Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia europejska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 października 2018

Shrimp House

ADRES: Starowiślna 36, Kraków
KUCHNIA: europejska, azjatycka
ZAKRES CEN: 19-36PLN
W INTERNECIE: www | facebook










Shrimp House kazał krakowianom długo na siebie czekać szumnie zapowiadając odwlekające się otwarcie przez wiele miesięcy. Ale w końcu są! Przyznam, że i my - psychofani tego owocu morza - byliśmy mocno zniecierpliwieni, bo jak wiadomo z dobrymi krewetkami dotychczas w Krakowie było ciężko, a lokal ukierunkowany tylko na nie to jest spełnienie naszego kulinarnego marzenia.

Miejsce urządzono w nowoczesnym stylu. Obowiązuje samoobsługa. Dania zamawia się i odbiera przy barze. Wielka, świecąca kreweta na ścianie, pomarańczowe ściany - nie ma wątpliwości co się tu je. Wystrój trafiony, bo luźny i dostosowany do barowych realiów. Lokal pomieści całkiem sporo krewetkożerców, więc raczej nie trzeba się martwić o wolny stolik.

W menu się dzieje bardzo dobrze. W każdym daniu oczywiście rządzą pomarańczowe skorupiaki w ilości osiem sztuk, ale nie jest to karta 'na jedno kopyto',  właściwie znajdują się tu dania z wielu zakątków świata. Jest kreatywnie, ciekawie, ale i klasycznie, bo zjemy na przykład krewetki na białym winie i maśle z czosnkiem, pietruszką i bagietką. Jest zupa pho, tempura, szaszłyk z krewetek, a nawet włoska pasta. Bardzo podoba nam się tak szerokie podejście do tematu! Z drugiej strony ilość dań nie jest przytłaczająca, wszystkie kompozycje są przemyślane, więc zdecydowanie idzie się tu w jakość.

Na pierwszy ogień poszło buffalo shrimp (30PLN). Czyli krewety w grubym, ciężkim cieście smażone w głębokim tłuszczu. Owszem, nie jest to może najmniej kaloryczna propozycja, ale warto czasem zrobić sobie tą grzeszną przyjemność. Ciasto wspaniałe, chrupiące z zewnątrz świetnie gra z jędrną krewetką w środku. Do tego mnóstwo dodatków, chociaż tutaj mamy małe wątpliwości... Jest sos z sera pleśniowego - bardzo, bardzo intensywny, gruba pajda pieczywa, trochę mdła surówka z czerwonej kapusty i surowy seler z marchewką do schrupania. Wszystko to (a zwłaszcza dip serowy) to dość ciężki kaliber zwłaszcza, że same krewetki w cieście są wystarczająco solidne. Milej widziany byłby tu jakiś lekki sosik i więcej chrupiących warzyw.
Jak mnie czytacie to wiecie jak uwielbiam kuchnię tajską, więc jak widzę w menu tajskie curry (30PLN) i to w dodatku z krewetkami to nie ma szans, by się powstrzymać. To curry chociaż jest obiektywnie smacznym daniem nie do końca skradło moje serce. Zazwyczaj nie narzekam na sól, bo nie jestem jej wrogiem, ale tutaj moje kubki smakowe trochę się zbuntowało. Soli było za dużo i trochę przyćmiła ona smak czerwonej pasty curry i mleka kokosowego. Zbyt konkretnym kontrastem do słonego sosu był słodki, dojrzały ananas i też cukierkowy z natury batat. To mi nie zagrało, chociaż spodobał się anyż, który w curry spotyka się dość rzadko. Do tego dania podawana jest miseczka średniej jakości ryżu.
Spróbowaliśmy jeszcze coś po meksykańsku, czyli shrimp fajitas (30PLN) i to danie spodobało nam się najbardziej szczególnie za sprawą idealnie przyprawionych krewetek w aromatycznym, ale lekkim i przyjemnie pikantnym sosie. Do tego lekka salsa z pomidorów, jasny dip, placuszki fajitas i nachosy. Sztos!
W każdym z próbowanych dań krewetki były świetnej jakości, jędrne, pełne smaku i przygotowane jak należy, technicznie bezbłędnie. Przed wizytą mieliśmy małe obawy, czy ośmioma krewetkami można sobie pojeść, w końcu to jest lekkie mięsko i może nie być wystarczające w kontekście pełnowartościowego obiadu. Góra dodatków w każdym daniu sprawia jednak, że jest wręcz przeciwnie - co mniej pojemne żołądki miały nawet problem z dokończeniem dania, więc i ta kwestia została przemyślana przez twórców.

Obsługa jest typowo barowa, więc nie ma tu za bardzo o czym mówić. Nie czekaliśmy długo na nasze zamówienia mimo prawie pełnej sali.

Wreszcie jest w Krakowie przemyślane miejsce z jakościowymi krewetkami. Chętnie przetestujemy resztę menu i będziemy wpadać regularnie. Mimo, że to sieciówka, ekipa dba o wysoki poziom dań, nie zrobiła się z tego pusta, mdła masówka. Jest super!

JEDZENIE: 8/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 8/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 8/10






xoxo
Magda

niedziela, 8 lipca 2018

Bistro Praska

ADRES: Jana Pietrusińskiego 2, Kraków
KUCHNIA: europejska, polska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 16-43PLN
W INTERNECIE: facebook | www










W pełni sezonu turystycznego raczej unikamy głośnego, tłocznego centrum. Szukamy miejsc na krakowskich osiedlach, lecz wciąż za dużo ich tam nie ma. W tym wąskim gronie znajduje się przez większość chwalone Bistro Praska, schowane nieco na jednej z dębnickich ulic.

Sam lokal jest nieduży, urządzony skromnie, prosto, ale estetycznie i przytulnie. Doskonale wpisuje się w klimat osiedlowej restauracyjki - luźno, wygodnie, swojsko. Praska dysponuje dużym ogródkiem z przodu, jak i z tyłu posesji. Tył jest bardzo prorodzinny - wielka piaskownica, plac zabaw, hamaki, zakaz palenia (w ogrodzie też obowiązuje i osobiście jestem bardzo na tak). Jeśli nie przepadacie za maluchami biegającymi niczym małe samochodziki, które od czasu do czasu was szturchną, czy zaglądną w talerz to to miejsce nie jest dla was :) Dla zmotoryzowanych dostępny jest duży parking obok budynku lub stojak na rowery.

Menu nam się podoba, bo widać, że korzystają z sezonowych darów natury. Pojawiają się one w większości dań, a i same potrawy są dość ciekawie skomponowane. Kuchnia europejska, mocno oparta na tym co polskie i włoskie. Zjemy zupę rybną lub rosołek, sałatkę z wędzonym filetem gęsim. Na danie główne mogą być kopytka z boczkiem i bobem, ruskie pierogi lub domowy makaron pappardelle z polędwicą wołową. Dobrą obiadową opcją będzie makrela z pieczonymi warzywami, żebra BBQ lub wołowe poliki. Jest i pizza, oczywiście. Każdy lubi, więc jest. Na deser zjemy domowe ciasto (każdego dnia kilka do wyboru), lub mus z białej czekolady. Bistro Praska ma też króciutką, ale bardzo przystępną kartę win.

