioni (25PLN) oprócz sosu pomidorowego i mozzarelli zawierała cztery pogrupowane (a nie tradycyjnie pomieszane na placku) składniki; smaczną, gotowaną, klasyczną szynkę, wyraziste czarne oliwki, miękkie karczochy, no i moje ulubione podgrzybki - tutaj nic im nie przeszkadzało i można się było delektować smakiem samych grzybów na jednym z kawałków pizzy. Ciasto bardzo fajne, chrupiące, ale nie za suche. Sos pomidorowy idealny. Niczego tej pizzy nie brakowało.
Dalej również klasyka gatunku - lazania (26PLN), porcja potężna. Sos pomidorowy może nie porwał, bo były to po prostu zblendowane pomidory z puszki (ale za to te dobre, włoskie pomidory). Lazania jak u włoskiej babci - pełna aromatycznego mięsa, domowa, z niewielką ilością beszamelu, ale za to ze sporą porcją sera. Solidny posiłek, którego chyba nie da się nie lubić. Tym bardziej w wykonaniu Boscaiola.
Risotto z borowikami i pietruszką w sosie śmietanowym (28PLN) też fajne, ale tutaj przyczepię się odrobinę do konsystencji ryżu, który al dente na pewno nie był. Zrobiła się z tego troszkę śmietanowo-parmezanowa papka o smaku świetnych i wyraźnych prawdziwków. Jako, że dla nas liczy się właśnie smak, zjedliśmy bez narzekania.
Jakimś cudem zmieściliśmy jeszcze coś na słodko. Panna cotta (15PLN) to chyba mój ulubiony włoski deser, prawie nigdy go sobie nie odmawiam kiedy jest w karcie. I tutaj już do konsystencji się nie przyczepię, bo była perfekcyjna - aksamitna śmietanka w formie lekkiej galaretki zbalansowana kwaśnym sosem z owoców leśnych to było idealne zakończenie wieczoru.

Obsługa uśmiechnięta i energiczna, czyli taka jaka we włoskiej knajpce być powinna. Dania pojawiały się na stole szybko (pizza wręcz błyskawicznie), mimo ogromnego ruchu wszystko szło sprawnie, sprytnie i bezproblemowo.

Boscaiola przyciąga autentycznością. Prawdziwą, włoską kuchnią domową i typowym, przyjemnym rozgardiaszem. Rzeczywiście warto postarać się o ten stolik i zarezerwować go z wyprzedzeniem, bo tu dobrze się je i miło spędza czas. Polecamy!

JEDZENIE: 8/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda