Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wegańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wegańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 lutego 2018

Krowarzywa

ADRES: Sławkowska 8, Kraków
KUCHNIA: wegańska, burgery, street food
ZAKRES CEN: 13,50 - 16,50PLN
W INTERNECIE: facebook | www











Zazwyczaj omijamy sieciówki. Lokale spod uroczego szyldu Krowarzywa spotkać można w kilku miastach w Polsce, ale od innych sklonowanych miejsc ze street foodem odróżnia ich klarowna filozofia. Zdrowe jedzenie bez konserwantów i glutaminianu tworzone z pasją i miłością do zwierząt i przyrody (jak zapewniają właściciele na stronie internetowej). No i to nam pasuje. Ochoczo pobiegliśmy więc spróbować.

Lokal mocno używany, z lekka obskurny tu i ówdzie, chociaż jakiś czas temu pewnie był nawet ładny. Miejsca całkiem sporo, jest przestronnie, więc nie powinno być problemu, kiedy chcemy zjeść na miejscu. Trochę hipsterskich lamp i motywów na ścianach. To miejsce z jedzeniem ulicznym, więc nie można wiele wymagać. Zgodnie z organicznym profilem nie znajdziemy tu plastikowych sztućców, ale jednorazowe - drewniane. I fajnie, że jest spójność idei i w takim szczególe.

W menu przede wszystkim burgery. Każdy z nich zawiera sezonowe, świeże warzywa i wegańską wkładkę zastępującą mięcho (na przykład kotlet z kaszy jaglanej, marynowane i pieczone plastry warzyw, kotlet z ciecierzycy). Bułka ciemna lub jasna do wyboru. To tradycyjne pieczywo możemy zamienić na wrap lub miskę z kaszą jaglaną. Dobieramy dwa sosy (między innymi koperkowy, musztardowy) i dodatki jeśli mamy taką potrzebę (ostre papryczki, pieczone ziemniaki, coleslaw). Krowarzywa butelkuje też swoje napoje. My spróbowaliśmy kofeinowego Guaranex (10PLN), całkiem niezły.

Wybrałam burger Seitanex (16,50PLN) w białej bułce, który jak sama nazwa wskazuje jako główny składnik zawiera seitan - wegańskie sztuczne mięso z białka pszennego. I z wielkim bólem serca muszę przyznać, że dawno już nie jadłam niczego gorszego. To było okropnej jakości żylaste, twarde mięsopodobne coś. Smak i forma dętki od roweru nie będzie dalekim od prawdy porównaniem. Albo nieudany przepis, albo trafił mi się egzemplarz nadgryziony zębem czasu. Wiecie jak rzadko wyrzucam jedzenie. Tym razem nie dało się postąpić inaczej i mimo usilnych prób połowa kotleta poleciała. A szkoda, bo cała reszta była w porządku. Dobre, domowe sosy (zwłaszcza ostry pomidor), świeżutkie, chrupiące warzywa. No i bułka, naprawdę smaczna - miękka, puszysta, lekko słodka.
Towarzysz wybrał Tofex w formie wrapu (17,50PLN) z dodatkowym serem wegańskim (1,50PLN) i niestety to również było niesmaczne. Po pierwsze - zimne, zupełnie. Nieroztopiony ser, przez co smaku praktycznie nie miał. Tofu miało być pieczone, a było surowe i suche. Trochę przypraw w proszku nie można nazywać marynatą. I ponownie - świeże warzywa, dobre sosy (śliwkowy bbq - super). Ale i tak jesteśmy na nie, skoro główne składniki to wielkie rozczarowanie.
Nie pojedliśmy sobie, ale po takich kwiatkach odeszła nam ochota na dalsze testy.

Obsługa bardzo sympatyczna. Po zamówieniu dostajemy sprytne urządzonko z krówką na obrazku, które wibruje i świeci, kiedy nasze jedzenie jest gotowe. Nie czekaliśmy długo mimo sporego ruchu (chociaż moglibyśmy dłużej, gdyby dzięki temu jedzenie było ciepłe).

To nie jest tak, że się nie znam i nie rozumiem, bo na co dzień jem mięso. Ja uwielbiam kuchnię wegańską, seitan to też nie nowość dla mnie. I jak najbardziej potrafię docenić roślinne gotowanie (do dziś pamiętam przepyszny obiad TU lub TU). W tym miejscu zawiodła technika, forma i przede wszystkim smak. Zwłaszcza jak się człowiek wcześniej naczyta takich pięknych rzeczy - że z pasją, że z misją, że ciekawie i pysznie...

JEDZENIE: 2,5/10
WYSTRÓJ: 4/10
OBSŁUGA: 7/10
CENY: 6/10

Ocena ogólna: 3/10





xoxo
Magda

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Veganic

ADRES: Dolnych Młynów 10, Kraków
KUCHNIA: wegańska, wegetariańska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 24-29PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Już nie jeden raz wspominałam, że krakowscy weganie nie mogą narzekać na brak miejscówek, na co doskonałym przykładem jest właśnie Veganic. Do tej pory najlepsza roślinna restauracja w jakiej mieliśmy okazję jeść. I do tego w fajnym miejscu, bo w końcu Dolne Młyny stają się powoli synonimem dobrej zabawy i ciekawego jedzenia.

Restaurację urządzono nowocześnie, ale bez szaleństw. Można zjeść szybki obiad przy klasycznych stolikach lub zasiąść na wygodnych kanapach w celu dłuższego biesiadowania przy drinkach (bo Veganic to również bar oferujący autorskie koktajle i spory wybór alkoholi). Jest przestronnie, może trochę hipstersko, ale nic nie kłuje w oczy i siedzi się przyjemnie.

Zielone menu otwierają śniadania - grzanki z bagietki korzennej, omlet z tofu i parę innych (również klasyczna jajecznica, bo nie wszystkie potrawy są wegańskie). Potem kilka zup; krem z pietruszki i topinamburu, wegański żurek. Za najciekawszą przystawkę uznaliśmy pieczoną gruszkę z gorgonzolą, czarną soczewicą, pudrem migdałowym i ciastem filo, bo reszta starterów to takie proste klasyki jak frytki, tarta, czy focaccia. Dalej dwie sałatki, dwa burgery, no i dania główne pomyślane zdecydowanie kreatywniej niż w większości wegańskich barów w mieście  (kotlet z boczniaka z puree musztardowym, stek z marynowanego i wędzonego tofu z kluseczkami ziemniaczanymi, pak choi i sosem morelowym z chilli). Jeśli mamy ochotę na deser warto zapytać obsługę o aktualnie dostępne ciasta domowe.
Warto również zajrzeć do karty win, ponieważ jest tam krótka aczkolwiek ciekawa lista przystępnych cenowo, nowoczesnych etykiet wyselekcjonowanych dla Veganic przez Roberta Makłowicza. W ogóle jeśli oprócz jedzenia bardzo lubimy ten właśnie trunek można zainteresować się aktualną ofertą na 3-daniową kolację degustacyjną z winem domu bez limitu (79PLN).