Botwinka królową wczesnego lata, trzeba więc było wziąć tę zupę (12PLN), bardzo w klimacie. Pyszna! Prosta polewka z mocnym, słodko-kwaśnym aromatem młodego buraka, którego tu nie pożałowano. Z kilkoma ziemniaczkami i śmietaną, to taki sentymentalny, domowy talerz. 
Spróbowaliśmy też tatara dymionego wiśnią (24PLN) i tu już pojawiły się schody. Mięso mielone, nie siekane, nieperfekcyjnie oczyszczone (ale bez dramatu), kolor blady, ale smak w porządku. To znaczy jakość samego mięsa dobra, bo dosmaczyć trzeba było sobie samemu solą i pieprzem. Pierwotnie niedoprawiony jest niczym. Na mięsie szprotka i żółtko od przepiórki, a obok tradycyjnie cebulka i  grzybki. Nie był to nasz najlepszy tatar, ale i nie najgorszy.
Jako, że trzeba ogarnąć formę przed wakacjami wyjątkowo postawiliśmy na sałatkę w roli głównego dania. I to był wybór dobry. Padło na tę z czarną soczewicą, serem feta, kaszą pęczak, młodym burakiem i nasionami z dyni i słonecznika (22PLN). Jak za taki pieniądz porcja ogromna, rzeczywiście na danie główne w sam raz. Fajnie skomponowana, żaden składnik nie dominował za bardzo, wszystko łączyło się w zdrową, lekką i dobrą całość. Tej smakowej sielance wtórował jeszcze rześki, cytrynowo-miodowy dressing.
Jako, że nie samą trawą człowiek żyje zjedliśmy też królika duszonego z kurkami, groszkiem cukrowym i marchwią (33PLN). Dobrze, że w tym daniu nie było jeszcze zapychacza w postaci ziemniaków, czy innych klusek, po porcja znów zacna i wystarczająca nawet dla mnie. Mięsko pyszne. Miękkie, aromatyczne, dobrze i długo duszone. Warzywa ugotowane w punkt. Ale kurki... biedne. Zmaltretowane zamrażarką, przez co były gorzkie, twarde i mocno zaszkodziły w odbiorze tego dobrze aspirującego dania. Może nie jest to pełnia sezonu na te grzybki, ale da się zdobyć je świeże, by unikać takich właśnie wpadek.
Jako, że cały obiad był w konwencji letniej skusiliśmy się jeszcze na tartę rabarbarową (9PLN), jedno z ciast dnia. Na kruchym spodzie i z kruszonką oblaną karmelem z wierzchu. Pośrodku kwaśny owoc i czego chcieć więcej... Pyszka!

Z podziwem patrzyliśmy na jedyną obsługującą tego dnia cały, pełny ogródek kelnerkę. W biegu zbierała talerze i panowała nad zamówieniami z wieloosobowych stolików. Wszystko szło sprawnie, szybko, wręcz mechanicznie (przy takim obłożeniu trudno się dziwić), ale bez pomyłek.

Bistro Praska ma w sobie to coś, co sprawia, że przyjemnie będzie tam od czasu do czasu wrócić. To miejsce spotkań dla rodzin, odskocznia od zgiełku miasta. Brak tu nowoczesnego nadęcia, geometrycznego do bólu designu i dań składanych pęsetą. Jedzenie może nie jest wybitne, ale (mimo niektórych wpadek) jest tak po prostu, zwyczajnie, konwencjonalnie dobre. Warto się wybrać, polecamy!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 7/10








xoxo
Magda

poniedziałek, 21 maja 2018

Meat&Roll

ADRES: Starowiślna 68, Kraków
KUCHNIA: polska, europejska, street food
ZAKRES CEN: 17,50-24,90PLN, Kraków
W INTERNECIE: facebook










Od początku kwietnia na Starowiślnej działa nowe miejsce z kanapkami. Super, bo znów pojawiła się alternatywa dla wszechobecnych burgerów, kebabów i innych tego typu rzeczy, gdzie nie zawsze można się spotkać z  oczekiwaną jakością produktów.

Lokal jest niewielki, ale urządzony bardzo przejrzyście i estetycznie w jasnym drewnie i szarościach. Właściwie serwują street food,  więc zapewne większość klientów zabiera kanapki na wynos, ale w razie czego stworzono możliwości, by na spokojnie zjeść na miejscu - przy ladach po boku są wygodne hokery. 

Oprócz jednego wyjątku wegetariańskiego (panierowany grzybek portobello, świeży szpinak, jajko sadzone, pomidor, sos czosnkowy) wszystkie serwowane kanapki mają mięcho. Na szczególną uwagę zasługuje ta z chorizo, bo ekipa Meat&Roll tworzy tę kiełbaskę samodzielnie. Dobrze brzmi też opcja z golenią wołową, grillowaną cebulką i sosem musztardowo-chrzanowym. To takie kanapki po polsku, z porządnym mięsem, które większość rodaków lubi i szanuje. Jest i kurczak z dodatkami w dwóch wersjach. W planach są jeszcze kanapki sezonowe, w których znajdą się aktualnie dostępne dary natury.

Jako, że buły są słusznych rozmiarów podczas jednej wizyty byliśmy w stanie przetestować dwie. Porcja jest więc zacna - jak najbardziej zaspokoi na kilka godzin nawet najpojemniejsze brzuszki.
Duszone żeberka (21,90PLN) rządzą! Mięso pieczołowicie przygotowane rozpływa się w ustach, jest ultramiękkie i aromatyczne. Idealnie pasował tu słodkawy, śliwkowy sos BBQ i czerwona kapusta. Nie gorzej było z sezonowanym antrykotem (24,90PLN). Soczysty kawał mięsiwa z stopniu wysmażenia medium też sprawił nam dużo radości. Nie raz w regularnych restauracjach podawano nam antrykoty za cenę X razy większą, które w smaku i formie przypominały raczej podeszwę od gumiaka niż wołowinę. Ten stek gryzł się łatwo i przyjemnie, więc i jakość mięsa i wykonanie na duży plus. Do tego świeże warzywa (wreszcie pyszny pomidor, który nie smakuje jak woda), chrupiąca rukola, czerwona cebula, ogórek konserwowy, sos BBQ i tapenada z oliwek. Porządny i pożywny zestaw.
Bułka to taka nasza polska piekarniana klasyka - wielka, biała i pszenna. Zrobiona na maksymalnie chrupko jak najbardziej pasuje do całości, w szczególności do mięs.

Obsługa w Meat&Roll chętnie doradzi w wyborze, jest miła i zaangażowana. Widać też duże doświadczenie w gastronomii, dobrą energię i chęć do karmienia ludzi dobrymi rzeczami.

Bardzo spodobał nam się ten bar kanapkowy, bo jest ujmujący w swej prostocie, nieskomplikowany i niehipsterski. To szczere, uczciwe jedzenie bez półśrodków. Tu dba się o jakość produktów, co właściwie definiuje dobry, porządny street food. Meat&Roll wróżymy świetlaną przyszłość i życzymy wszystkiego pysznego!

