Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia tajska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia tajska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

Thaicooking (Tarnów)

ADRES: Lwowska 46, Tarnów
KUCHNIA: tajska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 9-26PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Gdyby kiedyś przywiało Was do Tarnowa, warto wiedzieć gdzie należy skierować się na obiad. Polecę Wam moje ostatnie odkrycie - niepozorne Thaicooking blisko centrum miasta. Tarnowianie mają szczęście, bo na szybką i sytą szamę to miejsce idealne. A do tego tajskie!

Niech nie zniechęci Was wygląd tego miejsca, bo jak wiadomo nie ocenia się książki po okładce. To taka smutna norka, ze smutnymi naklejkami na szybach i prowizorycznym ogródkiem z zewnątrz. W środku ciężkie, stare meble, jakiegokolwiek wystroju w zasadzie brak. Jedyny fajny akcent to duża, otwarta kuchnia z azjatyckimi kucharzami, których możemy podglądać przy pracy.
Jeżeli kogoś bardzo rażą niestylowe wnętrza śmiało można zamówić jedzenie na wynos (oczywiście na terenie Tarnowa). Tę opcję sprawdziliśmy już wcześniej i byliśmy pod ogromnym wrażeniem, bo nasze jedzonko przybyło w 25 minut od złożenia zamówienia.

Menu obszerne, podobnie jak te znane z wietnamskich i chińskich knajp. Zupa tom kha, sajgonki. Kurczak, wieprzowina lub wołowina z orzechami lub bazylią, dania z woka, na gorącym półmisku, smażone ryże i makarony. Potrawy w chrupiącej panierce, na przykład kaczka w kokosowym sosie. Jest i curry - zielone, czerwone. Dla wegerian opcje z tofu. Jest i kilka dań z krewetkami. Dla zabieganych wygodne snack boxy na wynos.

Na początek zjedliśmy zupę tom yum z kurczakiem (8PLN) i krewetkami (9PLN). Nie spodziewałam się wiele, chociaż jak się okazało powinnam, bo zupa genialna. Idealny balans smaków - mleko kokosowe, liście limonki, trawa cytrynowa. To ten prawdziwy, słodko-kwaśno-ostry aromat. W zupach pływało sporo dodatków (bambus, pieczarki, pomidorki) . Warto zamówić. Niejednokrotnie w krakowskich restauracjach serwowano mi tę zupę w jakości kilka pięter niższej niż tu. Ale za to o kilkanaście złotych droższą.
Massaman curry rzadko pojawia się w polskich menu, musiałam więc wziąć stęskniona za tym daniem. Wybrałam opcję z krewetkami (25PLN) i... zaniemówiłam. Krewetki wspaniałej jakości. Właściwie już te w zupie takie były. Świeże, jędrne, duże, soczyste. Jak z wysokopółkowej restauracji lub jak na tajskim markecie. Samo curry poprawne, smaczne, na mleku kokosowym i z orzeszkami, chociaż do oryginału zabrakło mu obowiązkowych w tej potrawie ziemniaków. Nie będę się jednak czepiać, bo te krewetki zrekompensowały mi wszystko. Mnóstwo nieoczekiwanej przyjemności znalazłam w tym talerzu. W porządku ryż i świeża surówka.
Jak Tajlandia, to musi być pad thai. Było do wyboru kilka opcji, skusiliśmy się na wołowinę (20PLN) i ten wybór był dobry. Porcja jak dla całej rodziny (w ogóle większość obiadu musieliśmy zabrać na wynos, bo nawet nas pokonały te ilości). Aromatyczne i soczyste mięso, makaron ryżowy średniej grubości - taki jak lubię. Trochę orzeszków, warzywa z woka al dente, no i mamy to! To nic, że zabrakło jajka, a zamiast limonki była cytryna. To nic, bo i tak wszystkim bardzo smakowało przede wszystkim ze względu na sos, którego na talerzu było mnóstwo. Tutaj z kolei też nastąpi porównanie - często zamawiając pad thai otrzymywałam suchy, cienki, posklejany sojowy makaron. Tutaj o niczym takim nie było mowy. Świetny pad thai.
I jeszcze wieprzowina pikantna (19PLN) smażona z trawą cytrynową, kiełkami soi, grzybami mun i warzywami. Do zestawu pszenny makaron smażony w woku i klasyczna surówka z białej kapusty. Mięso znów dobre, soczyste, tak jak i pozostałe składniki dania poprawne. Wygrał sos, którego rześki smak przeniósł nas do Bangkoku. Nie żałowano trawy cytrynowej i chilli - duet idealny.

W lokalu panuje częściowa samoobsługa. Dania zamawiamy w okienku i odrazu płacimy. Potem sami zwracamy naczynia, ale dania mili panowie lub pani serwują do stolika. Wszyscy są tam wyluzowani i uśmiechnięci. Mimo tłumów, dania trafiły na nasz stół błyskawicznie.

Zazdroszczę Tarnowianom tak uczciwej, przystępnej i taniej tajskiej kuchni z prawdziwego zdarzenia, bo w Krakowie takie miejsca to wciąż rarytasy. Będę tu wpadać przy każdej możliwej okazji, a i Wam polecam przyjechać choćby tylko po to, by spróbować Thaicooking. Bardzo warto.


JEDZENIE: 8,5/10
WYSTRÓJ: 2/10
OBSŁUGA: 8/10
CENY: 10/10

Ocena ogólna: 8/10








xoxo
Magda

poniedziałek, 2 lipca 2018

Taj

ADRES: Miodowa 19, Kraków
KUCHNIA: tajska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 22-39PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Tajskie knajpki z prawdziwego zdarzenia można w Krakowie policzyć na palcach jednej ręki. Bardzo nad tym ubolewamy, bo według nas to najlepsza na świecie kuchnia. Czym prędzej pobiegliśmy więc do nowo otwartej restauracji na Miodowej, gdzie rządzi aż siedmiu tajskich kucharzy, a i pierwsze zasłyszane opinie gości brzmiały obiecująco.

Zaskoczyło nas przede wszystkim wnętrze, bo często właściciele azjatyckich przybytków karmią oczy odwiedzających pstrokatością, kiczem i swoistym miszmaszem bibelotów związanych z kontynentem. Tu jest wręcz przeciwnie - nowoczesny, przemyślany design z wysmakowanymi akcentami w postaci tajskich obrazków na ścianach. I to w zupełności wystarczy, aby wiedzieć, gdzie i po co się jest. Super! W tak urządzonych wnętrzach czujemy się najlepiej. Przestrzeń jest ogromna i jedyne zastrzeżenie - w niektórych miejscach słabo doświetlona. Na szczególną uwagę zasługuje przepiękna, solidna, kolorowa zastawa.

