Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KAZIMIERZ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KAZIMIERZ. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 listopada 2018

Anatomia

ADRES: Dajwór 25, Kraków
KUCHNIA: gruzińska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 19-24PLN
W INTERNECIE: www | facebook










Pewnego listopadowego popołudnia zupełnie przypadkiem trafiliśmy do Anatomii na Dajworze. Mimo, że bywamy w tej okolicy często (wszak to mekka krakowskich foodies) ten lokal zawsze omijaliśmy. Być może to kwestia niezbyt chwytliwej i dziwnej jak na restaurację gruzińską nazwy. W jeszcze większą konsternację wprawia opis na Facebookowej stronie: 'Anatomia to wyjątkowe, matematyczne miejsce na mapie Krakowa'. Niech mi ktoś wyjaśni o co chodzi z tą matematyką, bo serio nie wiem ;)

W środku też jest nieco dziwno i straszno, chociaż może ktoś znajdzie tam jakiś swój klimat. Jest ciemno. Naturalnego światła prawie wcale, a i to sztuczne słabo daje radę. Dużo suszonych badyli, staromodnych ram i pustych butelek po winie z wetkniętymi w nie świecami. Zauważyliśmy też kilka pajęczyn z wesołymi mieszkańcami. Styl rustykalno-wiktoriańsko-klubowy, bo w pierwszej części są nowoczesne, kolorowe kanapy ze skóry. Wow, w takim miejscu nas jeszcze nie było, ale jak zwykle chętni na nowe doświadczenia nie przejęliśmy się zbytnio nawet tymi horrorystycznymi motywami.

Za to karta jest przejrzysta, ładna i ciekawa. Nie za długa, z samymi gruzińskimi przysmakami i niezłym winem. Khachapuri w kilku wersjach (z serem, mięsem, czerwoną fasolą), ajapsandali (potrawka z bakłażana i innych warzyw, więc jest coś dla wegetarian), ojakhuri (tradycyjna zapiekanka z ziemniaków, mięsa i owoców granatu). Desery są dwa; przewidywalna w takim miejscu baklawa oraz coś dla nas nowego - smażone lody. Jak Gruzja to i dobre wino. Domowego brak, ale ceny całych butelek są bardzo przystępne.

Zaczęło się od phali (11PLN), czyli zimnej przystawki ze szpinaku i orzechów z czosnkiem i owocami granatu. To coś dla miłośników tej łagodniejszej strony gruzińskiej kuchni, bo w daniu nie ma wielu przypraw, a szpinak jak to szpinak - głębią smaku nie powala, dlatego chętnie widziałabym w tym daniu większą ilość orzechów niż zaserwowano. Ale ogólnie jest bardzo dobrze.
Podobnie wypadła moja ulubiona gruzińska zupa kharcho (13PLN) i to już jest opcja dla fanów pikantniejszych doznań smakowych. Sporo szarpanej wołowiny (nie najmiększa na świecie, ale dała się pogryźć), ryż i przede wszystkim słodko-kwaśno-pikantny, bogaty bulion. Tak, to zdecydowanie moje smaki i ten rozgrzewający talerz polewki zasługuje na brawa. Do zupy podano dwa gruzińskie paluchy z ziarnami słonecznika przez co było syto co dodatkowo winduje stosunek ilości do ceny.
Nieźle, chociaż nie tak dobrze jak zupa wypadł tradycyjny gulasz wołowy ostri (25PLN), do którego również podano własnej roboty paluchy chlebowe. Mięsa sporo, ponownie akceptowalnie miękkie, ale sam gulasz bardzo, bardzo słony. Nie jesteśmy wrogami soli w mięsnych daniach, więc smakowało, natomiast drugi raz raczej nie skusilibyśmy się na to konkretne danie.
Na stole musiały też pojawić się khinkali z mięsem (17PLN) - nigdy nie mogę odmówić sobie tej przyjemności w gruzińskiej restauracji. Ktoś tu ma ciężką rękę do słonych przypraw, bo tu też tej soli nie poskąpiono, co akurat wyszło pierożkom na dobre i podkreśliło głębię rosołu i  aromat mięsa mielonego. Sporo kolendry i pieprzu też zrobiło swoje, oczywiście na plus. Samo ciasto cienkie i elastyczne chociaż sądzę, że zabrakło mu jakichś 30 sekund we wrzątku. To nic, khinkali były pyszne i tak jak było w planie sprawiły sporo przyjemności.

Serwis niestety był zły. Dopiero co zaczęliśmy jeść przystawki, a już na stół położono drugie dania. Nikt chyba nie lubi jeść zimnych pierogów, więc trzeba było się bardzo spieszyć, by zdążyć na przynajmniej letnie temperatury potraw. Poza tym, przez sporych rozmiarów zastawę na stole zrobiło się ciasno i niewygodnie. Droga Anatomio, tak się nie robi. Obsługa kelnerska niczym nie wyróżnia się od większości i skupia się na podawaniu i wynoszeniu naczyń bez wchodzenia w interakcję z ludźmi. Po rachunek musieliśmy przespacerować się sami, bo czas oczekiwania na niego po skończonym posiłku niebezpiecznie się wydłużał, a nas gonił czas.

Do Anatomii mam stosunek ambiwalentny. Jedzenie jest powyżej średniej, ale klimat i serwis... cóż, pozostawiają wiele do życzenia. Ale sprawdźcie sami, bo przecież Gruzji na talerzu nigdy nie dość!

JEDZENIE: 8/10
OBSŁUGA: 5/10
WYSTRÓJ: 4/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 7/10








xoxo
Magda

sobota, 27 października 2018

Parampara

ADRES: Starowiślna 36, Kraków
KUCHNIA: indyjska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 20-37PLN
W INTERNECIE: facebook | www











Parampara to znaczy tradycja i jak twierdzą właściciele ta nazwa nie jest przypadkowa, gdyż obrali sobie za cel połączyć tradycyjną polską gościnność z bogatą, kolorową kuchnią indyjską. Bezsprzecznie kuchnię hinduską kochamy, więc wycieczka do Parampara była obowiązkowym punktem na gastronomicznej mapie miasta.

Wystrój - jak to w indyjskich przybytkach bywa - jest feerią barw i wzorów, niekoniecznie dobieranych według jakichkolwiek norm i schematów. My nie jesteśmy fanami takiego  wnętrzarskiego Bollywood, ale trzeba przyznać, że pasuje on do tego klimatu i jedzenia. Nie można więc narzekać, bo to tworzy swego rodzaju niepowtarzalną w innych miejscach aurę. Siedzieliśmy w fioletowo-błękitnej sali z wymalowanymi na ścianach greckimi kolumnami. Na stole bogate w cekiny obrusiki. A tak na poważnie to urzekła nas zastawa - porcelanowe, minimalistyczne talerze to plus sto punktów do odczuć estetycznych przy jedzeniu.

W menu niby dań jest dużo, ale porównując do innych znanych nam orientalnych miejsc to możemy uznać je za względnie krótkie. To dobrze! Każde danie gotowane jest od podstaw i na składnikach pierwszej świeżości. Zawsze powtarzam, że to się ceni i to jest bardzo ważne w kulturze restauracyjnej. Obowiązkowo w menu znalazły się takie indyjskie klasyki jak pakora, czy samosy, ale są też rzadziej słyszalne nazwy jak aloo tikii chat (kotlety z ziemniaków), czy tawa fishfry (smażony dorsz z ziołami i pieczoną papryką). Jest grill tandoori, długa lista dań wege (na przykład okra z pomidorami i cebulą), wątróbka z ziarnami kozieradki i kolendrą, krewetki w sosie kokosowym. Oj, jest z czego wybierać! Osobno domawiamy pieczywo lub ryż. Na deser zjemy na przykład smażone jabłko z cynamonem lub... słynne na cały Kraków lody ze Starowiślnej.

Jako, że byliśmy większą grupą udało się spróbować aż 4 wspaniałych głównych dań, którymi nasz stół dzielił się wymieniając zachwyty. Tak, było wspaniale! Na taką ucztę właśnie liczyliśmy. Myślę, że w Krakowie nie da się już bardziej zbliżyć do Indii... Ale do rzeczy. 
Kurczak butter masala (26PLN) - bajka. Łagodny sos pomidorowy, ultrakremowy i delikatny, ale w żadnym wypadku nie mdły. Cudna esencja warzyw i rozpływającego się w ustach drobiu w jednym ze sztandarowych indyjskich dań.
Dalej kesari murg (28PLN) - to też kura, braliśmy ją w ciemno, bo wcześniej nie próbowaliśmy tego dania. I to był strzał w dziesiątkę. Znów mega delikatne mięso, lecz to sos wygrał wszystko. Delikatny, jogurtowy z całym bukietem indyjskich przypraw, ale to szafran tu rządzi. A wiadomo, w kuchni orientu z szafranem chyba nic nie może konkurować. Ta miseczka została zjedzona najszybciej i wywołała największy smutek po pokazaniu się dna.
Vindaloo curry (30PLN) znaliśmy już wcześniej i jest to jeden z naszych ulubionych sosów. W Parampara podaje się to danie z długo duszoną, a więc rozpadającą się na języku wieprzowiną. Samo curry jednak jest nieco inne niż to  znane nam z paru miejsc - bardziej skupione na mięsie, z wyraźną nutą cynamonu i wędzonego chilli, za to mniej kremowe, mniej warzywne. Spodziewaliśmy się po tym daniu bardziej zionąć ogniem (w końcu vindaloo to jedno z najostrzejszych curry na świecie). To  nie było jakoś zatrważająco pikantne. Ale wiadomo - co kucharz to inne vindaloo (pewnie zależy to również od regionu kraju). Warto było spróbować tej wersji i chociaż spodziewaliśmy się trochę innej formy, to danie jak najbardziej należy do udanych.
Trzeba było spróbować i baraniny. Laal mass (35PLN) to najpikantniejsze danie ze wszystkich zamówionych (ale też nie zabijające, chociaż opis tego stopnia ostrości w karcie straszy), również mocno skupione na mięsie. Baranina prostym składnikiem nie jest - żeby jej nie zabić i zrobić na miękko to trzeba umieć. Te kąski były idealne, podobnie jak mocny sos z wyraźną kolendrową nutą. Czyli kolejny sztos.
Nasze sosy zagryzaliśmy najlepszym butter naan (8PLN) w mieście. Tak lekkie i delikatne indyjskie pieczywo było do tej pory tylko w naszych marzeniach. Spróbowaliśmy też nieco cięższego chlebka z mąki razowej roti (8PLN). Też niezłe, ale naan wygrywa wszystko.
Żadna indyjska uczta nie może odbyć się bez mango lassi (10PLN). W Parampara ten napój jest bardzo gęsty, bardzo słodki pewnie dzięki przedojrzałemu mango i podaje się go z prażonymi migdałami i miętą. Bajka! 

Poczytaliśmy wcześniej o profilu restauracji, o przywiązaniu do gościnności, więc nastawiliśmy się, że spotkamy tu wspaniałą, ciepłą i profesjonalną obsługę, której tak nam w Krakowie brakuje. No niestety, jednak nie. Technicznie nie było najgorzej, serwis w dobrym czasie i stylu, ale poza tym tak jak prawie wszędzie - z tą gościnnością to tak średnio. Pani kelnerka dość oporna na odwzajemnienie uśmiechu.

Ale kuchnia - tak jak miało być - jest bezkonkurencyjnie wspaniała. Bogata w smak, w niepowtarzalne aromatyczna. Świetnie, że Parampara jest w mieście, bo właśnie stała się naszym indyjskim numerem jeden.

JEDZENIE: 10/10
OBSŁUGA: 6/10
WYSTRÓJ: 6,5/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 9/10











xoxo
Magda

niedziela, 14 października 2018

Shrimp House

ADRES: Starowiślna 36, Kraków
KUCHNIA: europejska, azjatycka
ZAKRES CEN: 19-36PLN
W INTERNECIE: www | facebook










Shrimp House kazał krakowianom długo na siebie czekać szumnie zapowiadając odwlekające się otwarcie przez wiele miesięcy. Ale w końcu są! Przyznam, że i my - psychofani tego owocu morza - byliśmy mocno zniecierpliwieni, bo jak wiadomo z dobrymi krewetkami dotychczas w Krakowie było ciężko, a lokal ukierunkowany tylko na nie to jest spełnienie naszego kulinarnego marzenia.

Miejsce urządzono w nowoczesnym stylu. Obowiązuje samoobsługa. Dania zamawia się i odbiera przy barze. Wielka, świecąca kreweta na ścianie, pomarańczowe ściany - nie ma wątpliwości co się tu je. Wystrój trafiony, bo luźny i dostosowany do barowych realiów. Lokal pomieści całkiem sporo krewetkożerców, więc raczej nie trzeba się martwić o wolny stolik.

W menu się dzieje bardzo dobrze. W każdym daniu oczywiście rządzą pomarańczowe skorupiaki w ilości osiem sztuk, ale nie jest to karta 'na jedno kopyto',  właściwie znajdują się tu dania z wielu zakątków świata. Jest kreatywnie, ciekawie, ale i klasycznie, bo zjemy na przykład krewetki na białym winie i maśle z czosnkiem, pietruszką i bagietką. Jest zupa pho, tempura, szaszłyk z krewetek, a nawet włoska pasta. Bardzo podoba nam się tak szerokie podejście do tematu! Z drugiej strony ilość dań nie jest przytłaczająca, wszystkie kompozycje są przemyślane, więc zdecydowanie idzie się tu w jakość.

Na pierwszy ogień poszło buffalo shrimp (30PLN). Czyli krewety w grubym, ciężkim cieście smażone w głębokim tłuszczu. Owszem, nie jest to może najmniej kaloryczna propozycja, ale warto czasem zrobić sobie tą grzeszną przyjemność. Ciasto wspaniałe, chrupiące z zewnątrz świetnie gra z jędrną krewetką w środku. Do tego mnóstwo dodatków, chociaż tutaj mamy małe wątpliwości... Jest sos z sera pleśniowego - bardzo, bardzo intensywny, gruba pajda pieczywa, trochę mdła surówka z czerwonej kapusty i surowy seler z marchewką do schrupania. Wszystko to (a zwłaszcza dip serowy) to dość ciężki kaliber zwłaszcza, że same krewetki w cieście są wystarczająco solidne. Milej widziany byłby tu jakiś lekki sosik i więcej chrupiących warzyw.
Jak mnie czytacie to wiecie jak uwielbiam kuchnię tajską, więc jak widzę w menu tajskie curry (30PLN) i to w dodatku z krewetkami to nie ma szans, by się powstrzymać. To curry chociaż jest obiektywnie smacznym daniem nie do końca skradło moje serce. Zazwyczaj nie narzekam na sól, bo nie jestem jej wrogiem, ale tutaj moje kubki smakowe trochę się zbuntowało. Soli było za dużo i trochę przyćmiła ona smak czerwonej pasty curry i mleka kokosowego. Zbyt konkretnym kontrastem do słonego sosu był słodki, dojrzały ananas i też cukierkowy z natury batat. To mi nie zagrało, chociaż spodobał się anyż, który w curry spotyka się dość rzadko. Do tego dania podawana jest miseczka średniej jakości ryżu.
Spróbowaliśmy jeszcze coś po meksykańsku, czyli shrimp fajitas (30PLN) i to danie spodobało nam się najbardziej szczególnie za sprawą idealnie przyprawionych krewetek w aromatycznym, ale lekkim i przyjemnie pikantnym sosie. Do tego lekka salsa z pomidorów, jasny dip, placuszki fajitas i nachosy. Sztos!
W każdym z próbowanych dań krewetki były świetnej jakości, jędrne, pełne smaku i przygotowane jak należy, technicznie bezbłędnie. Przed wizytą mieliśmy małe obawy, czy ośmioma krewetkami można sobie pojeść, w końcu to jest lekkie mięsko i może nie być wystarczające w kontekście pełnowartościowego obiadu. Góra dodatków w każdym daniu sprawia jednak, że jest wręcz przeciwnie - co mniej pojemne żołądki miały nawet problem z dokończeniem dania, więc i ta kwestia została przemyślana przez twórców.

Obsługa jest typowo barowa, więc nie ma tu za bardzo o czym mówić. Nie czekaliśmy długo na nasze zamówienia mimo prawie pełnej sali.

Wreszcie jest w Krakowie przemyślane miejsce z jakościowymi krewetkami. Chętnie przetestujemy resztę menu i będziemy wpadać regularnie. Mimo, że to sieciówka, ekipa dba o wysoki poziom dań, nie zrobiła się z tego pusta, mdła masówka. Jest super!

JEDZENIE: 8/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 8/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 8/10






xoxo
Magda

poniedziałek, 16 lipca 2018

Pogromcy Meatów

ADRES: Dajwór/Na przejściu
KUCHNIA: street food, kanapki
ZAKRES CEN: 22-30PLN
W INTERNECIE: facebook









Pogromcy Meatów po sukcesie w Warszawie postawili na Kraków. Głośne, acz niespodziewane otwarcie nastąpiło zaledwie kilka tygodni temu i to w doskonałej lokalizacji, bo na Dajworze, czyli w miejscu, gdzie na co dzień spotkać można sporą część najaktywniejszych krakowskich foodies.

Lokal to duży kiosk z hokerami w środku i niewielkim ogródkiem na zewnątrz. Jak na street food jest nieźle, bo sporo miejsca, by usiąść i zjeść nawet w przypadku dużego obłożenia. Miejscówka ta jeszcze pachnie nowością, jest surowo, prawie sterylnie i mimo, że wystrój prosty i minimalistyczny (czyli taki jak lubię), czegoś tam brak. Może to przez duże, puste ściany, może przytłaczające nieco szarości lub przez nieestetyczne opakowania z najtańszymi chusteczkami, które w tej surowości wnętrza rzucają się w oczy za bardzo... A może to kwestia postawienia tu i tam kilku roślin, by było weselej. Nie wiem, nie czuję się tam najlepiej. Ale to przecież street food - nie ma być ładnie, tylko szybko, wygodnie i smacznie.

W menu oczywiście kanapki z mięsiwem. Ozór z piklowaną czerwoną cebulą, salsą verde, marynowaną kalarepą i mayo chipotle. Kaczka z modrą kapustą, żurawiną i marakują. To tylko dwa pysznie brzmiące przykłady z siedmiu dostępnych opcji. Stałym elementem każdej kanapki jest autorska buła mleczna. Chociaż sugerując się nazwą nie można się tego spodziewać jest tu i coś dla wegetarian - sandwich z marynowanym burakiem zamiast mięcha. Jeśli nie kanapka to sałatki - jedna wege, a druga wygląda na dekonstrukcję tej z kaczką. Są frytki z batatów. Do picia hipsterskie lemoniady i chodzą słuchy, że niedługo pojawi się też idealne do mięsnych kanapek piwko.

Skorzystaliśmy z oferty na kanapkę dnia, którą akurat było Żebro (22PLN zamiast ceny regularnej 27PLN). Żebro szarpane i to bardzo mocno szarpane, ponieważ wyglądało praktycznie jak zmielone. Chociaż jakość mięsa była bezsprzeczna, żeberko w tak rozdrobnionej formie do nas nie trafia. Przez takie traktowanie traci swoją charakterność. W tej kanapce spotkać można jeszcze genialne, pikantne i suche chorizo, pieczoną czerwoną paprykę, ser Manchego i argentyński sos chimichurri. Brzmi nieźle i poszczególne składniki są ok, ale do kanapki jako całości mamy jeszcze jeden (i to dość poważny) zarzut. Momentalnie po złożeniu bułka namaka sosem, przez co nie smakuje tak jak powinna. Być może mokre pieczywo ma swoich amatorów i tak miało być, ale nam to odjęło sporo z przyjemności jedzenia.
Spróbowaliśmy jeszcze Pastrami (30PLN) i tu smakował nam dokładnie każdy element kanapki, bez wyjątku. Pieczołowicie, długo przygotowywane i dopieszczone mięso zakrawa o ideał, a przecież wiadomo - żeby zrobić dobre pastrami to trzeba się znać. I oni się znają. Do tego klasycznie; mocna, kiszona kapusta, plasterek sera cheddar, ogóry na ostro i rosyjski sos. Super! Nic dodać, nic ująć, cytując klasyka.
Bułka mleczna, którą Pogromcy Meatów pieką sami to nie jest do końca moja bajka. O ile nie namoknie (jak w przypadku żebra) to techniczne wszystko z nią w porządku - jest dość cienka, krucha, dzięki czemu wygodnie się konsumuje. Z wierzchu sowicie posypana przyprawami. Jest jednak słodka, w mojej opinii za bardzo jak na pieczywo do mięsa (przynajmniej nie do każdego rodzaju mięsa). To jednak pogląd indywidualny, bo wiem, że fanów słodszego pieczywa nie brakuje.
Kanapki chociaż na oko wydają się wcale nie duże, są maksymalnie napakowane mięsem i pozostałymi składnikami. Nie ma się co obawiać - największy łasuch poje sobie jedną. Podają je na sporych, papierowych tackach w ładnym, firmowym papierze. Je się całkiem wygodnie, udało mi się nie zrobić ze swojego ubrania mięsnej instalacji artystycznej.