JEDZENIE: 9,5/10
OBSŁUGA: 9/10
CENY: 8,5/10
WYSTRÓJ: 9/10

Ocena ogólna: 9/10





Meat&Roll dziękujemy za zaproszenie na kanapki.
xoxo
Magda





poniedziałek, 6 listopada 2017

Walenty Kania ''Kuchnia dla odważnych''

ADRES: -
KUCHNIA: polska, europejska, kuchnie świata
ZAKRES CEN: 15-25PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Na Walentego Kanię oko mieliśmy już od dawna, kiedy pierwszy raz spróbowaliśmy jego wyrobów (tę kiełbaskę z sarny pamiętam do dziś, chociaż było to już kawał czasu temu). Nikt nie zaprzeczy, że to food truck wyjątkowy, niepowtarzalny i każdy kulinarnie ciekawski powinien go odwiedzić chociaż raz.

No ale z tym mamy już niestety problem, ponieważ pan Walenty przestał parkować na Placu Izaaka jeżdżąc wyłącznie na występy gościnne, zazwyczaj poza Kraków. Nam udało się go złapać na ostatnim w tym roku zjeździe food trucków pod Galerią Kazimierz. Stałego punktu już nie ma i raczej nie będzie (wiedza zaczerpnięta bezpośrednio ze źródła). Fanom pozostaje zatem wnikliwa obserwacja Facebooka, bo stamtąd możemy dowiedzieć gdzie, co i kiedy. Szkoda! I w pewnym sensie spora strata dla krakowskiego światka kuchni na kółkach.

Na czym jednak polega fenomen kuchni Walentego Kani? A no na tym, że zabiera się on za to co pozornie dziwne, zapomniane, kontrowersyjne (przez niektórych nazywane obrzydliwym, chociaż przeważnie nigdy wcześniej tych rzeczy nie mieli w buzi). Mowa o jądrach, nerkach, móżdżkach, purchawkach (grzyb, który na pewno znacie i raczej nie wiedzieliście, że jest jadalny), ozorkach, przeponach. Do tych mniej intrygujących propozycji można zaliczyć kiełbasę z konia, kozy, czy barana. Menu nie jest stałe. Dostępne jest to co akurat pan Walenty miał ochotę ugotować, jaki produkt akurat złapał. W zdecydowanej większości są to dania i wyroby autorskie, ale widać wyraźne inspiracje kuchnią wschodnią lub staropolską. Zdarzają się też akcenty południowoamerykańskie, a nawet afrykańskie. Dla wszystkożerców zwariowanych na punkcie rzeczy nowych i innych (czyli dla nas) to mały, kulinarny raj.

Na początek raki po polsku (20PLN), czyli gotowane w koperku. Porcja raczej degustacyjna, bo chociaż talerz zaczerwienił się od tych stworzonek to same w sobie mięska mają niewiele. Raki to typowy staropolski przysmak i to miło, że mamy food truck, który je serwuje, bo nawet w restauracjach o nie ciężko. Dobre, a raczej pyszne! Miękkie, białe mięsko rozpływało się w ustach i zdecydowanie warte było paprania się w skorupkach.
Najbardziej chcieliśmy spróbować tych kontrowersyjnych byczych jaj (25PLN). Akurat tego dnia podawane były po góralsku, czyli w kapuście z kwaśną śmietaną, całość w formie kanapki w grubej bułce. Jak większość podrobów jądra byka mają miękką, nieco gąbczastą konsystencję. Czuć wyraźnie wołowy posmak. Nie ma wątpliwości, że zostały przygotowane perfekcyjnie - były odpowiednio miękkie, ze skoncentrowanym smakiem, a typowo polskie dodatki genialnie pasowały do tego egzotycznego nieco produktu. Tu jednak odezwał się mój prywatny, indywidualny gust i już wiem, że bycze jądra to nie moja bajka (podobnie jak grasica). Ale cieszę się, że już wiem jak smakują. 
Spróbowaliśmy jeszcze dwóch zup. Gęsie żołądki (20PLN) w warzywnym, świetnie doprawionym wywarze oraz rosół z kurzymi łapami (15PLN). Żołądki to trudny podrób, bo łatwo uzyskać efekt żylastej gumy nie do przełknięcia. Ale to nie u Walentego. Tutaj żołądki są zaskakująco delikatne, idealne. A zupa z nimi to taka domowa, klasyczna polewka. Rosół natomiast polecamy na kaca - konkretny, tłusty i ciężki. Wystające z niego kurze nogi wraz z pazurami wzbudziły lekki szok u najbliższego otoczenia (no, może rzeczywiście wizualnie jest to danie trochę jak z horroru). Na mnie jednak nie zrobiły większego wrażenia, ponieważ dzięki babci spróbowałam ich już jakieś 20 lat temu i wcale nie uważam, że to dziwne, czy obrzydliwe danie. Trochę drobiowego tłuszczyku, nieco chrząstek... taka wkładka w zupie, do poobgryzania. I tu się powtórzę - fajnie, że to staropolskie wspomnienie serwuje nam właśnie food truck.

Chociaż jeszcze nie tak dawno temu nasza rodzima kuchnia praktycznie nie istniała bez podrobów (nasze mamy i babcie z pewnością dobrze to pamiętają) w dobie kuchni fusion zniknęły one z naszych stołów nagle i prawie całkiem. I Walentemu chwała za to, że odgrzebuje je z czeluści udowadniając, że to też jedzenie. I to dobre jedzenie. Zawsze byłam również zwolenniczką wykorzystywania zwierząt w kuchni od nosa do ogona, bo w końcu tracą życie, byśmy mogli je zjeść. I tej filozofii dopatruję się w food trucku Kuchnia dla Odważnych. Ubolewam, że teraz to będzie już rzadki rarytas dostępny tylko przy okazji foodtruckowych świąt.

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda

niedziela, 1 października 2017

Sissi Organic Bistro

ADRES: Krupnicza 3, Kraków
KUCHNIA: austriacka, europejska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 26-45PLN
W INTERNECIE: facebook









Ulica Krupnicza to takie nasze małe zagłębie gastronomii niekonwencjonalnej, zdrowej, ciekawej. Bywały tu już różne knajpki. O niektórych słuch dawno zaginął, ale wciąż jest z czego wybrać. Spontanicznie weszliśmy do funkcjonującej od ponad 2 lat Sissi zachęceni ciepłym światłem bijącym ze środka, no i oczywiście potrzebą zjedzenia czegoś dobrego w ponury, jesienny wieczór.

No i już od progu zerka na nas malowana księżniczka, witają też wyeksponowane na stole dyplomy, rekomendacje i wystylizowane butelki wina. Wystrój to miszmasz staroci z nowoczesnością. Restauracja znajduje się w płytkiej piwnicy, jest więc cegła i marmury. Meble, kanapy stylizowane na dawne przeplatają się z nowoczesnymi, plastikowymi krzesłami przy niektórych stolikach i designerskimi lampami. Na ścianach wernisaż współczesnego, lokalnego artysty, no i Sissi wykonana metodą tradycyjną. Dużo świec, dużo wystawionych win, trochę świeżych kwiatów zgranych kolorystycznie z nakryciami. Tu zabieg powiększający z lustrami nawet się udał i robi dobre wrażenie. Zerknęliśmy przy okazji na ogródek letni w podwórzu i od razu zaczęliśmy żałować, że sezon się już skończył, bo jest tam naprawdę uroczo.