Zaczęliśmy od rozgrzewających zup. Rekomendowany przez szefa kuchni, esencjonalny i mocno skoncentrowany krem z pieczonego buraka z gruszką i wegańską śmietaną (13PLN) rzeczywiście zachwycił. Z buraka wydobyto 100% smaku co w często zbyt rozwodnionych zupach wcale nie jest takie oczywiste. Ten krem był aksamitny, gęsty i treściwy. Pycha!
Druga, bardziej zachowawcza polewka to krem z batata na mleczku kokosowym (14PLN). Taka zupa jest naturalnie słodziutka, więc odczarowano to trochę pestkami słonecznika i gorzką czarnuszką i jak najbardziej wyszło dobrze. Do tego krem był pikantny (tak jak lubię), troszkę na tajską nutę. Też fajnie!
Wegańskie pierogi ruskie z pieczonym batatem, śmietaną i dymką (24PLN) to interesująca interpretacja tradycji. Dobrze doprawiony, słony farsz był łudząco podobny w smaku do dobrze wszystkim Polakom znanej wersji niewegańskiej, a ciasto sprężyste, poprawnie ugotowane i odpowiednio cienkie. Porcja ogromna i ładnie podana. Te pierogi tylko o włos przegrały z babcinym oryginałem.
Przetestowaliśmy także burgera w ciemnej, chrupiącej bułce z ogromnym plastrem marynowanego tofu, wyrazistym sosem BBQ i łagodnym czosnkowym, z serem wegańskim, pomidorem i sałatą (29PLN). Tradycyjnie do burgera podano frytki, ale ze słodkich ziemniaków - cieniutkie i przyjemnie chrupkie. I cóż, Veganic udowadnia swoją wersją, że to sztandarowe danie amerykańskie wcale mięsa nie potrzebuje, by zachwycić. Tofu było tu tak treściwe i porządnie zamarynowane, że z dużym sukcesem zastąpiło wołowinę. Da się tym porządnie najeść.
Całe szczęście, że zamówiliśmy jeszcze deser, ponieważ trafił się nam najlepszy słodycz jaki w ogóle jedliśmy w krakowskich restauracjach! Mus z białej czekolady z dodatkami: ajerkoniak ze słonym karmelem, krem kasztanowy i czerwony pieprz. Deserowy majstersztyk. Mus z czekolady bardziej był gęstym, zbitym kremem o wyważonej, śmietankowej słodyczy. Przełamany ziarnem pieprzu zwalał z nóg. Tego nie da się opisać, to trzeba spróbować.

Oprócz nieprzeciętnego deseru zaskoczyła nas też obsługa, ponieważ w tak casualowym miejscu jak Veganic nie spodziewaliśmy się spotkać z konwencją ekskluzywnych restauracji. Kelner używał patetycznych i wyszukanych zwrotów grzecznościowych co wypadło dość teatralnie zwłaszcza, że na końcu jakby o nas zapomniał i o rachunek musieliśmy już poprosić sami. Dania pojawiały się na stole szybko i równo, więc w ogólnym rozrachunku serwis wypadł dobrze.

Veganic serwuje rzeczy nieprzypadkowe, dobrze skomponowane, ładnie podane i po prostu smaczne. Mają pomysł na siebie, to zawsze cenimy. Tu wszędobylska powtarzalność i nuda ustępują miejsca subtelnej kreatywności, dzięki czemu można zjeść porządne, zdrowe i nowoczesne dania. Nie ważne, czy na co dzień jecie mięso, czy nie - tu z pewnością się najecie, a może nawet zachwycicie!

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7,5/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 8/10









xoxo
Magda


niedziela, 17 września 2017

Vegab

ADRES: Starowiślna 6, Kraków
KUCHNIA: wegańska
ZAKRES CEN: 9-20PLN
W INTERNECIE: facebook









Krakowscy weganie nie mogą narzekać na brak miejscówek. Przez ostatnie 2-3 lata ta gałąź naszej gastronomii rozwija się wyjątkowo prężnie i daje radość nie tylko roślinożercom. Na przykład taki Vegab - to co serwują łamie stereotypy i pasuje również miłośnikom mięsa.

To maleńki lokal na Kazimierzu z dwoma stolikami i ladą z kilkoma hokerami. Nieco klaustrofobiczne wrażenie potęguje fakt, że jest tam praktycznie ciągły ruch, mnóstwo ludzi w środku, ścisk. Żeby tam usiąść i zjeść trzeba mieć farta. Zdecydowanie jest to miejsce street foodowe nastawione, na wynosy i szybką, niezobowiązującą szamę. Na tablicy zajmującej niemal całą ścianę wyraźnie i kolorowo wypisano menu, w środku ładnie pachnie przyprawami. Oprócz tego wystrój skromny, ale estetyczny.

W ofercie kilka kebabów, wszystkie zawinięte w tortille i wszystkie z ''mięsem''. W każdym świeże warzywa i kiełki. W dodatkach na przykład hummus z ogórkiem kiszonym lub sos tatziki i suszone pomidory. Jest też jeden hot dog i jedno ciacho. Do picia - smoothie lub lemoniada.

Zamówiliśmy wersję Hamster (19PLN) z masłem fistaszkowym i egzotycznego Aloha (20PLN) z sosem mango i marynowanym ananasem. Wielki plus za kreatywność tych zestawień! Oba bardzo udane. Wszystkie składniki świeże, świetne sosy robione na miejscu. Chrupiąca tortilla napakowana zdrowymi pysznościami po brzegi. Można się tym konkretnie najeść. I to bez wyrzutów sumienia, bo wszystko jest niskotłuszczowe, niskokaloryczne i bogate w cenne dla nas witaminki, mikro i makroelementy. ''Mięso'' wygląda jak mięso i prawie smakuje jak mięso (niewprawione podniebienia z pewnością dałyby się oszukać!). Jest to imponująco wykonany mięsopodobny twór z tofu, strączków i białka pszenicznego genialnie doprawiony intensywnymi ziołami. Super przemyślany i super zrobiony kompiluje z innymi składnikami jeden z najlepszych kebabów jakie jadłam. Nawet większość tych z prawdziwym mięsem przy vegabie może się schować. I mówię to ja - zdeklarowany drapieżnik mięsożerca :)
Na deser skusiliśmy się jeszcze na bounty cake (8PLN). Już wcześniej wiedziałam, że wegańskie słodycze mogą być genialne (wspomnienie stąd) i to ciacho tylko potwierdziło tę teorię. Słodkość masy kokosowej miło przeplata się z wytrawną (ale nie za gorzką) czekoladą, a całość jest przyjemnie lekka. Super!
Piliśmy smoothie (11PLN) z mnóstwem oczywiście zdrowych rzeczy (masa daktylowa, młody jęczmień, pomarańcza, jabłka), ale ono jako jedyne tego dnia nie uwiodło moich kubków smakowych. Czuć, że zdrowe i dobre dla organizmu, ale zdecydowanie nie był to mój miks (oczywiście wszystko zależy od gustu, bo towarzyszowi smakowało).