Karta jest bardzo zgrabna. Wyselekcjonowano tajskie hity, które każdy miłośnik tej kuchni dobrze kojarzy. Nie przesadzono z ilością dań, by zachować oczekiwaną jakość produktów. I to nam się bardzo podoba! Zjemy między innymi sajgonki, zupę tom kha, sałatkę z mango z krewetkami i dressingiem chilli, owoce morza z woka, curry (żółte na bazie kurkumy, czerwone na bazie chilli - pasty robione własnoręcznie). Nie mogło zabraknąć pad thai, fajnie brzmi też pierś z kaczki w czerwonym curry z liczi, pomidorkami i ananasem. Na deser pudding z mango lub kokosa. Duży wybór napojów, w tym tajskie drinki virgin lub klasyczne, lemoniady, mrożone kawy.

Na początek dostajemy chrupiące, duże azjatyckie chipsy z prawdziwym, mocnym sosem rybnym. Mimo, że smażone w głębokim oleju są porządnie odsączone i lekkie. Fajne na start.
Koniecznie trzeba było spróbować naszej ukochanej zupy tom yum kung (17PLN). Oj, tak - to właśnie ten smak, który pozwala wrócić na nocne markety w Bangkoku. Kwaśny dzięki limonce, słodki przez optymalną proporcję mleczka kokosowego, z wyczuwalnym aromatem sosu rybnego, trawy cytrynowej i kolendry. Czuć, że  to danie wyszło spod wprawnej tajskiej ręki :) W zupie pływało 5 idealnych, jędrnych krewetek (zgodnie przyznaliśmy, że dawno nie natrafiliśmy w krakowskich restauracjach na ten owoc morza tak dobrej jakości), pomidorki koktajlowe i pieczarki, do których to akurat się przyczepię. W tej zupie o wiele lepiej prezentowałyby się straw mushrooms - jak najbardziej dostępne w PL bez większych problemów, a do tom yum im o wiele bliżej niż pieczarkom.
Dalej satay chicken (15PLN) - klasyk tajskiej kuchni ulicznej. Mięciutki, perfekcyjnie wygrillowany kurczak na patyczkach z zachwycającym sosem orzechowym. Ten sos to sztos - naturalny, głęboki w smaku, doprawiony jak trzeba. Wow! Do tej przystawki podawana jest jeszcze rześka sałatka z kilku warzyw.
Skusiliśmy się też na wołowinę w sosie z czarnego pieprzu (32PLN) podawaną z kolorową papryką i cebulką. Do tego porcja smażonego makaronu ryżowego z jajem (7PLN). Świetne mięso - takie w punkt, z charakterem. Miękkie i pełne aromatu. Warzywa też dobre; al dente, ale nie surowe. Gwiazdą talerza bezsprzecznie był wyrazisty, słono-ostry sos z pieprzu. To bardzo mocna pozycja w karcie, danie poprawne i pyszne, o którym potem się długo pamięta.
Jak nas znacie to wiecie, że nasze topowe tajskie danie to zielone curry i jak tylko jest gdzieś w karcie, to wiadomo, że bierzemy. Poprosiliśmy o wersję z kurczakiem (27PLN), domówiliśmy porcję ryżu jaśminowego (5PLN), który jak wiadomo do curry świetnie pasuje. Tajska, zielona pasta curry oryginalnie jest jedną z najostrzejszych na świecie. W tej restauracji jednak interpretacja tego dania jest dość luźna, ponieważ główną bazą są zioła - nie jest więc to danie pikantne prawie wcale. Ale za to jest bardzo słodkie. Dobre, inne, zaskakujące. Mimo wszystko wolę moje domowe, tutaj trochę zastrzeliła mnie ta słodkość (prawdopodobnie za sprawą cukru palmowego) i zabrakło oczekiwanej pikanterii. W misce soczysty kurczak - duże kawałki, więc danie jest syte. Trochę bakłażana i bambusa (z tym drugim też spotykam się w green curry pierwszy raz). Ciekawe doświadczenie.
Chociaż rzadko wspominam o napojach tutaj muszę, bo tajska lemoniada (10PLN) z limonką, chyba całym krzakiem mięty i sporą ilością chilli to petarda. Nie dość, że orzeźwia do granic możliwości to jeszcze podkręca jedzone potrawy. Opcją słodszą, ale równie przyjemną jest granita liczi-ananas (14PLN). Nie ma nic lepszego na ulgę w upalne lato.
Deser zabraliśmy na wynos, bo przecież nie mogliśmy wyjść bez klejącego ryżu z mango (15PLN), a zjeść na miejscu nie byliśmy już w stanie (wszystkie serwowane tu dania są potężne). Tak jak green curry na obiad, taki sticky rice na deser to nasze absolutne must have. Tutaj ten słodycz niestety nie przypadł nam do gustu. Wizualnie prezentował się pięknie (ale zdjęcia nie będzie, bo z ekscytacji zapomnieliśmy zrobić przed spróbowaniem:)) - karmelizowane wisienki, zgrabnie pokrojone, dojrzałe mango, kuleczki z mleka kokosowego. Ale sam ryż był kluchowaty, zbyt sklejony i zwarty. Niestety, to nie to. Chociaż do Taja pewnie zawitamy jeszcze nie raz, ulubionego deseru więcej nie zamówimy.

Obsługa bardzo dobra. Wiem, że piszę to rzadko, bo zazwyczaj jest albo przeciętnie, albo źle, ale tym razem z pełną świadomością - jest dobrze. Na początek miła pani oprowadziła nas po lokalu dając możliwość wyboru dogodnego miejsce. Potem nienachalnie pochwaliła się dokładną znajomością karty i tajskich smaków. Żadnych problemów technicznych podczas całego serwisu, a każdy kontakt z uśmiechem i naturalną uprzejmością. Świetnie, miło, oby tak dalej.