Menu Sissi to skrzętnie skrywana tajemnica, którą można poznać jedynie na miejscu (gdy po wizycie poprosiłam o udostępnienie karty w wiadomości prywatnej nie otrzymałam odpowiedzi). Gdyby nie wspomniany spontan zapewne byśmy się tu nie zjawili, ponieważ zawsze lubię sprawdzić wcześniej w internecie co w kuchni piszczy i przeważnie odrzucam miejsca, które są jedną wielką niewiadomą (pojedyncze posty czasem wrzucane w eter na FB się nie liczą). To z pewnością nikogo nie zachęca.
Tymczasem w karcie wieje nudą i to do tego stopnia, że pierwszy raz od dawna praktycznie nie miałam pomysłu na tę kolację. Co miesiąc zmienia się wkładka sezonowa (i za to plus, czerpanie z bieżących darów natury jest zawsze mile widziane). Na wrzesień przygotowano na przykład rosół z kaczki z pierożkami nadziewanymi kurkami i kaszą jaglaną i kaczkę na puree z dyni z gruszką i słonecznikiem w glazurze. W menu regularnym kilka bardzo podstawowych makaronów (arrabiata, carbonara). Wśród dań głównych nieśmiertelny i ukochany przez Polaków filet z kurczaka, krewetki z bagietką i chyba jedyna wyraźnie austriacka pozycja - sznycel z jagnięciny panierowany (czyli po wiedeńsku) z sałatką ziemniaczaną. Chociaż Austria daje pole do popisu cukiernikom tutaj na deser zjemy sernik bezglutenowy lub ciastko czekoladowe. Nihil novi, smutna powtarzalność.
Sissi stylizuje się również na winiarnię (no i super, dobrego wina nigdy nam za wiele), ale wina można zamawiać tylko na butelki (to już nie super, bo nie zawsze ma się ochotę na tyle trunku na raz) i to butelki w większości na bogatszą kieszeń. Jest jeden wyjątek na kieliszki (14PLN) - uniwersalne białe wino austriackie jednak ani bukiet ani nazwa po spróbowaniu nie zapadły nam w pamięć.

Ale to wino do przystawki pasowało pięknie. Ładnie skomponowana deska polskich serów zagrodowych (29PLN) spełniła oczekiwania i poniekąd sprecyzowała 'organic' w nazwie restauracji, bo czuć było po każdym z nich, że są rzemieślnicze, prawdziwe. Podhalański soczysty bundz i przyjemnie cierpka podlaska gouda to nasze faworyty. Podano je tradycyjnie, bez wydziwiania z tym z czym smakują najlepiej: żurawina, miód, orzechy. Był jeszcze koszyk pieczywa robionego na miejscu, ale chlebki niestety były z wczoraj.
Nasze dania główne chyba odczekały trochę aż skończymy z serami, bo przyszły niemal chłodne. I to właśnie zaszkodziło przede wszystkim tagliatelle z ragout z królikiem (31PLN). Pewnie jedzone kilka minut wcześniej byłoby o wiele smaczniejsze. Makaron (prawdopodobnie robiony na miejscu) zdążył zeschnąć z wierzchu i zaparzyć się od spodu. Nie było więc sprężystego al dente. A szkoda, bo sos z mięciutkim królikiem i naturalnym sosem z warzyw dawał radę.
O mojej kaszy jaglanej z pieczonymi warzywami (26PLN) nie mam zbyt wiele do powiedzenia, ponieważ była to po prostu micha kaszy z kilkoma niedopieczonymi warzywami (twarda, niemal surowa marchewka). Wrażenie uratował mocny aromat masła i czosnku, ale to i tak za mało, by w ogóle nazwać to proste jak drut danie restauracyjnym. Zamówiłam je, bo liczyłam na fajnie przygotowane warzywa upieczone porządnie z gamą przypraw, podane w ciekawy sposób. Niestety, nic z tych rzeczy. Warzyw było mało, a świeży szpinak, który pierwotnie miał znaleźć się w tym daniu nie dojechał na czas (mimo to cena dania bez zmian).
Deser wybraliśmy z wkładki wrześniowej (14PLN). Jędrne śliwki z kardamonem i wanilią uzupełniały kruche ciastka maślane (ciut przepieczone, ale smaczne), diabelnie tłusta i dlatego dobra słodka śmietanka ze wsi i zacny sos z porto. W całości tworzyło to fajną, jesienną kompozycję.

Serwis niestety niezgrany, bo jak już wspomniałam nasze dania główne przygotowano zdecydowanie za wcześnie przez co przyszły już prawie zimne. Rozumiem, że może zdarzyć się to przy pełnej sali, ale przez większość wizyty byliśmy jedynymi gośćmi. Obsłudze kelnerskiej zabrakło serdeczności i uśmiechu, mieliśmy więc do czynienia ze zmorą krakowskiej gastronomii - podawactwem zwyczajnym. Zabrakło też podstawowego przeszkolenia - wino przyniesiono nam już w kieliszkach, a powinno być do nich lane przy nas (nieakceptowalne w miejscu, które aspiruje na dobrą winiarnię i wino stawia w każdym kącie).

Być może to miejsce czasy świetności ma już za sobą, a może dopiero przed... Chociaż wystrój w niektórych momentach dyskusyjny jest tu pewien przyjemny klimat, są świeże i porządne produkty wybierane nieprzypadkowo. Ale nie ma ciekawej karty, przeszkolonego personelu i przede wszystkim jedzenia, na które chce się tu wracać (bo micha samej kaszy z pewnością nikogo nie porwie). 

JEDZENIE: 4/10
OBSŁUGA: 4/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 5,5/10







xoxo
Magda

piątek, 20 stycznia 2017

Pieprz i Wanilia

ADRES: Gołaśka 1a, Kraków
KUCHNIA: włoska, polska, europejska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 10-38PLN
W INTERNECIE: facebook | www









Stary, szary, smutny Kapitan na Kurdwanowie przeszedł niedawno prawdziwą reinkarnację! Narodził się na nowo w postaci rodzinnej restauracji Pieprz i Wanilia i od razu rzeknę, jako mieszkanka tej dzielnicy - takiego miejsca było nam trzeba.

Cała oprawa graficzna jest przejrzysta i estetyczna. Podobnie jest z wnętrzem - jasne, świeże, nieco surowe (ale nie sterylne!). Dominują biel, szarość i jasne drewno. Ściany urozmaicają duże niby-okiennice ze zdjęciami włoskich miast. Mimo sporej przestrzeni i wielkich stołów rzeczywiście jest rodzinnie i przytulnie. Dzieci będą zadowolone z kącika zabaw, a dorośli z nieformalnej, przyjemnej atmosfery. Jedynym elementem, który moim zdaniem szkodzi nastrojowi w tym miejscu jest nachalne, radiowe disco, które pasuje tu jak kwiatek do kożucha.