Ekipa jest młoda, pełna pozytywnej energii i zaangażowania co zdecydowanie widać po uśmiechach i czuć w tym co serwują. Trzeba liczyć się z trochę dłuższym czasem oczekiwania (zazwyczaj około 20 minut), bo obłożenie spore i każdy kebab składany jest na bieżąco po zamówieniu.

Podoba mi się filozofia tego miejsca, no i oczywiście to czym karmią - proste jedzenie wysokiej jakości, bez ściemy, chemii i półśrodków. Owiany złą sławą fast food tutaj przybiera zupełnie nową, świeżą, zdrową formę. Jest fajnie, my z przyjemnością będziemy wracać!

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 8/10




xoxo
Magda

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Pod Norenami

ADRES: Krupnicza 6, Kraków
KUCHNIA: azjatycka, wegańska, wegetariańska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 25-33,50PLN
W INTERNECIE: facebook | www





Pod Norenami bywałam kiedyś często ze względu na ciekawą, intrygującą kuchnię, którą tworzy znany i poważany szef Paweł Albrzykowski. Imponujące, wieloletnie doświadczenie zdobyte w Azji pan Paweł postanowił wykorzystać w pełni autorskim projekcie i tak w 2013 powstało Pod Norenami na Krupniczej. Pamiętam z poprzednich wizyt, że kuchnia rzeczywiście była niezwykła, ale niestety pamiętam też obsługę, która skutecznie odstraszyła mnie od tego miejsca na bardzo długo i w moim prywatnym rankingu zasługiwała na miano najgorszej w mieście. Po latach wróciliśmy z nadzieją, że coś się w tej kwestii zmieniło. Poza tym gdzieś z tyłu głowy cały czas miałam te intrygujące ''mięsne'' wynalazki sprytnie wplecione w kuchnię wegetariańską w azjatyckim wydaniu. 

Wystrój nawiązuje do azjatyckich tradycji. Są noreny, smoki, bliskowschodnie obrazy, drewniane parawany. Pierwsza jaśniejsza sala przeznaczona jest raczej na szybki lunch. Druga ciemniejsza ma wręcz tajemniczy, spokojny klimat przywodzący na myśl tradycyjną restaurację chińską lub koreańską. Wystrój wraz z przemyślanymi detalami kiedyś był ładny i przyjemny. Teraz wnętrze nagdryzł ząb czasu. Obdarte kanapy i przyniszczone drewniane meble nie sprawiają najlepszego wrażenia i ewidentnie przydałby się tu powiew świeżości w postaci małego remontu.
Nam trafiło się miejsce w pierwszej sali, niestety chyba najmniej komfortowe w całym lokalu. Maleńki stolik ciasno wciśnięto pomiędzy dwa inne przez co słyszeliśmy nawet oddechy jędzących obok gości. Dodatkowo przypadło mi w udziale miejsce na maksymalnie niewygodnej, dziwnie niewymiarowej kanapie (o oparciu się podczas jedzenia można zapomnieć, a osoby niskie siedząc na tym będą mieć nóżki w powietrzu).

Od początku gwiazdą dość rozbudowanego menu jest ''mięso''. ''Mięso'', czyli seitan (wegetariański twór ze zboża, ziarna, warzyw i wodorostów do złudzenia przypominający prawdziwe mięso). Są sajgonki z ''mięsem'', zupa pho z ''wołowiną'', ''kurczak'' w sezamie z sosem śliwkowym lub gong bao. Sporo jest dań z wykorzystaniem innego wegańskiego zamiennika mięsa, czyli tofu. Jak na azjatycką restaurację przystało nie mogło zabraknąć smażonych makaronów (pad thai, bami goreng), dań z ryżem i curry (żółte, zielone, czerwone). Nie pominięto nawet kuchni arabskiej (hummus, falafele). Sporo miejsca w karcie zajmuje sushi, oczywiście wegetariańskie (między innymi nigiri z bakłażanem lub grzybami shitake, uramaki ze smażonymi na maśle szparagami). W porze lunchowej można zamówić bento lub mniej znany u nas obiadowy zestaw indyjski thali. Sekcja deserów z perspektywy reszty bogatej, kreatywnej karty wygląda tak, jakby na słodkości zabrakło już weny. Mamy tu dziwną wariację na temat wiedeńskiego pishingera (z japońskim i włoskim akcentem), czy malinowe brownie.
Gdyby komuś było mało można zainteresować się wkładką sezonową inspirowaną konkretnym krajem (teraz jest to Japonia, poprzednio była Malezja). My jednak nie otrzymaliśmy tej dodatkowej karty podczas ostatniej wizyty.

Kolację rozpoczęliśmy od mojej ukochanej tajskiej zupy tom yum gai (15,50PLN) z kurczakiem (oczywiście sztucznym). O ile ''mięso'' nie zawiodło, było miękkie, soczyste, smaczne i do złudzenia przypominało kurczaka tak sama zupa niestety rozczarowała. Nie była ani kwaśna, ani ostra. Była za to słodka, a raczej przesłodzona. Nie wiem czy to za sprawą (być może skondensowanego) mleczka kokosowego, czy może swój udział miał w tym cukier palmowy. Z charakterystycznym aromatem tom yum to danie miało niewiele wspólnego. Dodatkowej, niepotrzebnej słodyczy dodawał groszek cukrowy, którego nigdy w tej zupie jeszcze nie spotkałam. Gdzieś w tle przebijał się jedynie aromat liści limonki, ale to zdecydowanie za mało, by uznać tę zupę za choćby zbliżoną do oryginału.
Drugim starterem były chińskie pierożki jiaozi (19,50PLN) z ''wołowiną'', grzybami shitake i warzywami. Ciasto było idealne, cieniutkie i delikatne. Farsz niestety okazał się nieciekawy do tego stopnia, że już zapomniałam jak smakował, mimo, że próbowałam go zaledwie kilka dni temu. Jeśli zapomina się smaku dania zawsze oznacza to jedno: smaku zabrakło. Zabrakło przypraw, aromatu. Do pierożków podano zwykły sos sojowy. 
Dalej był ramen z ''wołowiną'' (25,50) i zestawem klasycznych dodatków (jajko, nori, shitake, bambus). Tutaj na szczęście aromatu nie zabrakło, bulion zachwycał mocnym smakiem grzybów i warzyw, do tego dobrej jakości klasyczny makaron ramen i mnóstwo azjatyckich skarbów natury. Super! Taki ramen uwielbiamy. Najsłabszym punktem dania okazała się jednak ''wołowina'', która jako jedyna na talerzu nie prezentowała żadnego konkretnego smaku, a z tą prawdziwą łączył ją jedynie kolor. Być może dla wegetarian to swego rodzaju rarytas i ciekawostka... O ile ''kurczak'' naprawdę daje radę, tak ta ''wołowina'' dla mięsożercy będzie tylko kiepskim substytutem. 
Ostatnim naszym daniem był dan dan mian (28,50), czyli syczuański makaron pszenny smażony z ''wołowiną''. Do tego pikantne pikle char chai, świeży ogórek i ostry sos na bazie chilli, pieprzu syczuańskiego i pasty sezamowej. Brzmiało fajnie, lecz w rzeczywistości była to po prostu micha żółtego makaronu z rzadkim, słonym (lecz wcale nie ostrym) sosem zgromadzonym na dnie. Pojawiło się ''mięso'', które ponownie nie zachwyciło chociaż w połączeniu z dość wyraźnym sosem było całkiem ok. Do tego słono-ostre, ciężkie pikle - jak najbardziej moja bajka, przełamane świeżym ogórkiem. Danie w porządku, ale raczej nie zamówiłabym go po raz drugi. 
Wszystkie dania podano w tradycyjnej, azjatyckiej zastawie chociaż sama prezentacja (na przykład pierożki staromodnie ułożone na sałacie, czy ramen w zdecydowanie za małej miseczce) pozostawiała wiele do życzenia. 