Chociaż są jeszcze nowi, Taj to mocny zawodnik na naszej gastro-mapie. Wszystko jest przemyślane; karta, wnętrze. Dania o bezdyskusyjnej jakości składników, szczere, tajskie tak po prostu - bez europeizowania. Z przyjemnością wpisujemy to miejsce na listę naszych ulubionych, gdzie będziemy wracać, by leczyć się z chandry. Bo takie jedzenie (i to w miłej atmosferze) zawsze wyzwala endorfiny :)

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 9/10
WYSTRÓJ: 9/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 9/10











xoxo
Magda

poniedziałek, 29 stycznia 2018

TAO Teppanyaki & More

ADRES: Józefińska 4, Kraków
KUCHNIA: tajska, japońska, azjatycka
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 20-399PLN
W INTERNECIE: facebook | www











Jak to dobrze, że mamy w Krakowie całkiem sporo zacnych restauracji azjatyckich, bo my bez tej kuchni nie możemy długo funkcjonować. Jakimś cudem do TAO wcześniej nie trafiliśmy, chociaż to miejsce znane i lubiane wśród fanów kulinariów dalekiej Azji. No i znajduje się na Podgórzu, nieopodal Kładki Bernatka, a ta urocza okolica (przynajmniej naszym zdaniem) jest jednym z najmocniejszych punktów na gastronomicznej mapie miasta.

W środku jest jasno, przyjemnie, a klimat już od progu sprzyja chilloutowi, który musi towarzyszyć porządnej, azjatyckiej uczcie. Oprócz tradycyjnych stołów i krzeseł/kanap możemy wybrać miejsce w mini-pokoiku przy niziutkiej, japońskiej ławie i zasiąść prawie na podłodze. Całe wnętrze jest przestronne i świeże, ale zdecydowanie najpiękniej będzie w ogrodzie. TAO ma nie tylko śliczny ogródek letni z mnóstwem zieleni i drewnianymi huśtawkami na linach. Jest także ogród zimowy, niezwykle przytulny i samo przebywanie w nim relaksuje (to chyba ta wszechobecna zieleń). Zwłaszcza, że cały czas mamy niezwykłe jak na restaurację towarzystwo - żywe, prawdziwe i przeurocze króliczki hasające wolno po sali.

Jak sama nazwa wskazuje tutaj możemy spróbować teppanyaki - potraw z japońskiego grilla, które kucharz przygotowuje na specjalnej metalowej płycie bezpośrednio przed nami tworząc małe, kulinarne widowisko. W ramach tej ciekawostki (z tego co się orientuję w naszym mieście dostępnej tylko w TAO) możemy zamówić pojedyncze dania lub całe zestawy, na przykład kalmary, krewetki i przegrzebki podawane ze specjalnymi sosami, zupą misoshiru, sałatką z wodorostów kaiso, smażonym ryżem i deserem. Na teppanyaki przygotowywana jest również wołowina kobe - przez wielu uważana za najszlachetniejszą na świecie. Oczywiście w karcie jest i najsłynniejszy japoński rarytas - sushi. Reszta menu podzielona jest mniej-więcej po połowie na Japonię i Tajlandię. Mamy na przykład edemame, pierożki gyoza, zupę tom kha i mule po tajsku. A w deserach niezłe włosko-azjatyckie fusion; zielone tiramisu, panna cotta z kokosem i mango.
Zadbano i o kartę alkoholi. Sake, japońskie piwo i ciekawe wina z nutami egzotycznych owoców (w większości tylko na butelki).

Poniedziałek jest jedynym dniem w tygodniu, w którym nie serwuje się teppanyaki. Niefortunnie wybraliśmy na wizytę akurat pierwszy dzień tygodnia, więc na tę przygodę kulinarną będziemy musieli jeszcze tu wrócić. W regularnej karcie jednak jest w czym wybierać!
Zaczęliśmy od japońskich przystawek - klasyczna zupa misoshiru (7PLN) w maleńkiej czarce z tofu i glonami to zawsze pewny wybór. Aromatyczna, odpowiednio ciepła i słona genialnie pobudza kubki smakowe. W duecie z zupą spróbowaliśmy sałatki wakame (15PLN) z jędrnych wodorostów, ze sporą ilością świeżego ogórka i sezamu. Fajna, klasyczna przekąska. Pozostając w Japonii zamówiliśmy jeszcze makaron udon (37PLN) smażony w gęstym sosie ostrygowym z tofu i warzywami. Jak na ciężki, glutenowy udon przystało to bardzo syte danie, treściwe również pod względem aromatów orientu. Mocny sos ostrygowy przełamywało fajnej jakości delikatne tofu i słodkawe warzywa (dymka, papryka, groszek cukrowy).
Z tajskiej części karty wybraliśmy zupę tom yum z krewetkami (29PLN) oraz zielone curry z kurczakiem (35PLN). Obu daniom nie można było niczego zarzucić. Chociaż osobiście preferuję zupę tom yum gotowaną na mleku kokosowym to ten esencjonalny wywar tym razem bez mleczka spodobał mi się bardzo. Zupa odpowiednio pikantna, krewetki dobrej jakości, sprężyste i świeże. Dużo kolendry i pasty o charakterystycznym kwaskowym posmaku. Mleka kokosowego nie brakowało za to w green curry, ba, było to najbardziej kokosowe curry jakie do tej pory jedliśmy. Bardzo gęste, maksymalnie kremowe przez co zapewne schowała się nieco naturalna ostrość zielonej pasty. Ciekawa wersja green curry, a przede wszystkim bardzo smaczna. Mnóstwo tajskiej bazylii i w sam raz ugotowany kurczak. Wraz z miseczką ryżu jaśminowego to danie stanowi pełną porcję obiadową dla bardzo głodnego osobnika :)

Wcześniejsza rezerwacja telefoniczna przebiegła sprawnie podobnie jak obsługa na miejscu - możliwe szybko, bez pomyłek i z uśmiechem. No i jeszcze raz muszę wspomnieć o puchatych towarzyszach kolacji, bo szczerze uwielbiamy wszystko co ma sierść i jest słodkie :)

Kuchnia dalekiego wschodu to przede wszystkim aromaty. W TAO są one tak naturalne i wyraźne, że na czas jedzenia można zapomnieć, że jest się w Krakowie uciekając na chwilę do nowoczesnego Tokio lub na rajską, tajska wyspę. To nie jest kolejna azjatycka knajpa z przypadkowym jedzeniem gotowanym dzięki półśrodkom. To kawał porządnej kuchni do której często będziemy zaglądać, a i Wam gorąco polecamy.