Z obsługą mam tu problem. My zawsze staramy się być dla wszystkich bardzo mili. Szkoda, że czasem nie otrzymujemy w zamian chociaż namiastki tego samego. Serio, wystarczyłby kontakt wzrokowy i krótki, przelotny uśmiech. Ba, wystarczyłoby nawet, gdyby ktokolwiek odpowiedział na nasze 'dzień dobry' i 'do widzenia' i już wrażenie by było o niebo lepsze. Ja rozumiem, że są nowi w mieście i trochę pogrążeni w chaosie przy zamówieniach, ale nie przesadzajmy. Nam się rozchodzi o absolutne podstawy. Na plus, że przy sporym obłożeniu na nasze kanapki nie czekaliśmy dłużej niż 15 minut.
Poruszę jeszcze jedną kwestię, która trochę kłuje w oczy, chociaż do ekoterrorystki mi daleko. Pogromcy sprzedają napoje tylko w szklanych, bezzwrotnych butelkach. Te lądują później w zwykłym koszu, wraz z papierowymi i innymi odpadkami. Ludzi mnóstwo, więc i butelek pewnie setki dziennie. To lokal modny, nowoczesny, więc może i w tej kwestii warto pójść z duchem czasu i zadbać troszkę o środowisko... Tak się tylko zastanawiam.

Do Pogromców Meatów warto wpaść przede wszystkim ze względu na jakość jaką prezentują. Wszystkie próbowane przez nas składniki to rzeczy z najwyższej półki. Chociaż minusów trochę się nazbierało, to wciąż bardzo wysoki poziom karmienia ludzi. To cieszy, że krakowski street food tak pięknie się rozwija. Polecamy!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 3/10
CENY: 7,5/10
WYSTRÓJ: 4/10

Ocena ogólna: 6/10








xoxo
Magda

poniedziałek, 2 lipca 2018

Taj

ADRES: Miodowa 19, Kraków
KUCHNIA: tajska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 22-39PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Tajskie knajpki z prawdziwego zdarzenia można w Krakowie policzyć na palcach jednej ręki. Bardzo nad tym ubolewamy, bo według nas to najlepsza na świecie kuchnia. Czym prędzej pobiegliśmy więc do nowo otwartej restauracji na Miodowej, gdzie rządzi aż siedmiu tajskich kucharzy, a i pierwsze zasłyszane opinie gości brzmiały obiecująco.

Zaskoczyło nas przede wszystkim wnętrze, bo często właściciele azjatyckich przybytków karmią oczy odwiedzających pstrokatością, kiczem i swoistym miszmaszem bibelotów związanych z kontynentem. Tu jest wręcz przeciwnie - nowoczesny, przemyślany design z wysmakowanymi akcentami w postaci tajskich obrazków na ścianach. I to w zupełności wystarczy, aby wiedzieć, gdzie i po co się jest. Super! W tak urządzonych wnętrzach czujemy się najlepiej. Przestrzeń jest ogromna i jedyne zastrzeżenie - w niektórych miejscach słabo doświetlona. Na szczególną uwagę zasługuje przepiękna, solidna, kolorowa zastawa.

Karta jest bardzo zgrabna. Wyselekcjonowano tajskie hity, które każdy miłośnik tej kuchni dobrze kojarzy. Nie przesadzono z ilością dań, by zachować oczekiwaną jakość produktów. I to nam się bardzo podoba! Zjemy między innymi sajgonki, zupę tom kha, sałatkę z mango z krewetkami i dressingiem chilli, owoce morza z woka, curry (żółte na bazie kurkumy, czerwone na bazie chilli - pasty robione własnoręcznie). Nie mogło zabraknąć pad thai, fajnie brzmi też pierś z kaczki w czerwonym curry z liczi, pomidorkami i ananasem. Na deser pudding z mango lub kokosa. Duży wybór napojów, w tym tajskie drinki virgin lub klasyczne, lemoniady, mrożone kawy.

Na początek dostajemy chrupiące, duże azjatyckie chipsy z prawdziwym, mocnym sosem rybnym. Mimo, że smażone w głębokim oleju są porządnie odsączone i lekkie. Fajne na start.
Koniecznie trzeba było spróbować naszej ukochanej zupy tom yum kung (17PLN). Oj, tak - to właśnie ten smak, który pozwala wrócić na nocne markety w Bangkoku. Kwaśny dzięki limonce, słodki przez optymalną proporcję mleczka kokosowego, z wyczuwalnym aromatem sosu rybnego, trawy cytrynowej i kolendry. Czuć, że  to danie wyszło spod wprawnej tajskiej ręki :) W zupie pływało 5 idealnych, jędrnych krewetek (zgodnie przyznaliśmy, że dawno nie natrafiliśmy w krakowskich restauracjach na ten owoc morza tak dobrej jakości), pomidorki koktajlowe i pieczarki, do których to akurat się przyczepię. W tej zupie o wiele lepiej prezentowałyby się straw mushrooms - jak najbardziej dostępne w PL bez większych problemów, a do tom yum im o wiele bliżej niż pieczarkom.
Dalej satay chicken (15PLN) - klasyk tajskiej kuchni ulicznej. Mięciutki, perfekcyjnie wygrillowany kurczak na patyczkach z zachwycającym sosem orzechowym. Ten sos to sztos - naturalny, głęboki w smaku, doprawiony jak trzeba. Wow! Do tej przystawki podawana jest jeszcze rześka sałatka z kilku warzyw.
Skusiliśmy się też na wołowinę w sosie z czarnego pieprzu (32PLN) podawaną z kolorową papryką i cebulką. Do tego porcja smażonego makaronu ryżowego z jajem (7PLN). Świetne mięso - takie w punkt, z charakterem. Miękkie i pełne aromatu. Warzywa też dobre; al dente, ale nie surowe. Gwiazdą talerza bezsprzecznie był wyrazisty, słono-ostry sos z pieprzu. To bardzo mocna pozycja w karcie, danie poprawne i pyszne, o którym potem się długo pamięta.
Jak nas znacie to wiecie, że nasze topowe tajskie danie to zielone curry i jak tylko jest gdzieś w karcie, to wiadomo, że bierzemy. Poprosiliśmy o wersję z kurczakiem (27PLN), domówiliśmy porcję ryżu jaśminowego (5PLN), który jak wiadomo do curry świetnie pasuje. Tajska, zielona pasta curry oryginalnie jest jedną z najostrzejszych na świecie. W tej restauracji jednak interpretacja tego dania jest dość luźna, ponieważ główną bazą są zioła - nie jest więc to danie pikantne prawie wcale. Ale za to jest bardzo słodkie. Dobre, inne, zaskakujące. Mimo wszystko wolę moje domowe, tutaj trochę zastrzeliła mnie ta słodkość (prawdopodobnie za sprawą cukru palmowego) i zabrakło oczekiwanej pikanterii. W misce soczysty kurczak - duże kawałki, więc danie jest syte. Trochę bakłażana i bambusa (z tym drugim też spotykam się w green curry pierwszy raz). Ciekawe doświadczenie.
Chociaż rzadko wspominam o napojach tutaj muszę, bo tajska lemoniada (10PLN) z limonką, chyba całym krzakiem mięty i sporą ilością chilli to petarda. Nie dość, że orzeźwia do granic możliwości to jeszcze podkręca jedzone potrawy. Opcją słodszą, ale równie przyjemną jest granita liczi-ananas (14PLN). Nie ma nic lepszego na ulgę w upalne lato.
Deser zabraliśmy na wynos, bo przecież nie mogliśmy wyjść bez klejącego ryżu z mango (15PLN), a zjeść na miejscu nie byliśmy już w stanie (wszystkie serwowane tu dania są potężne). Tak jak green curry na obiad, taki sticky rice na deser to nasze absolutne must have. Tutaj ten słodycz niestety nie przypadł nam do gustu. Wizualnie prezentował się pięknie (ale zdjęcia nie będzie, bo z ekscytacji zapomnieliśmy zrobić przed spróbowaniem:)) - karmelizowane wisienki, zgrabnie pokrojone, dojrzałe mango, kuleczki z mleka kokosowego. Ale sam ryż był kluchowaty, zbyt sklejony i zwarty. Niestety, to nie to. Chociaż do Taja pewnie zawitamy jeszcze nie raz, ulubionego deseru więcej nie zamówimy.