Jak już wspomniałam dawniej obsługa skutecznie odstraszyła mnie od kolejnych wizyt Pod Norenami. Po każdej wizycie wychodziłam poirytowana arogancją i brakiem profesjonalizmu kelnerek. Teraz na szczęście jest lepiej, chociaż niestety tylko nieznacznie. Stolik zarezerwowaliśmy dzień wcześniej. Podczas rozmowy zostaliśmy poinformowani, że nie da się rodzielać rachunku (co w większości restauracji nie stanowi kłopotu) oraz, że nasza wizyta nie może przekroczyć dwóch godzin... Dopiero wyrażając wyraźną zgodę na te 'warunki' mogliśmy dokonać rezerwacji. 
Stolik rezerwuje się po to, by bez przeszkód otrzymać wygodne miejsce. My jednak otrzymaliśmy w moim mniemaniu najgorsze z maleńkim półstolikiem i z dziwną, niewygodną kanapą mimo, że w tym dniu nie było obłożenia i spokojnie można nas było ulokować w drugiej sali z normalnymi meblami. 
Całe szczęście dla nas kelnerka była miła, ponieważ nie zadawaliśmy dodatkowych pytań przy zamówieniu. Pani siedząca obok nie miała już tyle szczęścia, ponieważ pokusiła się zapytać o dania. Wtedy w głosie kelnerki dało się słyszeć nieukrywaną irytację. Inni goście musieli walczyć o atencję obsługi starając się złapać jakikolwiek kontakt, by poprosić o podanie rachunku. Jak widać Pod Norenami wciąż nie przywiązuje się dużej wagi do obsługi klienta, niestety.

Ostatecznie nie wyszliśmy zadowoleni. Liczyliśmy na coś ekstra, na kreatywne połączenie nowoczesnej kuchni wegetariańskiej z azjatycką tradycją, którą uwielbiamy. Tu jednak czegoś brakuje, dania są nierówne i mam wrażenie, że dawniej było pod tym względem lepiej, a teraz kuchnia osiadła na laurach marnując troszkę swój potencjał, który niewątpliwie ma doświadczony szef kuchni. I jeszcze ceny - niby niskie, ale jak za dania wegetariańskie w porcjach dość małych to jednak trochę wysoka półka cenowa. Do tego biorąc pod uwagę wciąż kiepski poziom obsługi raczej nie pojawimy się tam ponownie w najbliższym czasie. 

JEDZENIE: 5/10
OBSŁUGA: 3,5/10
WYSTRÓJ: 6/10
CENY: 6,5/10

Ocena ogólna: 5/10






xoxo
Magda



niedziela, 14 maja 2017

Green Day

ADRES: Mikołajska 14, Kraków
KUCHNIA: wegańska, wegetariańska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 15,90-17,90PLN
W INTERNECIE: facebook | www












Green Day to miejsce znane mi już od lat i niegdyś bywałam tam bardzo często, na przemian z podobnym Glonojadem. Ten niewielki bar pamiętam z porządnej wegańskiej i wegetariańskiej kuchni. Po dłuższej nieobecności wybraliśmy się sprawdzić czy fajny poziom utrzymywany jest do dziś. W końcu konkurencji nie brakuje! Wege knajpy wyrastają u nas jak grzyby po deszczu.

Wystrój jest prosty, przystosowany raczej do szybkiego lunchu niż do dłuższych posiedzeń. Podoba nam się drewniana antresola z widokiem na ulicę. Zamówienia składa się przy barze i tam też odbieramy zamówione dania. Przy barze jest też szklana lodówka z ciastem i gotowymi koktajlami co trochę przywodzi na myśl stylówkę dawnych barów mlecznych.

Menu nie jest za długie i składa się z wrapów i burgerów (tu królują falafele i kotlety sojowe), naleśników (z owocami, ze szpinakiem), dań obiadowych (pakora, kofta), jednej sałatki (grecka) i dwóch surówek. Jest też kilka zup i ciast. Często dostępne jest również danie dnia, które składa się zazwyczaj z sezonowych darów natury.

Obiad zaczęliśmy od zup. Polewką dnia była akurat bardzo dobra pomidorowa (5,90PLN). Mocno kwaśna, ale nie z przecieru zawierała pomidory z puszki, paprykę, zioła i makaron. Dobra, naturalna, pożywna zupa. Nieco gorzej trafiliśmy z drugą; szpinakowy krem (6,90PLN) był zdecydowanie przesolony. Szpinak jest o tyle niewdzięczny, że wystarczy szczypta za dużo i już mamy po daniu. I tak niestety stało się w tym przypadku. A szkoda, bo gdyby nie to krem byłby naprawdę fajny - lekki, bardzo szpinakowy i przyjemnie gładki.
Moim daniem głównym były samosy (15,90PLN), czyli tradycyjne pieczone pierogi indyjskie z warzywnym farszem. Ciasto było lekko wypieczone i fajnie chrupkie, natomiast farsz zupełnie bezbarwny. Miazga składająca się głównie z ziemniaków i zielonego groszku była zupełnie pozbawiona przypraw, indyjskich aromatów. Ratunkiem dla tego dania był na szczęście bardzo dobry sos z dużą ilością kurkumy i wyraźnym akcentem żółtego curry. Z nim ten jałowy farsz samosów był zjadliwy. Smaczne były też naturalne surówki - słodka marchewka z ananasem, buraczki i biała kapusta. 
Po drugiej stronie stołu pojawił się naleśnik z twarożkiem i imponującą porcją świeżych owoców (15,90PLN). Sam naleśnik był wegański (pozbawiony jajek i mleka) i jedzony solo nie zebrał by pochwał, ponieważ nie ma szans na zwycięstwo z tradycyjnym - za mało smaku i puszystości. Jednak w połączeniu ze słodkim, aksamitnym twarożkiem i górą pysznych owoców posypanych suto cynamonem jak najbardziej zdobył nasze uznanie. Słodki, syty i prawie dieteczny obiad :) 
Do obiadu wypiliśmy jeszcze bardzo dobry, naturalny koktajl z owoców leśnych (6,90PLN).
Do domu zabraliśmy wypieki, kusząco spoglądające na nas zza szklanej lady. Kulka jaglana (3PLN) to nic innego niż znany wszystkim ziemniaczek, tym razem w wersji jasnej. Bardzo dobry, lekki słodycz z kaszy, sowicie posypany wiórkami kokosowymi skradł nasze serca na tyle, że będziemy próbować wykonać go w domu! Zachwytom nie było końca również w przypadku ciasta kokosowego (6,90PLN) z nadzieniem bounty. Ciemny, gruby, puszysty biszkopt skrywał wielkie ilości nadzienia rodem ze znanego wszystkim batonu. Pycha!