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 7,5/10
WYSTRÓJ: 9/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 8,5/10






xoxo
Magda

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hurry Up Shrimp

ADRES: -
KUCHNIA: azjatycka, fusion, krewetki
ZAKRES CEN DAŃ Z KREWETKAMI: 20-240PLN
W INTERNECIE: facebook | www











Jakiś czas temu, wśród krakowskich fanów krewetek wybuchło poruszenie. Pojawiło się Hurry Up Shrimp oferując te wspaniałe owoce morza z dostawą pod same drzwi. Nie mają lokalu stacjonarnego, ale to nic nie szkodzi; my kochamy leniwie wieczory w domu przy filmie, winie i krewetkach. I wreszcie jest opcja, że ktoś nam je przywiezie. Jesteśmy szczęśliwi :)

Dania zamawiać można telefonicznie wybierając z czytelnego menu na stronie internetowej. Można również korzystać ze znanych wszystkim portali grupujących jedzenie na dowóz. Według mapy dostępnej na stronie na krewetki z szybką i darmową dostawą mogą liczyć mieszkańcy południowej części miasta (Kazimierz, Podgórze, Dębniki, Kurdwanów, a nawet Kobierzyn). Jeśli chodzi o północne dzielnice - wszystko jest do dogadania indywidualnie, a kiedy zamówienie oscyluje w okolicach 100PLN raczej nie będzie problemu z dostawą do miejsc spoza zaznaczonego obszaru (warto jednak wtedy zamawiać z jednodniowym wyprzedzeniem, by jedzonko przyjechało do nas na czas). Ponadto HUS oferuje catering na imprezy prywatne lub firmowe, a nawet pomaga w organizacji wydarzenia.

Z krewetek można zrobić wiele ciekawych rzeczy i Hurry Up Shrimp dobrze to wie nie ograniczając się jedynie do azjatyckich, czy włoskich krewetkowych szlagierów. Oprócz dość oczywistego sushi, curry, makaronu i ryżu mamy na przykład szaszłyki 'on i ona' - męski z krewetkami w marynacie zawiniętymi w bekon z cebulą i pikantną papryką, a damski z krewetkami w pomarańczowej marynacie ze słodkim ziemniakiem, karmelizowanym burakiem i ananasem.  Na lunch możemy zamówić wrap z krewetkami lub kanapkę o intrygującej nazwie Po Boyek. Krewetkowy raj! Ale jeśli jednak nie do końca mamy ochotę na te wdzięczne owoce morza menu oferuje nam również dania z kurczakiem lub wegetariańskie.

Jako, że nasze krewetkowe łakomstwo nie ma granic od razu zdecydowaliśmy się na kubełek 20 sztuk black tiger (80PLN) w czterech odsłonach. Te w tempurze zielonej i czerwonej były najbardziej treściwymi kąskami - ciasto puszyste, mięciutkie, niekoniecznie pozbawione nośnika smaku (tłuszczu), a środek, czyli gwiazda-krewetka jędrna i idealna. Tak! O takie krewetki walczyliśmy! Tempura tradycyjna była już lżejsza, choć nie aż tak jak ta oryginalna japońska. Oczywiście w niczym to jej nie ujmowało, a tu chodziło przede wszystkim o świetnej jakości mięso skorupiaka, które i w tej wersji było na pierwszym planie. No i tej krewetki w roli głównej trochę zabrakło mi w czwartej odsłonie idącej w kierunku amerykańskiego nurtu surf and turf (połączenia w jednym kęsie mięsa z owocami morza). Krewetki owinięto cienkim, ale kilkuwarstwowym bekonem, który ewidentnie je zdominował (troszkę go było za dużo). To są jednak osobiste gusta, ponieważ takie połączenie jak najbardziej trafiło do drugiego testera i sądzę, że znajdzie się jeszcze nie jeden amator boczku z posmakiem krewetki :) Ja po prostu zawsze wolę mieć krewetkę na pierwszym smakowym planie. Do kubełka 20 sztuk otrzymujemy dwa sosy. Domowy czosnkowy oraz majonezowy z chilli. Dobrze dopasowane do krewetek, ale przy tej ilości szybko nam się skończyły. 
Trochę z ciekawości, a trochę z tęsknoty za Tajlandią zamówiliśmy jeszcze pad thai (42PLN) z siedmioma wielkimi krewetkami. Od dawna poszukiwaliśmy pad thai'a, który przywoła wspomnienia z kraju uśmiechu, który nie jest jego zeuropeizowaną podróbką. No i ku zaskoczeniu - znaleźliśmy! Abstrahując od oczywiście świetnych, soczyście jędrnych krewetek to danie jest najbliżej oryginału, którym zajadaliśmy się w Tajlandii. Gęsty, słodki sos, na wpół chrupkie, smażone warzywa, jajko, orzeszki, cebulka - zgadzało się wszystko. Inne (a dużo ich było) smażone makarony, których próbowaliśmy w Krakowie przy tym od Hurry Up mogą już dla nas nie istnieć. Szkoda tylko, że trochę droga ta przyjemność. O ile 7 wielkich krewetek jest w tej cenie jak najbardziej na miejscu tak makaronu z warzywami wcale nie otrzymujemy wiele. Porcja na mały głód.

Zamówienie przybyło o czasie, a rozmowa telefoniczna przebiegła konkretnie i miło, także z obsługą nie ma najmniejszego problemu.

Wreszcie doczekaliśmy się miejsca, gdzie krewetek nie traktuje się po macoszemu, ale gloryfikuje i podkreśla ich wdzięki w każdym daniu. Zdecydowanie nam tego brakowało. Wysoka jakość produktów, fajnie poskładane dania i wygoda - możemy je mieć nie wychodząc z domu przemawiają jak najbardziej za tym, by wpisać Hurry Up Shrimp na listę ulubieńców. Bardzo polecamy!

JEDZENIE: 9,5/10
WYSTRÓJ: -
OBSŁUGA: 8/10
CENY: 6/10

Ocena ogólna: 8/10





xoxo
Magda

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Big Mango

ADRES: Bronowicka 23, Kraków
KUCHNIA: tajska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 27-50PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Trochę bałam się wizyty w Big Mango, ponieważ nie lubię kiedy moja ukochana tajska kuchnia jest nieudolnie podrabiana i jest tajską tylko z nazwy. Bo takich 'tajsko/wietnamsko/chińskich' knajp z kilogramem glutaminianu sodu w każdym daniu to mamy na pęczki. Po sprawdzeniu menu i opinii zapowiadało się jednak nieźle, tzn. wreszcie prawdziwie. Ekipa Big Mango zapewnia w internecie, że gotują jak w Bangkoku na ulicach. Wiadomo, że musiałam tam pójść, bo do najlepszego street food'u na świecie bardzo mi tęskno.