W menu przede wszystkim widać Włochy (pizza, domowe makarony, risotto), trochę Fracji (pate z drobiowych wątróbek) oraz naszą rodzimą kuchnię (rosół, schabowy). Nawet miłośnicy owoców morza w czwartki i piątki znajdą tu świeże mule. Zazwyczaj stronię od takich mieszanych włosko-polskich restauracji bez precyzyjnego kierunku, bo często efekty na talerzu bywają poniżej przeciętnej. Tutaj jednak kuchnia się broni i nie należy się zrażać tym, że w jednej karcie znajdziemy tak popularną u nas pizzę, jak i schabowego. Jest kilka naprawdę ciekawych pozycji jak na przykład risotto z buraków, czy krem z pomidorów San Marzano i pomarańczy. Dla małych gości przygotowano menu dziecięce.

Prowodyrami tej recenzji, jak i moich niemal cotygodniowych wizyt w Pieprzu i Wanilii są genialne lunche serwowane od poniedziałku do piątku w godzinach 12-17. Dwudaniowy zestaw (codziennie możemy wybierać spośród 3 zup i 3 dań głównych) kosztuje tylko 16PLN i mimo, że jak już wspomniałam jestem bardzo częstym gościem nie trafiłam jeszcze na ani jedno niedobre/nieudane, czy nawet przeciętne danie. Za każdym razem talerze są dopieszczone, kompozycje smaków przemyślane, a składniki pierwszej świeżości.
Najbardziej w pamięć zapadły mi 2 zupy i 2 drugie dania.

Domowa, gęsta, pełna aromatów i przypraw grochówka była świetna - rozgrzewająca i sycąca, z plasterkami fajnej kiełbaski i ziemniakami. Podobnie biały krem z pietruszki z karmelizowanym porem - niebo w gębie! Aksamitny, odpowiednio gęsty słodko-gorzki kremik z porem w formie karmelizowanych chipsów to danie, które z pewnością zapada w pamięć i nawet podejmę próbę odtworzenia go w domu :)
Zachwyt wzbudził również domowy makaron papardelle z wiosennymi, duszonymi warzywami w delikatnym, maślanym sosie. Temu prostemu daniu sukces zapewniły świetnej jakości składniki, przede wszystkim sam makaron wykonany na miejscu i delikatnie potraktowane warzywa.
Kolejnym daniem, które wspominam z przyjemnością był mięciutki schab duszony w porach z delikatnym, przypiekanym puree. Mięso mięciutkie, w smacznym porowo-beszamelowym sosie, do tego bez zarzutu przyrządzone ziemniaki to obiad, który chce się zajadać codziennie.

Z regularnej karty miałam okazję spróbować deseru, ale ten niestety był daleki od lunchowych zachwytów. Panna Cottę (9PLN) od ostatecznej porażki uratował wyśmienity, intensywny sos malinowy. Sam krem jednak był niemal pozbawiony smaku śmietanki, z odrobinę tylko wyczuwalną wanilią, której drobinki zebrały się na wierzchu co świadczy o zbyt wczesnym przelaniu masy do foremek. Reasumując była to biała galareta bez smaku, która tylko z wyglądu przypominała mój ulubiony, włoski deser.

Obsługa lokalu jest szybka, sprawna i zawsze uśmiechnięta. Mimo natłoku gości nigdy nie zdarzyło mi się czekać na obiad długo, więc i serwis jest fajnie dograny.

Powtórzę raz jeszcze: tego właśnie było nam trzeba na Kurdwanowie! Restauracja jest odpowiednia na rodzinny obiad, spotkanie z przyjaciółmi, czy szybki lunch. Jedzenie zawsze smaczne (wpadkę z deserem puszczam w niepamięć przez wzgląd na całe mnóstwo bardzo smacznych rzeczy, które tam zjadłam), z dobrej jakości składników, no i w cenie o której w centrum miasta można raczej pomarzyć.
Widać, że Pieprz i Wanilia nie idzie w półśrodki, ale dokłada starań by gościom było przyjemnie nie tylko dla oka, ale przede wszystkim dla podniebienia :) Jak najbardziej polecam!

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ 7,5/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda

piątek, 13 stycznia 2017

Zenit

ADRES: Miodowa 19, Kraków
KUCHNIA: fusion, europejska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 24-34PLN
W INTERNECIE: facebook










Zenit na Miodowej nakarmił pierwszego gościa pod koniec roku 2015 i właściwie od początku działalności stał się miejscem, w którym się bywa. I mimo, że dziś jego blask nieco przygasł w obliczu innych modnych, gastronomicznych gwiazd w pobliżu, wciąż nie daje o sobie zapomnieć.
My w Zenicie byliśmy nie raz i wróciliśmy po kilkumiesięcznej przerwie spowodowanej nie do końca sprecyzowanym sceptycyzmem co do tego miejsca.

Z wizyt poprzednich pamiętam nierówną obsługę, ale i nierówną kuchnię. Były dania, którymi się zachwycałam (krewetki, żeberka w marynacie), ale o innych wolałabym raczej zapomnieć (na przykład niezjadliwy, gorzki ozór). Inne dania były po prostu przeciętne, chociaż zawsze ładnie, nowocześnie podane. W każdym razie szum i zachwyt wokół tego miejsca był nieco niezrozumiały, bo kuchnia, którą pamiętam była dla mnie synonimem przerostu formy nad treścią. To wrażenie powodowała również hipsterska, nieco sztuczna atmosfera powodowana przez specyficzną obsługę.

Zenit jest jasny, pełen przestrzeni mimo mnogości stolików. Stonowane kolory i delikatne kontrasty z odrobiną konsekwentnej geometrii potęgują wrażenie nieco industrialnego wnętrza. Na ścianach ciężko znaleźć minimalizm, ponieważ obwieszone są sztuką nowoczesną w postaci abstrakcyjnych obrazków i zdjęć. Mimo niby-chaosu wszystko całkiem nieźle razem współgra tworząc atmosferę nieformalną i odpowiednią na większość okazji - szybki lunch, dłuższa kolacja z przyjaciółmi, czy spotkanie biznesowe.

Menu zmienia się sezonowo. Oprócz stałej karty od poniedziałku do piątku można zjeść lunch w przystępnej cenie. Zenit słynie również z konkretnych śniadań, niszowych piw i ciekawych koktajli. Warto też wspomnieć, że można tu zjeść późną kolację, ponieważ kuchnia czynna jest do północy.
W obecnej karcie należącej raczej do tych z rodzaju krótkich (wszystkie dania wydrukowano na jednej kartce papieru pasującej designem do wnętrza) znajdziemy różnorodność. Wśród przystawek jest kaszanka z grasicą, ale i hummus z warzywami w miodzie. Są trzy zupy, dwie sałatki, ręcznie robione tagliatelle, burger i dział najdłuższy, czyli dania główne (wśród nich na przykład polędwiczka wieprzowa sous-vide i kurczak kukurydziany z makaronem). Desery są trzy i idą raczej w klasykę (tarta, sernik). Trzeba przyznać, że menu 'pachnie' świeżością i kreatywnością - nie jest to kolejny, bezbarwny lokal gastronomiczny z pomidorową i kotletem w roli głównej, jest z czego wybierać, no i jest czego próbować.