Muszę przyznać, że w lokalu pogorszyła się obsługa. Sprzed kilku lat pamiętam, że nie było z nią problemów, dziewczyny za ladą były uśmiechnięte i sympatyczne. Tym razem jednak pani przyjmująca nasze zamówienie miała tak naburmuszoną minę, że aż strach było o cokolwiek zapytać... Niestety, z obsługą w barach tego typu mamy w Krakowie ostatnio duży problem. Coraz częściej spotykamy na tych stanowiskach ludzi, dla których choćby uśmiech jest rzeczą niewykonalną. Szkoda, bo nie zachęca to do powrotu.

W porównaniu do licznej wegetariańskiej konkurencji Green Day wypada dość przeciętnie. Nie jestem pewna, czy wybierzemy się tam jeszcze na obiad, ale za to na pyszne ciasta z pewnością będziemy zaglądać!

JEDZENIE: 5/10
OBSŁUGA: 3/10
WYSTRÓJ: 5/10
CENY: 8,5/10

Ocena ogólna: 5/10









xoxo
Magda

piątek, 24 marca 2017

Youmiko Sushi

ADRES: Józefa 2, Kraków
KUCHNIA: sushi, kuchnia japońska
ZAKRES CEN ZESTAWÓW: 44-110PLN
W INTERNECIE: facebook










Youmiko - ta niepozorna, maleńka knajpka na Kazimierzu od dawna cieszy się wspaniałymi opiniami. Często znajomi zapytani o najlepsze sushi w mieście wskazywali mi właśnie to miejsce. Jako zdeklarowani sushilovers uznaliśmy za obowiązek wreszcie znaleźć się w tak chwalonym, japońskim zakątku. 

Lokal jest maleńki i ciasny. Z kilku miejsc przy wąskim barze można obserwować sushi masterów dosłownie patrząc im na ręce z kilkunastu centymetrów. Stoły i kanapę ustawiono w jednym rzędzie, bardzo blisko siebie. Słychać nawet szept sąsiada ze stolika obok, więc mimo luźnego, barowego klimatu można czuć się nieco skrępowanym. Z kolei ta luźna i barowa atmosfera kłóci mi się trochę z filozofią, którą kierują się właściciele przykładając tak dużą wagę do rytuału jedzenia sushi. Pomieszczenie jest nieco nadgryzione zębem czasu co wyraźnie widać na meblach, ścianach i naczyniach. Ewidentnie przydałby się tu odświeżający remont. 

Krótkie i zwięzłe menu kiedyś pewnie wyglądało ładnie i estetycznie. Teraz jest poplamione, zniszczone i potargane... Ale cóż! Liczy się treść. Zaczyna się od krótkiej, obrazkowo-tekstowej prezentacji jak należy jeść sushi. Do 17 możemy zamówić jeden z ośmiu zestawów lunchowych w cenie od 10 do 30PLN. Dalej mamy zestawy klasyczne, degustacyjne omakase, dwie zupy, sashimi oraz kilka rolek a la carte, ze stałymi składnikami. W przypadku większości zestawów musimy zdać się na inwencję sushi masterów - nie wiemy do końca co będziemy jeść (możemy wcześniej oczywiście poinformować obsługę o preferencjach), a poszczególne elementy zależne są od dostępnych w danym dniu składników. Podoba nam się takie rozwiązanie, ponieważ dzięki temu mamy pewność, że wszystko będzie świeże. Mały element niespodzianki to też zawsze fajna sprawa.

Wybraliśmy średni zestaw omakase (105PLN za około 30 kawałków), czyli selekcję najlepszych produktów dostępnych danego dnia w stylu japońskim oraz zachodnim. Według wspomnianej filozofii Youmiko 'wszystko ma tu znaczenie'; sushi podawane było etapowo, porcja po porcji, a nie wszystko na raz. Każdy rodzaj na innym, maleńkim talerzyku co samo w sobie było dosyć urocze. Zastawie daleko do nowoczesności, przypominała raczej japońską kuchnię domową z prowincji co również miało swój urok. Sushi master lub kelnerka podając kolejne porcje krótko informowali co będziemy jeść. 
Zaczęliśmy od nigiri ze świeżutką doradą z kilkoma płatkami tartej limonki, która gdzieś nam w smaku zniknęła za sprawą genialnej ryby. To było pyszne, ale niestety bardzo małe (chyba najmniejsze nigiri jakie kiedykolwiek miałam okazję jeść). Dalej - świetne kulki temari z wędzoną rybą, wyraźnym sosem i płatkami migdałów. Następnie dwa rodzaje wegańskich gunkan maki. Te ze szpinakiem nie skradły mego serca przez trawiastą, twardą zieleninę w formie surowej. Za to druga para - z musem marchewkowym zaintrygowała i przekonała mnie, że wymyślne, trochę spolszczone sushi też może być smaczne. Następnie otrzymaliśmy popisowe torciki z łososiem i tatarem z tej samej ryby. Dla fanów surowego łososia (czyli dla nas!) to prawdziwa gratka, ponieważ te kreatywne kawałeczki umieściły nas w łososiowym niebie :) Dalej było już klasycznie - przyjemne maki z dojrzałym awokado i oshinko, następnie solidne, duże uramaki ze świeżą rybą na zewnątrz i w środku, z posypką migdałową. Potem pojawiły się wegańskie futomaki z cukinią w tempurze, które udowodniły nam, sceptykom w tym temacie, że sushi bez ryby może być wspaniałe. Wygrały nawet z ostatnią porcją, którą były futomaki z krewetką w tempurze. Ta porcja mimo, że dobra posiadała maleńkie błędy techniczne w postaci przeciągniętej tempury i trochę przeparzonej krewetki. Ale smak i tak był na plus.
Sushi bezsprzecznie nas zachwyciło. Wszystko maksymalnie świeże i dopieszczone co dodatkowo podkreślał rzadko spotykany u nas sposób podania. W naszym zestawie była zarówno japońska klasyka, jak i zachodnia kreatywność z eksperymentalną nutką. 
Do naszej uczty zamówiliśmy klasyczną, zieloną herbatę (8PLN za duży czajnik), która niestety była zupełnie nieudana. Została zalana wodą o zbyt niskiej temperaturze przez co prawie się nie zaparzyła. Herbatę jednak możemy spokojnie posłać w niepamięć, ponieważ świetne sushi zrekompensowało tę wpadkę. 