Jest otwarta kuchnia i piękne zapachy unoszą się już od progu. Ale na tym azjatycki klimat się kończy. Wnętrze bardziej przypomina zwykłe, osiedlowe bistro minimalistyczne aż za bardzo. Szczególnie minimalistyczny jest ogródek (a szkoda, bo znajduje się on w spokojnym, osiedlowym podwórzu i można by tu wyczarować naprawdę urokliwy kącik). Stoły i krzesła z najgorszej jakości lekkiego plastiku, taka prowizorka dla działkowiczów... Ani to ładne, ani wygodne. Szkoda!

Urody zabrakło również karcie w starym stylu, w grubej oprawie z wyświechtanymi koszulkami na kartki. W środku mamy wielkie zdjęcie każdego z dań i dość dokładny opis składników. Nie da się przeoczyć cen, które nawet jak na Kraków/egzotyczną kuchnię są bardzo wysokie. Poza tym to w końcu osiedlowa knajpka z plastikowymi stolikami, a nie restauracja w centrum... Sama często gotuję w domu po tajsku i zdobywam oryginalne składniki więc wiem, że nie są one zabójczo drogie.
Karta raczej krótka zawiera naprawdę kuszące pozycje dla każdego miłośnika tradycyjnej kuchni tajskiej. Kilka rodzajów zupy tom yum, curry zielone i czerwone, krewetki, smażone makarony, ryż z ananasem, lody kokosowe. Są też tajskie napoje.

Zamówiliśmy jedną zupę tom kha z pieczarkami (40PLN) na pół, ponieważ według karty i kelnerki miała być to duża porcja obiadowa. I nie, nie było to z całą pewnością deklarowane 550g (no, chyba, że łącznie z ciężką misą). Ot, normalny talerz zupy. Za czterdzieści złotych polskich... Wersja wege, bez ryżu/makaronu. Na szczęście zupa była przepyszna. Na mleku kokosowym, lekka, z całą gamą składników prosto z Tajlandii (galangal, trawa cytrynowa, liście limonki). Jak na oryginalną tom kha (w której dominować ma słodycz kokosa) trochę za bardzo przypominała tom yum przez mocno wyczuwalny kwaśno-pikantny aromat, ale i tak była to mistrzowska zupa tajska, którą od dawna marzyło mi się zjeść w Krakowie.
Dalej pad kra-prao z kurczakiem (32PLN + makaron ryżowy 5PLN + jajko 4PLN), czyli danie z tajskiej bazylii, chilli, czosnku, cebuli, ogórka i sosów (lekki sojowy, ostrygowy, rybny) smażone w woku. Wszystko doskonałe! Aromat bazylii wiódł tu prym, mięso soczyste i przesiąknięte gamą smaków, każdym z osobna i wszystkimi naraz. Po prostu Tajlandia na talerzu.
I jeszcze smażony szpinak wodny z krewetkami królewskimi (36PLN + ryż 4PLN). Bardzo przyjemne, lekkie i proste danie idealne na upały. Wszystko oczywiście w całej masie przypraw i sosów z mocnym czosnkiem i rybnym aromatem. Na krewetkach absolutnie się nie zawiodłam. Świeże, miękkie, jędrne i całe szczęście poprawnie obrane, więc jedzenie ich nie sprawiało kłopotów, ale samą przyjemność.
Oczywiście nie mogliśmy wyjść bez najlepszego na świecie deseru, który z tego co mi wiadomo w naszym mieście serwuje tylko Big Mango. Chodzi oczywiście o klejący ryż z mango (25PLN). To było dokładnie to! Słodziutki ryż zamarynowany w mleku kokosowym i liściach pandanu, z sosem ze słodkiego mleczka i bardzo dojrzałym mango...  Cudownie!
Wszystkie potrawy podano na bardzo ładnych misko-talerzach, prezencja jedzenia również niczego sobie. Stanowiło to niezły kontrast do brudnego szkła, starych słoików ze sztućcami i tych nieszczęsnych 'stolików'.
Piliśmy tajską lemoniadę z trawy cytrynowej z pandanem i limonką (14PLN). Bardzo słodki, ale też bardzo orzeźwiający napój.

Z obsługą w tym miejscu jest naprawdę niedobrze. Początek jeszcze jakoś poszedł (pani bardzo rozmowna, doradzała), ale na tym koniec dobrych rzeczy. Pod koniec domówiliśmy jeszcze deser z prośbą o zapakowanie na wynos, przy okazji prosząc o rachunek. Czas mijał, zapakowany ryż podrzucił nam do stolika kucharz, a my dalej siedzieliśmy przed pustymi talerzami w oczekiwaniu na jakiś ruch ze strony obsługi. Przecież nigdzie nie ma informacji, że płaci się przy barze i samemu odnosi naczynia... Oprócz naszego zajęty był jeszcze jeden stolik, więc o dużym ruchu nie było mowy (swoją drogą tamci państwo zjedli jeszcze wcześniej niż my i również nie doczekali się reakcji). No i w końcu słyszymy z wnętrza lokalu głośne i wyraźne, tu cytat: ale mi się nie chce posprzątać tych talerzy! Szok, niedowierzanie, ale czekamy jeszcze 5 minut, bo może pani się jednak zachce. Niestety, nic z tych rzeczy. Wstaliśmy, zapłaciliśmy przy barze. Podobnie para z sąsiedniego stolika. Jednak samoobsługa. Dodatkowo przy wydawaniu rachunku kelnerka dopytywała nas co my w ogóle zamówiliśmy.

W Big Mango zjedliśmy pyszny, prawdziwy tajski obiad i z jakością jedzenia nie można tu dyskutować, ale mimo wszystko wyszliśmy rozczarowani. Rzadko narzekam na ceny. Mało tego, nawet lubię płacić sowicie za porządne jedzenie podawane w ładnym miejscu przez obsługę, której się chce. Tu zgadzał się tylko jeden aspekt, reszta poległa. Nie było ani miło ani ładnie przy tym rozchwianym, ohydnym stoliku. Zachowanie kelnerki spowodowało, że czuliśmy się tam kulą u nogi, przeszkadzajką. Nie chcemy bywać tam, gdzie nas nie chcą. Szkoda!

JEDZENIE: 10/10
OBSŁUGA: 2/10
WYSTRÓJ: 3/10
CENY: 3,5/10

Ocena ogólna: 5/10






xoxo
Magda

poniedziałek, 17 lipca 2017

Bar Tajski.pl

ADRES: Kazimierza Wielkiego 142, Kraków
KUCHNIA: tajska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 16,90-28,90PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Wciąż z utęsknieniem czekam na porządną, tajską kuchnię w Krakowie! Kiedy dotarły do mnie wieści o nowo otwartym Barze Tajskim z entuzjazmem rozpoczęłam testy. Przecież to moja najulubieńsza ze wszystkich kuchnia! Specjalnie, by się nią zajadać kilka miesięcy temu pokonałam ponad osiem tysięcy kilometrów... Jakże cudownie by było mieć u siebie chociaż cząstkę tych smaków!