Zaczęłam od krewetek smażonych na maśle z zielonym pieprzem, białym winem, shichimi i imbirem (24PLN), które podano ze świeżym pieczywem i masłowym sosem z patelni. Mimo, iż jakość samych krewetek nie była górnolotna i były trzy sekundy przeciągnięte cała ich otoczka szczerze ujęła moje podniebienie. Myślę, że tu gwarantem sukcesu była japońska przyprawa shichimi, której na krewetkach nie poskąpiono. Potrzebnej pikanterii dodał też grubo mielony, zielony pieprz. Bardzo przyjemna, zimowo-śródziemnomorska przystawka.
Po drugiej stronie stołu pojawił się piękny, rubinowy krem z buraka z prażoną czarnuszką i porem (13PLN). Obawialiśmy się, że będzie za słodki i za mdły, ale nie - nic z tych rzeczy! Krem był intensywny, głęboki w smaku, ale równocześnie aksamitny, a gorzkawa czarnuszka dodała mu charakteru.
Wciąż mając w pamięci genialne żeberka sprzed roku na danie główne wybrałam właśnie to mięso. Żebro wołowe z puree z pieczonego selera z estragonem, pieczoną cebulą, marynowanymi burakami i prażoną gryką (34PLN) na talerzu prezentowało się ciekawie i bogato - po raz kolejny podziałał urok kompozycji na talerzu i bardzo chciało się spróbować tego dania. Małe, słodkie buraczki w łódkach z łupin pieczonej cebuli w sporych ilościach świetnie kontrastowały z gorzkim puree selerowym. Niestety to co miało być gwiazdą tego talerza stało się jego najsłabszym ogniwem, a mianowicie żebro - mimo, że mięciutkie, dobrze przyrządzone było jedym z najtłustrzych żeberek jakie miałam okazję konsumować w życiu. Byłam zmuszona obierać mięso z wielkich płatów samego tłuszczu, ponieważ nawet tłustolubną mnie ta ilość przerosła. W rezultacie z dobrego żeberka pozostało mi niewiele do zjedzenia. Fajnym kontrapunktem do wszystkich miękkich struktur na talerzu była prażona gryka. Mimo małej wtopy z mięsem danie i tak wypadło pozytywnie.
Z naszą drugą potrawą główną było podobnie - prawie idealnie. Kotleciki z cieciorki ze szpinakiem, puree z batatów z orzeszkami ziemnymi (26PLN) to porządne, wegetariańskie danie na którego sytość z pewnością narzekać nie można. Kotleciki były mocno zbite, odpowiednio przyprawione, ale jak wiadomo bezmięsne dania z cieciorki mają tendencję do nadmiernej suchości i w tym przypadku nie dało się tego uniknąć. Zabrakło wilgności w samych kotletach albo ratującego sytuację sosu do nich. Dodatek, czyli aksamitne puree z batatów było za to perfekcyjne.
Wystarczyło nam jeszcze miejsca na deser, jednogłośnie wybraliśmy panna cottę z białej czekolady z pestkami dyni i słonecznika prażonymi w miodzie z dodatkiem rodzynek w białym winie i przyprawach korzennych (15PLN). Mimo, że połączenie słodyczy z pestkami dyni i słonecznika wydaje się być już przebrzmiałą modą ten deser należy zaliczyć do smakowo udanych, z zimowym, korzennym akcentem. Przede wszystkim słodka, kremowa, mocno zbita panna cotta zachwyciła nasze podniebienia.

Naszej kolacji towarzyszyło pyszne, grzane wino (16PLN) w wersji białej i czerwonej, z fajnie dobranym przyprawami. Zgodnie stwierdziliśmy, że te grzańce są dostatecznym powodem, by powrócić do Zenitu jeszcze tej zimy ;)

Tym razem do obsługi nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń. Kelnerka była zupełnie nienachalna, naturalnie miła i uważna. Całe szczęście już nie zauważyliśmy w Zenicie hipsterskiego zadęcia i państwa kelnerstwa z głową w chmurach...

Ta wizyta ostatecznie przekonała nas do idei Zenitu i chyba zaczniemy bywać tu regularnie (koniecznie musimy spróbować śniadań). To fajna, nieco eksperymentalna, ale równocześnie przystępna kuchnia w dobrej cenie i nowoczesnej atmosferze. Polecamy!

JEDZENIE: 7,5/10
OBSŁUGA: 7,5/10
WYSTRÓJ: 7,5/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 7,5/10










xoxo
Magda

wtorek, 18 października 2016

Karakter

ADRES: Brzozowa 17, Kraków
KUCHNIA: polska, europejska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 21-43PLN
W INTERNECIE: facebook










W kulinarnym sercu Kazimierza, nieopodal pełnej pysznych miejsc Miodowej odbyło się niedawno najgłośniejsze otwarcie tego roku. Karakter stał się modny jeszcze przed pierwszym nakarmionym gościem, a wszystko za sprawą swojego starszego brata - znanego i lubianego Zazie Bistro. W Karakterze rządzi bowiem ten sam szef podziwiany przez wielu amatorów nowoczesnej gastronomii - Daniel Myśliwiec. Dodatkowym argumentem przemawiającym za bliższym zainteresowaniem się tym miejscem jest karta win, której autorem jest Kuba Janicki. Sommelier często bywa w lokalu i osobiście pomaga przy wyborze odpowiedniego trunku. 

Nowoczesny, minimalistyczny wystrój jak najbardziej przypadł nam do gustu. Kontrastujące kolory, geometryczne formy i ciepłe światło tworzą efekt wyważonej, niepompatycznej elegancji i otwartej, świeżej przestrzeni. Warto zwrócić uwagę na ściany obwieszone grafikami autorstwa Piotra Kalińskiego. Są to jedyne i jak najbardziej wystarczające ozdobniki.

Karta rzeczywiście jest synonimem kulinarnej kontrowersji i nie każdy będzie z niej zadowolony. Wegetarianin nie znajdzie tu dla siebie ani jednego dania, ale za to fani podrobów będą wniebowzięci. Ratka wieprzowa, krem z wędzonej słoniny, czy domowa konserwa to tylko kilka z przystawek. Wśród dań głównych również królują mięsiwa, między innymi stek rzeźnika, rib eye, boczek z kaszanką. Potrawom serwowanym z pieczywem poświęcono osobną sekcję. Są burgery, serca drobiowe, czy tost z ozorem. Dalej mamy mule w kilku ciekawych odsłonach, na przykład z żurkiem i kiełbasą. O smażonym foie gras wśród deserów słyszał już chyba cały Kraków. Tak, taki deser faktycznie znajduje się w karcie. 
Menu spodobało nam się bardzo. Jako eksploratorzy jedzenia zawsze kibicujemy odważnej, nowej kuchni i mieliśmy ochotę spróbować większości z karty (szkoda, że nie ma opcji zamówienia wszystkiego po troszkę w formie menu degustacyjnego).

Karta win również zaskakuje rzadkimi etykietami. Mnóstwo natury, win biodynamicznych, a każdą pozycję można zamawiać na kieliszki oraz spróbować przed zamówieniem. Są nawet wina pomarańczowe. Trafiliśmy akurat na czas zmian w karcie win, dlatego sporo butelek było tego dnia niedostępnych. Z tego co pozostało udało nam się wybrać świetne, austryjackie, czerwone Meinklang (70PLN za butelkę) z regionu Neusiedlersee.