Mam mały problem z obsługą w tym miejscu. Niby wszyscy są mili, uprzejmi, sushi masterzy ładnie tłumaczą co podają, ale z drugiej strony wyczuwam tu nieco zbyt luźne podejście do gości. Drobnym druczkiem na tablicy napisane jest, że zamówienia składa się przy barze. Problem w tym, że przy tym barze pracują kucharze, którym trochę niezręcznie by było ciągle przeszkadzać przy pracy, ponieważ kelnerka rzadko pojawiała się w tym rewirze (przynajmniej podczas naszej wizyty). W momencie, kiedy do lokalu weszło kilku nowych gości, a niektórzy (na przykład my) byli gotowi, by zapłacić rachunek cała ekipa Youmiko wyszła sobie na zaplecze znikając na długi czas, nie przejmując się ruchem na sali. Niespodzianką na minus był również brak możliwości płatności kartą (na facebooku nie ma tej informacji, a w lokalu jest mało czytelnie zapisana na tablicy w jednym miejscu). Niedopatrzeniem jest również nieaktualne menu udostępnione w sieci (w lokalu ceny są znacznie wyższe).

Co do smaku, poziomu wykonania i jakości sushi nie mamy żadnych wątpliwości, ale uważam, że właściciele lokalu powinni przyłożyć więcej uwagi do estetyki tego miejsca, jak również do obsługi. Zwłaszcza, że ceny nie należą tutaj do najniższych i bliższe są standardom restauracyjnym, niż barowym. Mimo wszystko spędziliśmy miły wieczór w towarzystwie genialnego sushi i chętnie wrócimy ponownie!

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 6/10
WYSTRÓJ: 5/10
CENY: 6,5/10

Ocena ogólna: 7,5/10










xoxo
Magda

piątek, 10 marca 2017

Mazaya Falafel

ADRES: Grzegórzecka 40, Kraków
KUCHNIA: wegańska, arabska
ZAKRES CEN DAŃ: 9-34PLN
W INTERNECIE: facebook





Niepozorna budka przy Rondzie Grzegórzeckim intrygowała mnie już od dawna ze względu na masę pozytywnych opinii w internecie. Jako, że kuchnię wegańską szanuję i lubię wreszcie nadszedł czas na sprawdzenie tego wege-miejsca tak obleganego przez gości.

Lokal stawia raczej na jedzenie na wynos. Jest maleńki i ciasny, z zewnątrz przypomina kiosk, a w środku znajdują się tylko trzy mini stoliki, przy których można spałaszować szybki lunch. Raczej nie można mówić tu o konkretnym wystroju, ale swoistego uroku dodają śmieszne naklejki pod ladą (na przykład 'nie jem niczego co robi kupę' :)). Jedną ze ścian zdobi ręka Fatimy. Specyficznego klimatu nadaje również arabska muzyka rozrywkowa płynąca z głośników, no i przede wszystkim mocny zapach kuchni i przypraw.

Mimo, że menu wydaje się długie składa się raczej z tych samych elementów (falafel, hummus, tahina) przeplatanych w różnych konfiguracjach, z różnymi warzywami. Możemy wybrać kanapkę (dużą lub małą) lub danie serwowane na talerzu. Jest też kilka sałatek i tureckie napoje.

Wybraliśmy dużą kanapkę Mazaya (17PLN). Pieczywem tutaj był arabski placek, a całość z zewnątrz przypominała znany wszystkim 'kebab w cieście'. Wnętrze jednak okazało się być dużo lepsze niż posiada ten oklepany kebab. Kanapka zawierała 3 soczyste falafele, oryginalną tahinę (arabska pasta sezamowa), bakłażana, ziarna granatu i hummus. Oprócz tego był zestaw ziół i warzyw dodawany do każdego dania (kolendra, pietruszka, mięta, rzodkiewka, ogórki, rzepa, ostra papryka). Całość pyszna, świeża i bardzo syta. Ostry sos o który prosiliśmy okazał się być konkretną pastą chilli (to lubimy!). Do tego dania mamy tylko jedno małe zastrzeżenie - kanapka podana została nieco zimna. 
Zamówiliśmy również talerz habibi (18PLN). Oprócz gamy kolorowych warzyw, ziół i pikantnych pikli (tych samych co w kanapce) danie zawierało pokrojone ciasto z farszem falafelowym i tahiną. Oddzielnie podany został hummus. Jeśli chcemy jeść zdrowo i pysznie nie możemy sobie wyobrazić lepszego obiadu niż ten! Furrorę na talerzu zrobiła marynowana różowa rzepa, która oprócz tego, że wyglądała efektownie smakowała wybornie. Świeżutkie zioła (pietruszka, mięta, kolendra) dopełniały ziarenka kwaśnego granatu. Prawdziwą niespodzianką w przypadku obu dań był jednak falafel - z zewnątrz chrupiący, w środku wilgotny i pełny aromatycznych przypraw. Najlepszy falafel jaki jadłam! Zupełnie nie suchy, pełen bliskowschodnich smaków. W tyle nie zostawał również aksamitny, kremowy, naturalny hummus.
Po tak udanym obiedzie nie mogliśmy się powstrzymać i zamówiliśmy jeszcze dwie sałatki na wynos. Jedna z ulubionymi falafelami (12PLN) oprócz pięciu genialnych pulpecików zawierała ogromną ilość mięty, pietruszki i kolendry, ziarna granatu i pomidorki. Druga była z grzankami z pity, sosem tahini i również z słuszną ilością pachnących ziół (14PLN). A to wszystko oczywiście pierwszej świeżości!

Budkę z bliskowschodnimi przysmakami prowadzi dwóch bardzo sympatycznych panów, którzy z chęcią doradzają w wyborze i są wręcz synonimem miłej obsługi. Ruch jest duży i właściwie permanetny, a mimo to na zamówienia nie czeka się długo. My oraz reszta gości zostaliśmy poczęstowani pyszną, arabską herbatką na rozgrzanie. Takie gesty zawsze sprawiają miłe wrażenie.

Bliskowschodnia kuchnia jarska w wykonaniu Alego i Ghaisa to coś wspaniałego! Wreszcie pojawiło się coś w zastępstwie bezbarwnych zazwyczaj kebabów. Coś, co można przekąsić na szybko i na zdrowo. Pozytywna energia właścicieli, świeże składniki i najlepsze falafele w mieście zachęcają do powrotu i my z pewnością będziemy teraz regularnymi gośćmi w Mazaya. Stąd nie wyjdzie głodny nawet zdeklarowany mięsożerca. A dla wegan i wegetarian to prawdziwa perełka krakowskiej gastronomii!