Obsługa bardzo dobra. Wiem, że piszę to rzadko, bo zazwyczaj jest albo przeciętnie, albo źle, ale tym razem z pełną świadomością - jest dobrze. Na początek miła pani oprowadziła nas po lokalu dając możliwość wyboru dogodnego miejsce. Potem nienachalnie pochwaliła się dokładną znajomością karty i tajskich smaków. Żadnych problemów technicznych podczas całego serwisu, a każdy kontakt z uśmiechem i naturalną uprzejmością. Świetnie, miło, oby tak dalej.

Chociaż są jeszcze nowi, Taj to mocny zawodnik na naszej gastro-mapie. Wszystko jest przemyślane; karta, wnętrze. Dania o bezdyskusyjnej jakości składników, szczere, tajskie tak po prostu - bez europeizowania. Z przyjemnością wpisujemy to miejsce na listę naszych ulubionych, gdzie będziemy wracać, by leczyć się z chandry. Bo takie jedzenie (i to w miłej atmosferze) zawsze wyzwala endorfiny :)

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 9/10
WYSTRÓJ: 9/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 9/10











xoxo
Magda

poniedziałek, 21 maja 2018

Meat&Roll

ADRES: Starowiślna 68, Kraków
KUCHNIA: polska, europejska, street food
ZAKRES CEN: 17,50-24,90PLN, Kraków
W INTERNECIE: facebook










Od początku kwietnia na Starowiślnej działa nowe miejsce z kanapkami. Super, bo znów pojawiła się alternatywa dla wszechobecnych burgerów, kebabów i innych tego typu rzeczy, gdzie nie zawsze można się spotkać z  oczekiwaną jakością produktów.

Lokal jest niewielki, ale urządzony bardzo przejrzyście i estetycznie w jasnym drewnie i szarościach. Właściwie serwują street food,  więc zapewne większość klientów zabiera kanapki na wynos, ale w razie czego stworzono możliwości, by na spokojnie zjeść na miejscu - przy ladach po boku są wygodne hokery. 

Oprócz jednego wyjątku wegetariańskiego (panierowany grzybek portobello, świeży szpinak, jajko sadzone, pomidor, sos czosnkowy) wszystkie serwowane kanapki mają mięcho. Na szczególną uwagę zasługuje ta z chorizo, bo ekipa Meat&Roll tworzy tę kiełbaskę samodzielnie. Dobrze brzmi też opcja z golenią wołową, grillowaną cebulką i sosem musztardowo-chrzanowym. To takie kanapki po polsku, z porządnym mięsem, które większość rodaków lubi i szanuje. Jest i kurczak z dodatkami w dwóch wersjach. W planach są jeszcze kanapki sezonowe, w których znajdą się aktualnie dostępne dary natury.

Jako, że buły są słusznych rozmiarów podczas jednej wizyty byliśmy w stanie przetestować dwie. Porcja jest więc zacna - jak najbardziej zaspokoi na kilka godzin nawet najpojemniejsze brzuszki.
Duszone żeberka (21,90PLN) rządzą! Mięso pieczołowicie przygotowane rozpływa się w ustach, jest ultramiękkie i aromatyczne. Idealnie pasował tu słodkawy, śliwkowy sos BBQ i czerwona kapusta. Nie gorzej było z sezonowanym antrykotem (24,90PLN). Soczysty kawał mięsiwa z stopniu wysmażenia medium też sprawił nam dużo radości. Nie raz w regularnych restauracjach podawano nam antrykoty za cenę X razy większą, które w smaku i formie przypominały raczej podeszwę od gumiaka niż wołowinę. Ten stek gryzł się łatwo i przyjemnie, więc i jakość mięsa i wykonanie na duży plus. Do tego świeże warzywa (wreszcie pyszny pomidor, który nie smakuje jak woda), chrupiąca rukola, czerwona cebula, ogórek konserwowy, sos BBQ i tapenada z oliwek. Porządny i pożywny zestaw.
Bułka to taka nasza polska piekarniana klasyka - wielka, biała i pszenna. Zrobiona na maksymalnie chrupko jak najbardziej pasuje do całości, w szczególności do mięs.

Obsługa w Meat&Roll chętnie doradzi w wyborze, jest miła i zaangażowana. Widać też duże doświadczenie w gastronomii, dobrą energię i chęć do karmienia ludzi dobrymi rzeczami.

Bardzo spodobał nam się ten bar kanapkowy, bo jest ujmujący w swej prostocie, nieskomplikowany i niehipsterski. To szczere, uczciwe jedzenie bez półśrodków. Tu dba się o jakość produktów, co właściwie definiuje dobry, porządny street food. Meat&Roll wróżymy świetlaną przyszłość i życzymy wszystkiego pysznego!

JEDZENIE: 9,5/10
OBSŁUGA: 9/10
CENY: 8,5/10
WYSTRÓJ: 9/10

Ocena ogólna: 9/10





Meat&Roll dziękujemy za zaproszenie na kanapki.
xoxo
Magda





poniedziałek, 7 maja 2018

Karibe (zakmnięte)

ADRES: Dajwór 21, Kraków
KUCHNIA: wenezuelska
ZAKRES CEN: 15PLN
W INTERNECIE: facebook











Z sezonu na sezon pojawiają się u nas coraz to ciekawsze opcje z kategorii street food. Tym razem to wóz Karibe zaparkował w food truck'owym zakątku na Dajworze, no i mamy pierwszą w mieście kuchnię wenezuelską.