Miejscówka jest z dala od centrum, niewielka i ładna. Minimalistycznie urządzona z wielkim panelem zieleni nad barem delikatnie nawiązuje do egzotycznych klimatów, ale absolutnie nie jest przaśna. Cegła ociepla pomieszczenie, a stoły zwykłe, ale estetyczne pasują do reszty mebli. Wszystko się z sobą zgrywa i jest ok. To dowód na to, że nie trzeba nie wiadomo jakich środków i ozdób, by urządzić wnętrze ładnie i nowocześnie. Bez kiczu, bez nadęcia.
Jest to bar, więc i zwyczaje barowe - zamawia i płaci się przy ladzie (wybierając dania z czytelnego menu na prostej kartce papieru), z lady odbiera się zamówienie po wywołaniu numerku, a na koniec jesteśmy proszeni o zwrot naczyń.

Ale Bar Tajski.pl to także (a może przede wszystkim?) dowozy - strona internetowa i Facebook zachęcają do składania zamówień on-line lub przez telefon (tylko maksymalnie w promieniu 5 kilometrów od lokalu). Zanim wybrałam się na miejsce postanowiłam wypróbować właśnie tę opcję skoro jest ona promowana przez właścicieli. Założyłam profil na stronie i wybrałam dania. Sama strona jest dość przejrzysta i łatwo poruszać się po menu, ale jest też trochę niedopracowana - nie ma nigdzie informacji w jakich godzinach można składać zamówienie, ani w jakich godzinach czynny jest lokal. Płatność w dostawie możliwa tylko gotówką przy odbiorze. Po wybraniu produktów i podaniu danych dostawy przyszedł mail z potwierdzeniem, ale niestety na tym koniec dobrych rzeczy. Śledzenie statusu zamówienia to fikcja (kończy się na 'zamówienie przyjęte' i się nie zmienia).
Najgorsze jest jednak to, że na moje zamówienie (lunch i sałatka) czekałam... 2 godziny 20 minut!  Przez ten czas nie otrzymałam ani telefonu z wyjaśnieniem/uprzedzeniem, że są opóźnienia ani żadnej informacji mailowej... Gdy po dwóch godzinach zadzwoniłam do lokalu z pytaniem, czy w ogóle dostanę dzisiaj moje zamówienie zdezorientowana pani była w stanie odpowiedzieć tylko, że dostawca już wyjechał i będzie za 10 minut. Dostawca był w ciągu 20 minut od telefonu i ani od niego, ani od pani po drugiej stronie słuchawki nie usłyszałam magicznego słówka przepraszamy, które w tej sytuacji byłoby jak najbardziej na miejscu. Niestety, porażka! Po takich rewelacjach i po takim podejściu (brak wyjaśnienia, brak przeprosin) nie daję drugiej szansy i już wiem, że więcej nie zamówię jedzenia z Bar Tajski.pl w dowozie. Zwłaszcza, że mój obiad dotarł zimny.

Na szczęście w końcu dostarczony lunch (19,90PLN) ukoił nieco skołatane nerwy (wiadomo, że jak człowiek głodny, to zły!), ale z pewnością wrażenia byłyby lepsze, gdyby jedzenie było ciepłe. Aromatyczna, lekko pikantna zupa kukurydziana na mleczku kokosowym z chrupiącymi mini-kukurydzami jak najbardziej dała radę. W gęstym, żółtym kremie z curry przeplatały się miło słodkie i ostre nutki.
Nieco gorzej wypadł makaron ryżowy pad sew z brokułem i kurczakiem. Pad sew swój genialny smak kumuluje w wyrazistym sosie. Mój pad sew był zupełnie suchy, bez sosu :( I bez jajka. Całe szczęście, że kurczak nie był suchy (nawet na zimno smakował całkiem spoko). Oprócz tego szczypiorek, trochę brokuła, trochę pieczarek... Biednie!
Całe szczęście biedna nie była sałatka z mango i kurczaka (12,90PLN). Świetne, rześkie, owocowe danie będzie idealną opcją na obiad w te najgorętsze dni lata. Oprócz sałaty lodowej, mango, kurczaka i czerwonej papryki do sałatki przygotowano dip z tartego ogórka i limonki. Charakteru dodała sezamowa posypka i orzeszki. Pyszna, syta, egzotyczna sałatka, którą chętnie zamówiłabym po raz drugi.

Gdy emocje po najgorszej pod względem technicznym dostawie z jaką spotkałam się w Krakowie opadły wybraliśmy się do lokalu stacjonarnie popróbować reszty naszych ulubionych tajskich dań.
Zupy tom yum z krewetkami (7,90PLN) oraz tom yum na mleku kokosowym z kurczakiem (6,90PLN) nie smakowały tak jak w Tajlandii, ale były ok - smaczne. Można powiedzieć, że mocno inspirowane kuchnią tajską, ale nie prawdziwie tajskie. Krewetki dobrej jakości, kurczak znów mięciutki i nieprzeciągnięty. Tę z mlekiem kokosowym zdominował smak słodki. W obu zabrakło liści kafir, azjatyckich grzybów, chilli, trawy cytrynowej... Były za to pieczarki, pomidorki koktajlowe i szczypiorek (ten to akurat jest tu w każdym daniu).
Z wielką ciekawością czekaliśmy na nasze ulubione, najostrzejsze z tajskich curry. Green curry zamówiliśmy z wołowiną (23,50PLN). Miał być ogień, a było danie bardzo zbliżone do łagodnej tom kha przez ogrom mleczka kokosowego i znikomą ilość pasty curry, sosu rybnego, przypraw... I znów tak jak z zupą - nie było to złe, ale z oryginałem nie miało za dużo wspólnego. Do mięsa nie można się przyczepić, wołowinka smaczna i miękka. Tradycyjny w tym daniu galangal zastąpiono cukinią. Nie było jednak ani liści limonki, ani aromatu sosu rybnego ani przede wszystkim pikantności co jest podstawą zielonego curry. Ot, łagodne, smaczne danie na mleku kokosowym. Ale przyznam, że trochę się zawiedliśmy, bo nie tego się spodziewaliśmy jako najwięksi na świecie fani green curry. Sama często przyrządzam je w domu więc wiem, że przy odrobinie starań da się u nas zdobyć wszystkie konieczne składniki. Curry podawane jest z ryżem jaśminowym w cenie oraz z surówką z białej kapusty (taką samą jak w wietnamskich barach, więc zostawię to bez komentarza).
No i jeszcze pad thai z tofu (18,90PLN), który do Tajlandii miał najbliżej ze wszystkich próbowanych dań. Świetne, smażone tofu (dawno nie jadłam tak dobrego), limonka, jajko, posypka z orzeszków - jak dla mnie zgadzało się tu wszystko (no, może oprócz dużej ilości czerwonej cebuli, którą w pad thai spotykam po raz pierwszy). Ten makaron też nie grzeszył dużą ilością sosu, ale gdzieś tam w tle przebijał się charakterystyczny słodko-kwaśny aromat.
Poprosiliśmy o coś zimnego do picia i otrzymaliśmy firmową lemoniadę (4,90PLN). Fajna, rześka, szkoda tylko, że nie była zimna.