Nie było łatwo zdecydować co zjemy tego wieczoru. Na początek postawiłam na surową polędwicę końską z kremem pomarańczowym, żółtkiem, słoniną i bagietką pszenną ze szpikiem (21PLN). Danie nie zachwycało prezencją, ale chyba w Karakterze tak właśnie ma to wyglądać i na talerzach nie należy doszukiwać się elegancji. Konina była świetnej jakości - grubo krojone mięso trafiło w mój gust, a ożywione musem pomarańczowym smakowało mi wybitnie. W pozytywnym odbiorze pomogło również klasyczne, perfekcyjne żółtko confit. Świeża, chrupiąca bagietka to zawsze dobry dodatek do surowego mięsa, ale w tym daniu wolałabym ją bez szpiku. Plasterek delikatnej słoniny na mięsie w zupełności by wystarczył zwłaszcza, że jeszcze talerz skropiony był oliwą. Mięso z musem pomarańczowym zachwyciło, ale ilość tłuszczu w dodatkach nieco mnie przerosła (mimo to, że nie jestem typem konsumenta stroniącego od tłustych potraw).

Towarzysz kolacji próbował bisque ze skorupiaków i kiełbasy z mangalicy z krewetkami i pulpetem chlebowym z białą kiełbasą (24PLN). Tutaj z prezentacją było już lepiej dzięki krewetkom podanym z głowami, które na talerzu zawsze robią dobre wrażenie. Były jednak pozbawione skorup, więc wygodne w jedzeniu. Zupa treściwa, gęsta, mięsno-morska nie miała nic wspólnego z mdławymi kremikami. Wzbogadzona jędrnymi krewetkami i świetną kiełbasą z węgierskiej świnki zaskoczyła połączeniem nietypowego mięsa z owocami morza. To surf and turf bezsprzecznie się udało. Do bisque podano świeżą pajdę pieczywa dzięki czemu tę treściwą zupę spokojnie można by było zaliczyć nawet do dań głównych.

Po bogatych przystawkach skurczyło się miejsce na dania główne, które niebawem pojawiły się przed nami i również nie były to skromne talerze.
Ja zdecydowałam się na mój pierwszy raz z grasicą, tutaj w towarzystwie ravioli z tłuczonym groszkiem i miętą, z kurkami i peklowanym polikiem wołowym (29PLN). I już wiem, że z grasicą się nie polubimy - jej miękka, skrzepowata konsystencja to zdecydowanie nie moja bajka. Za to peklowane policzki mimo, że jadałam miększe były bardzo dobre, podobnie jak rześki, zielony farsz w ravioli. Zarówno kurkom, jak i ciastu pierożków zabrakło trochę subtelności. Odsuwając na bok osobiste preferencje a'propos grasicy i tak musiałam uznać to danie za nieudane kompozycyjnie - miękkie podroby z miękkim ravioli, a wszystko utopione w ogromnej ilości tłuszczu i raczej pozbawione przypraw... Za ciężko, za mdło. Brakowało kontrapunktu. Nie dałam rady dokończyć mojej porcji, chociaż zdarza mi się to niezwykle rzadko. Może gdyby grasicę przygotowano z jakimś chrupkim kontrastem i o niej samej pomyślałabym cieplej.

Drugie danie główne to burger z wołowiny i koniny z kremem z topinamburu, z pieczonym boczkiem, słoniną, cebulą, sosem pomarańczowym z tymiankiem i chilli i cheddarem (26PLN). Tym razem kompozycja była udana i ciekawa. Mimo, że to tylko burger pojawiły się smaczki w postaci niezwykłego sosu, czy kremu z topinamburu dzięki czemu całość miała nieco orientalny sznyt. Frytki i bułka były zupełnie poprawne. Kilka zarzutów padło jednak w kierunku wkładki mięsnej. Nikt nie pytał o stopień wysmażenia, spodziewaliśmy się więc medium rare, jak to w prawdziwych burgerach bywa. Niestety, otrzymaliśmy mięso za suche, typowe medium well done. Wielka szkoda, bo to mięso miało potencjał w swojej wysokiej jakości i brak soczystości prawie je zamordował. Jedzący, podobnie jak ja w przypadku grasicy narzekał jeszcze na zupełnie niepotrzebne pokłady tłuszczu. Oprócz ciężkiej wołowiny i koniny w bułce był boczek i solidny plaster słoniny. Również bułka wewnątrz ociekała tłuszczem. To danie to prawdziwy, kulinarny heavy metal i po kilku pierwszych kęsach było już jedzone 'na siłę'.

Mimo, że po czterech charakternych daniach czuliśmy dosłowny przesyt, uparłam się jeszcze na deser. Zamówiliśmy najlżejszy z możliwych - krem z białego wina z solonym karmelem i owocami (13PLN). Świeżutkie owoce (truskawki, maliny, granat) i genialnie przygotowany słony karmel gryzły się trochę z cierpkim, gorzkawym kremem. Owszem, ten deser pasował do całej kontrowersyjnej konwencji, ale w nasze gusta nie trafił przez brak kremowej subtelności i słodyczy.

Po tej kolacji nie byłam w stanie wyrobić sobie jednoznacznej opinii na temat Karakteru. Lubię i zazwyczaj rozumiem nowoczesną, odważną, a nawet ordynarną kuchnię, ale ta trochę mnie przerosła. Długie godziny po kolacji czuliśmy się źle, ciężko przejedzeni niezdrowym tłuszczem. Sądzę, że nie tylko tłuste składniki miały w tym swój udział, ale także ilość podawanego jedzenia.
Kilka dni po wizycie postanowiłam wybrać się do Karakteru jeszcze raz, by ostatecznie rozprawić się z tą kuchnią, w której bardzo bym chciała znaleźć nie tylko szok, ale także podziw.

Tym razem postawiłam na lunch, który od niedawna znajduje się w ofercie lokalu. Z kilku możliwych opcji wybrałam zupę dnia (krem z pomidorów i papryki), mule w zielonym curry i deser (krem słonecznikowy). Za taki trzydaniowy obiad zapłacimy 32PLN.
Zupa była pyszna; delikatny, słodko-kwaśny krem skutecznie rozgrzewał w ten zimny dzień, po równo czuć było paprykę i pomidory. 
Mule jak najbardziej poprawne i miękkie, ale od zielonego sosu curry wymagam zdecydowanie więcej tajskiej pikanterii. Ten był wyjątkowo delikatny - jak dla mnie zbyt subtelny, ale na szczęście nie mdły. Dominowały w nim słone i słodkie nuty. Do dania podano świeżutkie, chrupiące pieczywo. Do mojej porcji mam jeden poważny zarzut techniczny: kilka muszli rozbiło się na drobne kawałki, które ukryły się w sosie. Trzeba było wyostrzyć uważność przy jedzeniu, by nie połknąć ostrej skorupy. Ani to wygodne, ani profesjonalne... Zdecydowanie nie powinno się wydarzyć.
Krem słonecznikowy miał nienaganną, gęstą, klarowną konsystencję i... dziwny smak. Wreszcie słodki deser z porcją świeżych owoców miał dominujący posmak słonecznika. A słodki słonecznik to praktycznie oksymoron. Nie jest to deser, który chciałabym zamówić drugi raz. 