Lubimy Dajwór, bo jest schowany przed tłumną ulicą i zazwyczaj jest tam gdzie usiąść. Przyczepa Karibe ulokowała się nieco w rogu i po wejściu słabo rzuca się w oczy - trzeba się za nią dobrze rozejrzeć. Brak jaskrawych kolorów i wielkich banerów jak u wielu innych tam obecnych nie pomaga, ale też nie szkodzi. Osobiście wolę taki minimalizm od pstrokatości, od której czasem aż bolą oczy.

Dostępne są tylko (i aż) trzy wenezuelskie przysmaki. Oczywiście spróbowaliśmy wszystkich. Na pierwszy ogień poszły tequenos (15PLN), czyli paluszki serowe. Fajne, lekkie ciasto, a w środku idealnie ciągnący się i delikatny w smaku ser. Wow - takie proste, a takie dobre. Wygodnie się je jadło, a porcja jest całkiem sycąca. W sam raz na lekki, letni lunch.
Chyba większość krajów na świecie ma swoje narodowe pierogi. Jak się okazało w Wenezueli są to pastelitos (15PLN) - dość duże pierogi wypiekane. W tej przyczepie spróbujemy ich z dwoma nadzieniami. Absolutnie genialne są te z mielonym mięsem wieprzowo-wołowym. Pełny mięsnego smaku, soczysty farsz podkręcony chilli i całą gamą przypraw. Super! Te z kurą też dobre - zamiast suchej piersi mają w sobie soczysty, szarpany drób. Przyprawione są delikatniej niż te z mielonym, ale też odpowiednio. Wszystko elegancko świeże, nie z mrożonki, wyrób własny bez półproduktów.
Spodobało nam się bardzo ciasto, które nie jest ani trochę ciężkie, ale równocześnie jest mocno zwarte i lekko chrupiące, nie za grube. Trochę słodkie, trochę słone - nie próbowaliśmy wcześniej pierogów w takiej wersji.
Do każdej porcji przysługuje nam sos. Najlepszy według nas jest ten rodowity, wenezuelski guasacaca. W mojej opinii nawet lepszy od znanego na cały świat guacamole. Lepszy, bo bardziej wyrazisty. Wyciągnięto tu z awokado pełnię smaku dzięki dodaniu octu i chilli. Oprócz tego mamy konkretny sos ostry i łagodny dip czosnkowy. Wszystko pięknie, ale... mało! Dodawany sos starcza przy oszczędnym użytkowaniu na maksymalnie dwa pierożki. A ja jestem z tych konsumentów, którzy do przekąsek muszą mieć sos i koniec :)
Oprócz zdecydowanie za małej przegródki na sos opakowania są wygodne. Typowo street-food'owe, papierowe rożki, które dobrze trzyma się w dłoni i można szamać w biegu.

Obsługa bardzo uśmiechnięta i świeża w branży tak jak wenezuelska kuchnia w Krakowie. Na przekąski czekaliśmy niedługo (ale i ruch był wówczas mały, więc nie wiemy jak jest w przypadku kolejki). Starają się, mają dobrą energię, więc jest dobrze.

Miłe zaskoczenie. Pierożki tak proste i dobre, że chętnie serwowałabym je u siebie jako imprezową przekąskę. Niczego nie brakuje i paluchom serowym. Karibe dopisujemy wysoko, wysoko na listę naszych ulubionych kuchni na kółkach i coś czuję, że to będzie hit nie tylko w naszym rankingu.

JEDZENIE: 9,5/10
OBSŁUGA: 8/10
CENY: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10

Ocena ogólna: 9/10








xoxo
Magda

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Akita Ramen

ADRES: Węgłowa 4, Kraków
KUCHNIA: japońska, ramen
ZAKRES CEN: 29-33PLN
W INTERNECIE: facebook









To, że Akita Ramen zadomowi się w Krakowie na stałe jeszcze do niedawna było tylko nieśmiałym marzeniem. Szturmem zdobywali każdy foodtruckowy zlot, na którym się pojawiali i chyba im się to spodobało nie mniej niż krakowskim foodies, bo postanowili zapuścić korzenie na Kazimierzu. I tak od kilku tygodni działa lokal stacjonarny, który od pierwszego dnia przyciąga spragnione ramenu tłumy (w tym oczywiście nas).

Ramen to taki japoński fast food, więc lokal urządzono właśnie w takiej konwencji. Zamiast tradycyjnych stolików wysokie lady z hokerami. Jest ciasno, głośno, ale mimo wszystko wygodnie i ma to swój klimat. My usiedliśmy przy długim barze i jak najbardziej polecamy takie rozwiązanie - można śmiało podglądać proces tworzenia tych wspaniałości.

Na początek warto rzucić okiem na startery. Słodziutki boczek pieczony w sosie hoisin, czy prażynki z wieprzowej skóry - ciekawe rzeczy, nowe w mieście. Rameny są cztery, wszystkie mięsne i zapewne będą ewoluować z czasem prezentując nowe składniki, nowe odsłony. Teraz można zjeść na przykład Tonkotsu na gęstym i kolagenowym bulionie z kremowym boczkiem, imbirem, grzybami, nori i jajkiem, jednak ilość tego cuda jest ograniczona przez wzgląd na długi proces tworzenia. Bez problemu można domówić dodatkowe jajo, makaron lub mięso. W karcie znalazło się też miejsce dla japońskiego schabowego. Na deser matcha creme brulee lub brownie z lodami.

Na azjatyckie przekąski nie trzeba nas długo namawiać, więc wkrótce na stole pojawiły się: dość grubo krojone i w sam raz pikantne kimchi (12PLN), delikatny, drobniutki tatar z serc podkręcony przyjemnie kolendrą i chilli (18PLN) oraz ciastko z warzyw w lekkiej tempurze (18PLN). Wszystkie trzy dania bezbłędne, z towarów pierwszego sortu, więc już na starcie poczuliśmy przyjemne ciepełko na serduszkach - tu idzie się w jakość, to uwielbiamy.
No i rameny - wielkie michy dobroci, piękne. Można przepaść od samego patrzenia. Produkt flagowy lokalu - Akita (29PLN) rzeczywiście porywa. Wkładką mięsną jest tu szarpana wieprzowina, odpowiednio miękka i aromatyczna, ale prawdziwe okrzyki zachwytu wzbudziła słodziutka, marynowana tykwa o strukturze o wiele przyjemniejszej niż ta, którą znamy z sushi. Do tego glony wakame, no i mamy hit.
Chaschu (29PLN) to tłuściutki grzeszek kulinarny z tak genialnym opalanym boczkiem, że zgrzeszyć warto. Aby nie było za ciężko w tej misce znajdziemy chrupkie kiełki mung, rześkiego bambusa i czerwoną cebulkę.
Tricity (29PLN) dla odmiany ma kurzą nóżkę w sosie teriyaki. Mięso gładko odchodzi od kości, jest maksymalnie delikatne, z nutą słodyczy dzięki marynacie. Tutaj dodatkowo pływa pak choy, imbir i marchewka.
Który najlepszy? Obiektywnie ciężko się zdecydować, bo cała trójca to poziom zabójczo wysoki. Ja jednak jako fanka boczku oddaję zwycięstwo Chaschu.
Bazą wszystkich trzech ramenów jest wieprzowo-drobiowy bulion shayu, dość słony i głęboki. We wszystkich miskach znalazły się również podstawowe dodatki: nori, dymka, sezam lub olej sezamowy, idealnie zamarynowane jajo z półpłynnym żółtkiem i oczywiście makaron, który moim zdaniem jest bezkonkurencyjny. Pełny, ciężki, kumuluje smak bulionu i w sumie to mogłabym go jeść solo, pełnymi michami. Do tej pory nie znalazłam w ramenie lepszego makaronu (czy to w Polsce, czy w Azji) i pewnie jeszcze długo nie znajdę.