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 9/10
WYSTRÓJ: 6,5/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 8,5/10







xoxo
Magda






poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nova Krova

ADRES: Plac Wolnica 12, Kraków
KUCHNIA: wegańska
ZAKRES CEN BURGERÓW: 14-18PLN
W INTERNECIE: facebook










Moda na restauracje i bary wegańskie trwa w najlepsze. Kolejnym miejscem 100% organic & cruelty free jest Nova Krova na Placu Wolnica, która po dwóch latach działalności zyskała sobie już sporą popularność nie tylko wśród roślinożernych.

Po przekroczeniu progu lokal sprawia dość... dziwne wrażenie. Mała, ale wysoka przestrzeń jest kiepsko oświetlona, a jedynym elementem wystroju są podwieszone u sufitu spore, tropikalne rośliny (lub ich fragmenty) oraz czarne obrazki i napisy na białych ścianach. Brak światła oraz duże, ciężkie stoły i momentami bardzo głośna, psychodeliczna muzyka powodują, że to miejsce trochę przytłacza już na wejściu.
Obok nietrafionego w nasze gusta wystroju można jeszcze przejść obojętnie. Było jednak coś, co wręcz nas przeraziło i niemal zmusiło do zmiany lokalu. Wszechobecny brud! Brud na stole, serwetnicy, na podłodze. Brudne, ochlapane i odrapane ściany, brudne szklanki i karta menu. Jedna z nas dosłownie 'przykleiła się' do stolika z którego łatwo można było odgadnąć co jadło kilka osób przed nami... Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zostać i skupić się wyłącznie na jedzeniu starając się zapomnieć o tym co nas otacza. 

Nova Krova jest lokalem częściowo samoobsługowym. Menu trzeba zabrać sobie z lady i tam też należy podejść, by złożyć zamówienie. Tego jednak trzeba się domyślić samemu, ponieważ nigdzie nie znajdziemy komunikatu, że obowiązuje tu taka właśnie forma obsługi.
Oprócz burgerów, w których to miejsce się specjalizuje w karcie znajdziemy dwie zupy i kilka deserów. W tygodniu zjemy tutaj lunch, natomiast w niedzielę - śniadanie 'jesz ile chcesz' w cenie 15zł. Nie brakuje również smufis oraz świeżo wyciskanych soków.

Każdy z naszej czwórki postanowił zamówić innego burgera. W karcie dostępnych jest 8 wariantów (z bułką białą, ciemną bądź bezglutenową). Przy składaniu zamówienia okazało się, że 2 nie są dostępe. Do burgerów można domówić domowe frytki (4PLN) lub sałatkę (4PLN). Mamy również do wyboru osiem sosów (ale akurat zabrakło ostrego, na który część z nas miała ochotę).

Jako pierwsza na naszym stole pojawiła się woda z cytryną, limonką i miętą (litr za 10PLN). Mięty praktycznie nie było w naszym dzbanku, a woda ku naszemu niezadowoleniu była całkiem ciepła. Serwowanie ciepłego napoju w pełni gorącego lata absolutnie nie jest na miejscu, niezależnie od standardu restauracji. 
Kolejne były frytki. Zdecydowaliśmy się tylko na jedną porcję i słusznie, ponieważ okazały się być kiepskie. Oprócz ziemniaczanych w naszej miseczce znalazło się kilka buraczanych i mogłaby być to fajna odmiana, gdyby jakość i wykonanie były dobre. Frytki były rozmiękłe, suche, nijakie i chłodne. Po prostu nieudane.
Po ciepłej wodzie w brudnym dzbanku i po tej słabej przekąsce zaczęliśmy żałować, że jednak zostaliśmy w tym miejscu. Po daniach głównych nie spodziewaliśmy się już niczego dobrego... 

Burgery trafiły na nasz stół w kilkuminutowych odstępach, ale ogólny czas oczekiwania nie był najgorszy. No i zaskoczenie tym razem było pozytywne, ponieważ wszystkie bułki były bardzo dobre i zdołały troszkę uratować całe dotychczasowe, negatywne wrażenie.
Seitan Burger (16PLN) zawierał bliżej nieokreślone 'chińskie mięso', sos BBQ, karmelizowaną cebulę, marynowane buraczki, ogórka, blanszowanego pora i ciemną sałatę karbowaną. Ciężko powiedzieć czym było to 'chińskie mięso' - z wyglądu przypominało steka z wołowiny, w smaku dość słodkie, pikantne, podkręcone sosem barbecue. Strzelam, że miało to dużo wspólnego z czerwoną fasolką. Ten tajemniczy kotlet świetnie zastępował prawdziwe mięso, a całość z nietypowym jak na burgera dodatkiem buraków i pora była zaskakująco dobra.
Ser Burger (18PLN) ujął nas wszystkich i został okrzyknięty najlepszym z całej czwórki, a porcja była tak sycąca, że podzieliliśmy się nią wszyscy. Chrupiąca panierka kryła idealnie stopiony wegański wyrób seropodobny, który ciężko było odróżnić od sera prawdziwego. Moim zdaniem był nawet lepszy od oryginału - delikatny, łagodny w smaku i lekki (w odróżnieniu od kalorycznych, klasycznych żółtych serów). Dodatki w postaci świeżej sałaty, pomidora i czerwonej cebuli były tu jak najbardziej na miejscu, nic bardziej wymyślnego nie było potrzebne, ponieważ kotlet serowy grał główną rolę, a podkreślał go delikatny sosik tatarski.
Kasza Burger (14PLN) to kotlet z kaszy jaglanej, suszonych pomidorów i tymianku. Oprócz niego bułka zawierała majonez ziołowy, sałatę, rukolę, pestki dyni i świeżego pomidora. Całość to lekka, zdrowa i pyszna bomba witaminowa, o dziwo - bardzo sycąca. Kotlet nie był suchy chociaż zabrakło mi w nim trochę smaku tymianku i suszonych pomidorów. Mimo to burger bardzo udany - pomidor i rukola świeże, a majonez ziołowy pasował tu idealnie.
Tofu Burger (16PLN) był wyborem trochę wymuszonym, ponieważ zamówiliśmy go na miejsce nieobecnego kotleta z kaszy quinoa. Rolę mięsa pełniło tutaj marynowane i grillowane tofu, a dodatki to: sałata, podsmażane pieczarki, awokado, blanszowany por i pomidor. Polecany majonez został na naszą prośbę zastąpiony BBQ. Burger był poprawny, smak tofu znamy dobrze, więc nic nie zaskoczyło (tutaj okazało się ono odrobinę za suche). Dodatki świeże, sos jak na BBQ bardzo słodki, a całość równie sycąca jak pozostałe trzy. W porównaniu do reszty ten był smakowo najsłabszy, ale nie niesmaczny.
We wszystkich czterech burgerach pieczywo było świetne - lekkie, chrupiące bułki (białe posypane sezamem, ciemna - ziarnami).