Oceniając obsługę nie mogę pominąć wielkiej wpadki z dostawą. Coś takiego w ogóle nie powinno mieć miejsca, a jeśli już się zdarzyło to trzeba jakoś załagodzić sytuację przynajmniej wyjaśnieniami i krótkim 'przepraszam'. Bar Tajski jest nowy w mieście i widać, że musi jeszcze wiele się nauczyć chcąc utrzymać się na powierzchni trudnej krakowskiej gastronomii.
Na miejscu miła pani za ladą była w gotowości by doradzić niezorientowanym, ale na tym jej rola się kończyła. Jakiegoś dodatkowego zainteresowania gośćmi nie zanotowałam. Czy to źle? Moim zdaniem nie. W końcu to bar, więc luźna atmosfera jest jak najbardziej na miejscu.

Co do jedzenia mam mieszane uczucia. Dania generalnie są smaczne. Są hity (jak zupa kukurydziana, czy sałatka z mango), a jakość składników zadowala. Wszystko jest świeże, mięsa miękkie. Tofu genialne. Ale mi zabrakło Tajlandii. Aromatów, ostrości, typowych tajskich składników i receptur. Nie jest to kuchnia tajska o jakiej marzę, by mieć ją na miejscu. Za łagodnie, za mało egzotycznie.
Ale będę zaglądać i życzę powodzenia!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 3/10
WYSTRÓJ: 8/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 6,5/10

















xoxo
Magda

wtorek, 28 marca 2017

Tajlandia na Talerzu: ulubione dania.

Było już kilka słów o tym gdzie najlepiej jest stołować się w Tajlandii. Teraz powspominamy trochę nasze ulubione tajskie dania, których to obowiązkowo należy spróbować będąc w tej części kontynentu azjatyckiego.

Kuchnia tajska bez wątpienia jest jedną z najbardziej aromatycznych i pikantnych kuchni świata. Opiera się głównie na świeżych owocach azjatyckiej ziemi (trawa cytrynowa, liście limonki, mleko kokosowe, chilli, grzyby) oraz morza (ryby, krewetki, kraby, kalmary). W tajskiej kuchni chemia, półprodukty, czy mikrofalówka nie mają prawa bytu. Wszystko przygotowywane jest na świeżo, na miejscu.

***

Naszym absolutnym numerek jeden tajskiej kuchni jest green curry. To jedno z najostrzejszych dań za sprawą dużej ilości pasty z zielonego chilli. Obowiązkowe elementy to mleko kokosowe, galangal (warzywo w smaku kojarzące się ze znanym nam bakłażanem) i liście limonki. Może zawierać kurczaka, krewetki, kalmary lub inny mięsny dodatek. To danie zazwyczaj je się z ryżem jaśminowym. 
Połączenie prawdziwej, konkretnej ostrości z aksamitnym, słodkim mlekiem kokosowym i rześkim aromatem limonki to mistrzostwo świata <3

Green curry z kurczakiem (6PLN) serwowane na ulicy w Ao Nang (Krabi).


***
Pierwsze skojarzenie z kuchnią tajską, niezależnie w której części świata o nie zapytamy będzie jedno - zupa tom yam. I nie ma się co dziwić, bo ta zupa to prawdziwy rollercoaster tajskich aromatów. Jest ostro-kwaśna, często z mlekiem kokosowym i ma jedyny w swoim rodzaju posmak, którego się nie da zapomnieć. Najczęściej jada się ją z krewetkami lub kurczakiem.

 Tom Yam z owocami morza i jadalnymi kwiatami (8PLN). Targ Malin Plaza, Phuket.


Tom Yam z krewetkami (5PLN). Ao Nang, Krabi.


***
Będąc przy zupach należy wspomnieć, że bez nich kuchnia tajska by nie istniała. Tajowie jedzą zupy (zwane potocznie 'nudlami', ponieważ zazwyczaj zawierają makaron) na śniadanie, obiad i kolację. Buliony mięsne, rybne lub warzywne z całą plejadą dodatków w jednym talerzu... 
Wybór składników tajskiej noodles soup jest właściwie nieskończony :) Ryby, mięsa, warzywa, zioła (a najlepiej wszystko na raz). Zazwyczaj sami możemy wybrać sobie rodzaj makaronu do naszej zupy. Królują nudle ryżowe i sojowe w różnej grubości i formie. Często spotykany jest też makaron chiński, pszenny, żółty. Nieodłącznym elementem takich zup są dodatki, które umieszczamy w swoich porcjach wedle uznania, ponieważ ich zestawy zawsze znajdziemy na stole. Mogą to być posypki (orzeszki, suszone krewetki, suszone chilli), przyprawy płynne (sos rybny, ostrygowy, ocet ryżowy z chilli) lub świeże zioła (tajska bazylia, mięta, kolendra) i kiełki.

 Bulion z marynowaną wieprzowiną, kulkami rybnymi, makaronem ryżowym w formie dużych płatów i pierożkami wonton (6PLN). W roli świeżych dodatków posypka ze smażonej cebuli, świeża sałata, szczypiorek i tajska bazylia. Targ Malin Plaza, Phuket.



 Bulion rybny z cienkim makaronem ryżowym z kulkami rybnymi, chrupiącym ciastem ryżowym i pierożkami (3PLN). W roli dodatków pasta chilli, suszone chilli, kiełki fasoli mung, orzeszki i świeże zioła. Kuchnia uliczna, Bangkok.