Obsługa dwoi się i troi, by ogarnąć permanentny ruch. My akurat trafiliśmy na lukę w przybywających i udało nam się usiąść od razu, ale już kilka minut później stworzyła się niemała kolejka. I z tym trzeba się liczyć wybierając się do Akita jeszcze przynajmniej przez najbliższe tygodnie. Dość długi jest też czas oczekiwania na dania, ale i to pewnie się zmieni, gdy emocje po otwarciu opadną i jedzących będzie mniej. Załoga się jeszcze dociera, ale dokładają wszelkich starań, by było dobrze. Dopytują o ewentualne zastrzeżenia, są uprzejmi, epatują pozytywną energią.

No cóż, jesteśmy zachwyceni i to jak mało kiedy. Ten ramen jest po prostu cudowny, warto się naczekać, trzeba tam chodzić regularnie zwłaszcza jeśli tak jak my kochacie kuchnię azjatycką. Bardzo, ale to bardzo polecamy! I jesteśmy szczęśliwi, że mamy w mieście kolejną kulinarną perłę.

JEDZENIE: 10/10
OBSŁUGA: 9/10
CENY: 8,5/10
WYSTRÓJ: 8/10

Ocena ogólna: 9/10









xoxo
Magda





poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Miodowy Piecyk

ADRES: Miodowa 51, Kraków
KUCHNIA: włoska, pizza
ZAKRES CEN PIZZY: 17-35PLN
W INTERNECIE: facebook | www




Miodowy Piecyk niedawno świętował swoje pierwsze urodziny. Nie wiem jakim cudem dopiero teraz tam trafiliśmy i przeżyliśmy cały rok bez wspaniałości, które serwują. Proszę Państwa, to najlepsza pizza neapolitańska w mieście (według naszego prywatnego rankingu ex aequo z Nolio i Vincenzo).

Miodowy piecyk trochę ukrywa się przed światem na szarym końcu tytułowej ulicy. Ale w środku jest przyjemnie. Piec z żywym ogniem w otwartej kuchni przyciąga uwagę i oczywiście ociepla wnętrze. Nieprzekombinowany wystrój z rodzaju tych minimalistycznych, nowoczesnych. Fajne są krzesła-huśtawki zamiast klasycznych hokerów. Dobrze się tam siedzi, dobrze się tam je.

W karcie jest trochę włoskich przystawek (arancini, bruschetta, deska wędlin), zupa pomidorowa, kilka makaronów, sałat, gnochhi i risotto. Wszystkiego po trochu, pojedyncze dania, ponieważ w tym miejscu ma rządzić pizza i to jej poświęcono w menu najwięcej miejsca. I już na etapie zapoznawania się z ofertą cieszy fakt, że idzie się tu w jakość i unika podróbek. Zadbano o prawdziwe, włoskie składniki - certyfikowane sery, wędliny, a poszczególne pizze skomponowano bez niepotrzebnych eksperymentów. Na deser zjemy gruszkę w winie lub niezastąpiona panna cottę.
Do wypicia sporo niekonwencjonalnych piw i 10 przystępnych win. My spróbowaliśmy domowego, rześkiego cuvee (25PLN; 0,5l / 40PLN; 1l), które jak najbardziej możemy polecić.

Nie samą pizzą człowiek żyje, więc najpierw spróbowaliśmy dwóch antipasti. Tatar z wędzonego łososia (18PLN) był smaczny, podany w odpowiedniej temperaturze, z przepiórczym żółtkiem. Łososia nie do końca poprawnie oczyszczono, ale te niewielkie niedopatrzenia wędzonej rybie akurat nie szkodzą. Do tatara dopasowano salsę z marynowanego buraka, awokado i prażonych pestek słonecznika. Były jeszcze jabłuszka kaparowe, ale moim zdaniem niepotrzebnie, bo gryzły się trochę z i tak intensywnym smakiem wędzonego łososia.
Carpaccio (13PLN) z surowej szynki dojrzewającej fiocco z dodatkiem tartego sera pecorino toscano DOP, no i z tu akurat potrzebnymi dla kontrastu kaparami. Spora porcja pysznej szynki świetnej jakości zawsze odpowiednio pobudzi kubki smakowe.
Do obu przystawek zdecydowanie brakowało pieczywa, z którego przecież Włosi słyną i które zazwyczaj towarzyszy każdym antipasti (chociażby zwykłe grissini byłyby tu na miejscu).
No i pizza, nad którą to zachwytom nie było końca do ostatniego kęsa. Perfekcyjna napoletana z suchymi, pełnymi brzegami i mokrym, ''pływającym'' środkiem pełnym wspomnianych wcześniej składników prosto z Włoch. Obowiązkowo musiałam tu zjeść Margheritę DOP (24PLN) z moimi ukochanymi pomidorami San Marzano i niezastąpioną mozzarella di bufala. Miał być też parmezan, ale jeśli był to w śladowych ilościach, bo go nie zlokalizowałam. To nic, bo do szczęścia jak najbardziej wystarczyła tu aksamitna mozzarella.
Na Calabrese (29PLN) znalazło się już więcej składników i trzeba przyznać, że to bardzo mocna smakowo propozycja, a to za sprawą certyfikowanej gorgonzoli, której tu nie szczędzono. Oprócz tego mozzarella fior di latte, ostra kiełbasa 'nduja calabrese, kapary, świeże pomidorki koktajlowe i bazylia. Całość zdominował wspomniany wcześniej ser pleśniowy, ale reszta wspaniałych składników nie utopiła się w nim - była miłym równoważnikiem intensywności.
Chociaż ja na deser zamówiłabym najchętniej po prostu kolejną pizzę, zostaliśmy namówieni na brownie z lodami wiśniowymi (16PLN). I to dobrze, że go spróbowaliśmy - bardzo, ale to bardzo dobre ciastko na ciepło z kwaśnym sorbetem wiśniowym to jeden z fajniejszych deserów próbowanych w tym roku. Za gorzką czekoladą generalnie nie przepadam, a to brownie uwielbiam. Musi więc być niesamowite. Szkoda, że nie ma go w karcie na co dzień.