Na koniec poprosiłam jeszcze o szklankę domowego kompotu (4PLN). Był dobry, prawdopodobnie truskawkowy, ale dla mnie troszkę za słodki. Tym razem napój był schłodzony.

Ciężko jest oceniać obsługę w Novej Krovie. Najbardziej odpowiednim słowem zdaje się być: obojętna. Załoga sprawia wrażenie, że robi to co musi i wszystko jest w porządku - zamówienia są przyjmowane, zanoszone do stolików bez specjalnego pośpiechu i właściwie to wszystko co leży w ich obowiązku. Pani przy ladzie zapytana o szczegóły serowego kotleta, który tak nam się spodobał zbyła nas krótkim 'jest to mieszanka tłuszczów'. 
Stan higieniczny lokalu był naprawdę odpychający i wyglądało na to, że nie jest to jednorazowa wpadka. Ten zarzut w kierunku obsługi jest już poważny i zdecydowanie obniża ocenę. Konsumując obiad staraliśmy się nie myśleć jak może wyglądać kuchnia skoro sala jest w takim stanie...
Szkoda, bo wegańskie burgery są tu naprawdę dobre i warte polecenia. Mimo, że miejsce sprawia wrażenie baru mlecznego sprzed trzydziestu lat jedzenie tu się broni.

Cóż, jeśli niesmak związany z 'wystrojem' i obsługą minie będę wracać do Novej Krovy. Ale tylko po burgera na wynos. 

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 4/10
CENY: 7/10
WYSTRÓJ: 1/10

Ocena ogólna: 6/10







Magda

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Glonojad

ADRES: Plac Matejki 2, Kraków
KUCHNIA: wegetariańska, wegańska
ZAKRES CEN DAŃ: 6-17PLN
W INTERNECIE: facebook 










Wbrew panującej modzie wegetariańskie i wegańskie knajpki nie atakują nas jeszcze na każdym rogu. Jest jednak w Krakowie kilka 'wege' miejsc, w których ja - mięsożerca lubię czasem zjeść (zwłaszcza podczas upałów mięso nie jest czymś pożądanym).
Do takich miejsc należy właśnie Glonojad - mały lokal w ścisłym centrum, na rogu Placu Matejki.

Glonojad nie jest restauracją na romantyczną randkę czy świętowanie specjalnej okazji, nie można się tu spodziewać również wyszukanych dań ani indywidualnej obsługi stolików. Jest za to idealnym miejscem na szybki, samotny i przede wszystkim zdrowy lunch. Dania zamawia się przy ladzie, menu znajduje się na korkowej tablicy, która nieco przywołuje czasy barów mlecznych i jest mało estetyczna. 
Kiedy dania są gotowe, zamawiający wywoływany jest przez obsługę po imieniu i odbiera talerz z lady.
Radzę nie wybierać się do Glonojada z nastawieniem na konkretne danie, ponieważ menu z Facebooka jest nieaktualne - różni się od tego z tablicy na miejscu zarówno pod względem cen, jak i potraw.

Wystrój raczej do mnie nie trafia - ciężkie, dreweniane, puste stoły i krzesła, ascetyzm w dodatkach... a mimo to ma się wrażenie bałaganu i wiecznego chaosu panującego w środku. Do Glonojada przychodzę jednak po prostu zjeść, więc niewysublimowane wnętrze niespecjalnie mi przeszkadza.
Nie polecam jednak siadać na zewnątrz - tuż spod lokalu odjeżdżają autobusy z wycieczkami. Ryk silników i spaliny mogą prawdziwie zakłócić nasz obiad.

Planowałam zamówić obiad dnia (16PLN - każdego dnia inny zestaw), ale niestety, mimo wczesnej pory (14:00) obiadów już zabrakło. I nie był to pierwszy raz, kiedy mimo bardzo wczesnej godziny lunchowej nie udało mi się zdążyć na obiad dnia. Ze skąpego menu wybrałam więc żółte curry z indyjskim serem w zestawie z ryżem i dwiema sałatkami (17PLN). Osoby, które z sobą zabrałam znalazły dla siebie samosy (11PLN) oraz tacos (17PLN). Do obiadu zamówiliśmy świeżo wyciskane soki z pomarańczy i grejpfruta (9PLN za szklankę) oraz mrożoną kawę (10PLN).
Soki były przepyszne, klarowne - prawdziwa bomba witaminowa. Kawa - również dobra, natomiast zdominował ją lód, którego w szklance znajdowało się więcej niż kawy.
Curry otrzymałam od razu - przy składaniu zamówienia. Na dwie pozostałe potrawy czekaliśmy około 15 minut - w lokalu były tłumy, więc czas podania bardzo przyzwoity.

Moje danie było bardzo smaczne - curry gęste, kremowe, miało swój charakterystyczny aromat. Mimo, że nie jestem największą fanką sera paneer tutaj wkomponował się on idealnie i skutecznie zastępował mięso. W połączeniu z słuszną porcją dobrej jakości ryżu potrawa była sycąca i jak najbardziej zadowalająca smakowo. Sałatka z selera naciowego była idealnym wyborem na upalny dzień - lekka, chrupiąca i orzeźwiająca. Druga, którą wybrałam - botwinka z orzechami okazała się niestety niezjadliwa z powodu nieumytych liści pokrytych ziemią... To mój jedyny, ale duży zarzut do całego dania - ziemia na talerzu (nawet w wegetariańskim barze ;)) to jest wpadka.
Samosy - które sama jadłam tu wielokrotnie - zachwyciły osobę jedzącą to danie pierwszy raz. Dwa spore pierożki z kruchego ciasta z warzywnym, świetnie przyprawionym nadzieniem (m.in. ziemniaki, groszek, marchew), do tego prawdziwy sos pomidorowy - na mniejszy żołądek można uznać tę potrawę za danie obiadowe, chociaż mile widziana byłaby tu również osobna sałatka. No i szkoda, że do dania podawana jest maleńka ilość tego genialnego sosu.
Konsumujący tacos ocenił je 6/10 (chociaż ja dałabym więcej). Trzy średniej wielkości placuszki z warzywnym, meksykańskim nadzieniem (m.in. czerwona fasola) były odpowiednio przyprawione, chociaż odrobinę za mało pikantne i wyraziste. Genialna za to była salsa z pomidorów (najlepsze jakich próbowałam od dłuższego czasu) podawana do tacos w małej szklaneczce. Miała ona chyba pełnić funkcję sosu na którego brak narzekał kolega.

Warto również wspomnieć o obsłudze - dziewczyny są przemiłe i mimo pracy bez chwili wytchnienia (bardzo duży ruch) uśmiech nie znika z ich twarzy.

Z całą pewnością nie była to moja ostatnia wizyta u Glonojada - jedzenie jest tam proste, nieprzekombinowane, ale bardzo dobre. To taka wegetariańska kuchnia domowa.
Jak najbardziej polecam to miejsce - nie tylko wegetarianom!


JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 9/10
CENY: 8/10
WYSTRÓJ: 3/10

Ocena ogólna: 7/10






Magda