 Zupa z makaronem ryżowym średniej grubości i z dużymi kulkami rybnymi (3PLN). Do tego kiełki i różne rodzaje świeżych ziół, posypka z tartego chilli. Kuchnia uliczna, Bangkok.


 Zupa w stylu tom yam (bez mleka kokosowego) z wieprzowiną, smażonymi pulpetami i kulkami rybnymi (5PLN). Makaron cienki sojowy. Na wierzchu orzeszki oraz pasta chilli. Tesco Lotus, Bangkok.


Glass soup z krewetkami (5PLN). Lekki, jasny bulion, makaron sojowy, gotowane warzywa. Tonsai Beach, Krabi.

Zestaw dodatków do zup - chilli w zalewie z octu ryżowego, orzeszki ziemne, suszone krewetki, smażone suszone chilli, cukier, sos ostrygowy i sos rybny. Targ Malina Plaza, Phuket.


***
Pad thai to kolejne tajskie danie za którym świat szaleje i w ogóle się temu nie dziwię. Smażony makaron ryżowy z krewetkami lub kurczakiem ze słodo-kwaśną pastą, jajkiem i orzeszkami to hit ulicznej kuchni. Ja przynajmniej raz dziennie musiałam zjeść solidną porcję pad thai. To się nigdy nie nudzi :)

Pad thai z dużymi krewetkami (8PLN). Targ przy National Stadium, Bangkok.

Pad thai z warzywami i ryżem (2PLN). Chinatown, Bangkok.


***
Przetestowanie osławionego duriana uznaliśmy za obowiązkowy element naszej wycieczki. Jest to ponoć bardzo śmierdzący owoc, którego nie można wnosić do hoteli i komunikacji miejskiej. Jakież było nasze zaskoczenie kiedy okazało się, że durian wcale tak bardzo nie śmierdzi (moim zdaniem w ogóle) i szczerze nie mam pojęcia skąd wzięła się jego czarna legenda. Jak dla mnie pachnie mocno dojrzałymi owocami, a smakuje jak mus z mango i melona, ma nieco maślaną konsystencję. Nie należy bać się duriana, bo jest on naprawdę dobry!

Owoce durianu i jego jadalny miąższ (10PLN). Targ Malin Plaza, Phuket.


***
Tajskie słodkości również znalazły się w naszym codziennym menu. Szczególnie upodobaliśmy sobie naleśniki smażone na oleju kokosowym z bananem i polewą (zazwyczaj była to nutella), pokrojone w kwadraty. 
Genialnym wynalazkiem są tajskie lody przygotowywane za pomocą ciekłego azotu, czy lody kokosowe podawane oczywiście w kokosie.
Narodowym tajskim deserem jest klejący ryż ze skondensowanym mleczkiem kokosowym i dojrzałym mango. Tego nie da się opisać - to trzeba spróbować!
Słodyczem można nazwać również wszechobecne smoothies ze świeżych owoców, które każdego dnia piliśmy litrami.

Ryżowe ciastko z białka jajka (1PLN), lody tajskie (8PLN) i lody kokosowe (5PLN).

 Tajskie naleśniki (5PLN).

 Klejący ryż z mango (5PLN), narodowy deser tajski.


Mango smoothie (3PLN).


***
Na bardziej turystycznych targach pełnych świeżych ryb i owoców morza możemy sami wybrać sobie produkt i poprosić o przygotowanie go na miejscu w dowolny sposób. My najlepiej wspominamy czerwoną tilapię w sosie curry i kraba w sosie z zielonego pieprzu. No i ogromne krewetki z czosnkiem. Pycha!

Czerwona tilapia w żółtym sosie curry z mleczkiem kokosowym i chilli (20PLN), krab z warzywami w sosie z zielonego pieprzu (10PLN) oraz małże Wenus smażone w paście chilli (10PLN). Targ Malin Plaza, Phuket.

Krewetki smażone z czosnkiem, trawą cytrynową i chilli (5PLN). Targ Malin Plaza, Phuket.


***
Kolejnym daniem, na które bardzo czekałam była som tam, czyli sałatka z papai z wieprzowiną. Sałatka zachwyca lekkością, no i ostrością - to jedno z najpikantniejszych tajskich dań, tylko dla miłośników chilli. Kwaśność i chrupkość prawie surowych owoców, sok-sos z papai i mięsne kąski... Niebo w gębie! Danie polecam zwłaszcza na najgorętrze momenty dnia, ponieważ świetnie orzeźwia.

Som Tam z wieprzowiną (4PLN). Khao San Road, Bangkok.


***
Nie sposób nie wspomnieć o sajgonkach z warzywami. Bardziej kojarzone z Wietnamem, w Tajlandii również są niezwykle popularne, więc i my zajadaliśmy się nimi z przyjemnością.

Spring rolls z warzywami (3PLN). Khao San Road, Bangkok.


***
Kolejnym obiadem idealnym, kiedy żar leje się z nieba jest ryż smażony z owocami, jajkiem i mięsem podawany w ananasie. Pyszne, syte, lekkie i piękne danie!

Smażony ryż z kurczakiem (8PLN). Patong Beach, Phuket.


***
Daniem, które pierwszy raz w życiu spróbowałam w Tajlandii nie znając go wcześniej z azjatyckich restauracji w Polsce było massaman curry. No i zakochałam się od pierwszego kęsu! To curry jest popularne wśród muzułmańskiej części tajskiej społeczności i składa się z dużej ilości mleczka kokosowego, czerwonej pasty chilli, ziemniaków, innych warzyw i mięsa (zamiennie z owoców morza). Zazwyczaj podawane z ryżem. Genialne!

Massaman curry z kurczakiem (5PLN). Tonsai Beach, Krabi.


***
Tajskie śniadania niewiele różnią się od obiadów i kolacji. My uwielbialiśmy kupować wygodnie spakowane porcje śniadaniowe na ulicach Bangkoku. Był to zazwyczaj ryż z mięsem i warzywami lub pierożki na parze. 

Tajskie śniadania; gotowe kupowane na ulicach Bangkoku (3PLN) oraz serwowane w hotelu w Krabi: zupa ryżowa z krewetkami oraz smażony ryż.

***
Do Tajlandii warto jechać nawet tylko po to, by spróbować tych wszystkich powyższych pyszności. To prawdziwy raj dla miłośników dobrego, orientalnego, świeżego i zdrowego jedzenia. Mimo, że w Tajlandii spędziliśmy prawie miesiąć to wciąż za mało, by poznać jej cały kulinarny świat pełen darów natury. I już nie możemy się doczekać kiedy tam wrócimy, aby jeść dalej :)

xoxo
Magda