Bardzo miła, uśmiechnięta obsługa. Świetny kontakt z ludźmi, pozytywna energia, dobra spostrzegawczość i serwis bez zarzutu. Niemiła niespodzianka spotkała nas jednak na rachunku (niestety zauważona już w domu). Widząc nasze niezdecydowanie co do pojemności karafki wina, pani zaproponowała nam zamówienie mniejszej (25PLN), by potem ewentualnie ją powiększyć do litrowej (40PLN). Ostatecznie poprosiliśmy o taką dolewkę. Na rachunku jednak zobaczyliśmy dwie półlitrowe karafki (2x25PLN), a przecież nie tak się z panią umawialiśmy... Chcę wierzyć, że nie było to działanie intencjonalne. Nic mnie tak nie wkurza jak celowe kombinacje na niekorzyść płacącego, nieistotne na jaką kwotę. Bo to się nazywa oszustwo.

Jak Kraków długi i szeroki o dobrą napoletanę ciężko, więc to jest taka włoska perełka, którą trzeba znać i trzeba odwiedzać regularnie. Każdy fan prawdziwej pizzy, który w Miodowym Piecyku jeszcze nie gościł niech nie popełnia naszego błędu i nie zwleka z wizytą w tym miejscu.

JEDZENIE: 9,5/10
OBSŁUGA: 4/10
WYSTRÓJ: 8/10
CENY: 8,5/10

OCENA OGÓLNA: 8,5/10








xoxo
Magda

niedziela, 4 marca 2018

Baozi House

ADRES: Dajwór 23/21
KUCHNIA: chińska, azjatycka
ZAKRES CEN PIEROŻKÓW: 13-22PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Pierożki zna się i kocha się chyba w każdym zakątku świata. My je również uwielbiamy. Dla odmiany od babcinych ruskich sięgamy często i po te azjatyckie gotowane na parze w bambusowych koszyczkach. Zwłaszcza, że kilka fajnych miejsc w Krakowie nam to umożliwia. Na przykład Baozi House na Kazimierzu, który z powodzeniem karmi ludzi już parę ładnych lat.

Nie jest to lokal z rodzaju tych mikroskopijnych, street food'owych klitek. Miejsca całkiem dużo, mają nawet kilkuosobową lożę z kanapą. Ogólny wystrój jakoś do nas nie trafił, chociaż na ogół lubimy minimalizm. W Baozi jest jakoś tak pusto i surowo. A szkoda, bo warunki lokalowe są i można by było wykombinować tu coś bardzo miłego. Trochę przeszkadzał nam też dziwny, chemiczny zapaszek i wyjątkowo melancholijna azjatycka muzyka.

W menu jak sama nazwa wskazuje znajdziemy chińskie baozi - właściwie nie są to pierogi, ale puszyste bułeczki gotowane na parze z różnymi nadzieniami (na przykład kurczak teryaki). Jest też całkiem sporo shaomai - to już typowe azjatyckie pierogi, maleńkie, charakterystycznie lekko otwarte od góry. Dostępne są z wołowiną, wieprzowiną, pastą z fasoli i w kilku innych wariantach, więc na wybór nie ma co narzekać.
Baozi House specjalizuje się w dowozach. Dania możemy zamówić online przez przejrzystą stronę internetową, telefonicznie lub za pośrednictwem wielu portali grupujących jedzenie na wynos. My przyszliśmy zjeść na miejscu i tak polecamy zrobić zainteresowanym, ponieważ tego typu potrawy najlepsze będą do kilku minut po zdjęciu z pary. Potem wiele tracą.

Zamówiliśmy cztery koszyczki. Mi najbardziej przypadły do gustu księżycowe shaomai (13PLN) z azjatyckimi grzybami w czarnym cieście barwionym sepią. Chociaż więcej tam było mun'ów niż shiitake były fajne, właściwości smakowe grzybków zachowano i nie zmącono żadnymi mocnymi przyprawami. Takie naturalne. Spróbowaliśmy jeszcze wodnych (22PLN) z krewetkami, bambusem i winem ryżowym oraz smoczych (16PLN) z wieprzowiną, chilli i sosem sriacha. Brzmi to fajnie, ale smak się gdzieś zagubił, bo chociaż oba farsze zupełnie różne - smakowały podobnie. Generalnie wcześniejsze mrożenie nie szkodzi tego typu potrawom, ale tutaj chyba jednak dało się we znaki. Niby wszystko w porządku, gdzieś tam przebijała się krewetka koktajlowa i mielona wieprzowina, ale nie było to dostatecznie wyraźne, by się zachwycać. Podobnie rzecz ma się z ciastem. Zakalcem go nazwać nie można, ale i do aksamitu wiele zabrakło. Reasumując shaomai nas nie zachwyciły, ale koniec końców zjedliśmy wszystkie bez większego marudzenia. 
Na koniec zostawiliśmy sobie złote baozi (16PLN) z kurczakiem, miodem i sosem hoisin. Te stały się ulubionym daniem wieczoru drugiego testera głównie za sprawą tym razem wspaniałego ciasta. Puszyste, mięciutkie i lekko mokre w środku baozi (po naszemu pampuchy) rzeczywiście wcinało się z przyjemnością, chociaż i tu farsz nie był porywający - mało przypraw, mało kurczaka w kurczaku. Ale czasem tak jest, że ciastem wygrywa się wszystko :)
Obowiązkowo do takich dań muszą być sosy. W Baozi z tym jednak trochę marnie. Mamy tylko zwykły sojowy, pastę chilli oraz klasyczny słodko-kwaśny. Dla mnie mocne, orientalne, kreatywne sosy do wszelkiego rodzaju azjatyckich pierogów to must have - to one często podnoszą poziom dania, dopełniają całość, więc tu będę narzekać na ich brak. 
Na duży głód polecamy brać od razu dwie porcje na łebka. Jedna to lekki lunch.

Trochę ciężko się zorientować jak tutaj wygląda kwestia obsługi. Pan podał nam karto-ulotki, ale zamówienie złożyliśmy już sami przy barze. Jest to więc bardziej profil barowy niż restauracyjny, tak nam się przynajmniej wydaje. Nie spodobało nam się w sumie tylko jedno - na podanie herbaty przyszło nam czekać ponad 15 minut (kwestia słabego ogrzewania w lokalu dodatkowo więc irytowała w ten mroźny dzień) chociaż byliśmy jedynymi gośćmi.

Baozi House to takie luźne, niezobowiązujące miejsce, gdzie można zjeść bardzo dobre bułeczki i przeciętne shaomai. Chociaż na paruchy mamy w mieście parę innych smacznych miejscówek to i tutaj będziemy od czasu do czasu zaglądać, bo może coś ewoluuję i zrobi się hit. Chyba możemy polecić :)

JEDZENIE: 6,5/10
OBSŁUGA: 6/10
WYSTRÓJ: 4/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 6/10





xoxo
Magda