Podczas pierwszej wizyty obsługujący nas Kelner chętnie doradzał (również przy wyborze wina - pan dał nam spróbować kilka etykiet i o każdej potrafił powiedzieć kilka słów), był uprzejmy, a dania podawano szybko. Czuliśmy nienachalne zainteresowanie i poświęcono nam odpowiednią ilość uwagi. 
Za drugim razem również uprzejmości nie zabrakło, ale dało się zauważyć opieszałość mimo niewielkiego ruchu. Lunch miał być szybki, a trwał ponad godzinę - na podanie poszczególnych dań musiałam czekać nienaturalnie długo. 
Domeną załogi Karakteru jest młodość, uśmiech i nienaganna kultura osobista, ale nad kelnerską techniką i prezencją muszą jednak trochę popracować. Rzuca się w oczy brak kelnerskiego dress code'u, każdy pracownik ubrany jest zupełnie prywatnie. Nie wymagam rzecz jasna krochmalonych koszul i lakierek, ale dobrze by było odróżniać obsługę od przypadkowych ludzi.

Kuchnia w Karakterze niewątpliwie jest oryginalna, jedyna w swoim rodzaju, nieoczywista i autorska. Na swój sposób jest fenomenem, ale... nie wzbudza zachwytu, nie jest kulinarnym dziełem sztuki, momentami wręcz przeciwnie. I może właśnie o to tutaj chodzi? Jedno jest pewne: kolacja w tym miejscu zostaje w pamięci na długo i lokalowi nie można zarzucić nudy i konformizmu pod żadnym względem. Na razie zbyt żywe są wspomnienia o złym samopoczuciu po sutej w tłuszcz kolacji, ale myślę, że do Karakteru coś nas jeszcze kiedyś przyciągnie. Chociażby świetne wino.

JEDZENIE: 6/10
OBSŁUGA: 7,5/10
CENY: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10

Ocena ogólna: 6/10











Magda






poniedziałek, 3 października 2016

Zielone Tarasy



ADRES: Aleja Juliusza Słowackiego 64, Kraków
KUCHNIA: europejska, włoska, polska, fusion
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 13-39PLN
W INTERNECIE: facebook | www








Jako miłośniczka pięknych widoków podczas jedzenia już dawno chciałam odwiedzić to miejsce. Restauracja znajduje się na piątym piętrze kamienicy-biurowca przy krakowskich Alejach i dysponuje rozległym tarasem, z którego możemy podziwiać dachy, ulice i historyczne budowle, a przy dobrej pogodzie nawet Tatry. Czym oprócz świetnej lokalizacji mogą pochwalić się Zielone Tarasy? Koniecznie należało sprawdzić ich kuchnię.

Ze względu na porę roku nie mogliśmy już skorzystać ze stolików na zewnątrz, ale przy okazji dokładnie przyjrzeliśmy się temu miejscu. I widok jest naprawdę imponujący! Cały taras zresztą, pełen doniczkowych roślin i ciemnego drewna tworzy atmosferę nadzwyczaj przyjemną i wręcz stworzoną na romantyczną randkę, czy biznesowe spotkanie z widokiem na piękny Kraków. Tutaj możemy zatrzymać się na chwilę i z góry popatrzeć na szybkie życie krakowskich ulic uciekając od zgiełku miasta.
Zajęliśmy miejsce w oranżerii, gdzie tarasowy czar niestety pryska. Wnętrze jest zupełnie nieciekawe, surowe, puste. Zdecydowanie bar, daleko od resto. Duże i ciężkie, proste stoliki bez żadnego nakrycia i zerowy wystrój nieprzyjemnie kontrastują z tym co jest na zewnątrz. Gdybym miała wybrać się tu drugi raz to tylko w sezonie wiosenno-letnim, by zająć stolik na powietrzu.

Zielone Tarasy chwalą się w menu swoim credo, które stanowi o kuchni sezonowej i zdrowej, z naturalnych składników, bez sztucznych przypraw i bez mikrofalówki. Sporo jest potraw wegańskich i wegetariańskich. Od poniedziałku do piątku w godzinach lunchowych serwowane są zestawy obiadowe w trzech odsłonach. Jest też kilka śniadań podawanych do południa. Nie da się nie zauważyć, że profil restauracji skierowany jest w stronę pracowników okolicznych firm. Ze względu na późną porę musieliśmy wybrać coś z regularnego menu, które jak dla mnie jest mało ciekawe. Znajdują się w nim trzy zupy, przekąski (bruschetta, chipsy z chorizo), sałatki, proste dania z mięs i ryb (schabowy, łosoś na parze). Jest kilka makaronów, pizza, naleśniki wytrawne i ułamek kuchni meksykańskiej - tortilla i buritto. Desery są trzy, chociaż do tej kategorii zaliczono również owocowe koktajle.

Na początek zamówiliśmy zupy. Krem z kukurydzy i imbiru z chorizo (11PLN) okazał się być kremem tylko z kukurydzy, bez śladu imbiru przez co był dość... dziecinny. Gęstą, zbyt łagodną w smaku zupę ratowało chorizo, które pasowało tutaj świetnie i kontrastowało z kukurydzianą papką bez wyrazu. Szkoda tylko, że było go niewiele. Gdyby plasterków pływało w zupie trochę więcej mogłaby się ona nawet podobać. 
Z drugą zupą było zdecydowanie gorzej. Krem pomidorowo-paprykowy z pesto bazyliowym (11PLN) był stworzony zapewne głównie z kiepskiej jakości przecieru pomidorowego. Być może gdzieś w tle przebijała się papryka z proszku, ale na podniebieniu czuć było tylko pomidorowy kwas (padło podejrzenie, że ta zupa w ogóle jest skwaszona) pomieszany ze sporą ilością suszonej bazylii. Jedzący ze względu na wysoką tolerancję dla kulinarnych dziwactw tę zupę zjadł, ale ja miałam dosyć po spróbowaniu dwóch łyżek. Po zapewnieniach o naturalnych składnikach spodziewałam się w tym kremie zblendowanych świeżych pomidorów i papryki, a otrzymałam koszmarnie kwaśny twór z półproduktów. Oj, nieładnie... 

Na danie główne zamówiliśmy pizzę. Twierdzimy, że ten popularny, niby prosty włoski placek może dużo powiedzieć o jakości kuchni, która go serwuje - sekretem udanej pizzy zawsze są bowiem dobre składniki. Wybraliśmy największą, 50cm o nazwie Kura Piri-Piri (34PLN) z kurczakiem, czerwoną fasolą, kukurydzą i papryczkami piri-piri. I cóż... naiwna byłam sądząc, że po zupie pomidorowej w tym miejscu można jednak zjeść coś dobrego. Pizza była kwintesencją tego czym być nie powinna i gdyby zobaczył ją jakiś Włoch dostałby ataku śmiechu. Albo by się popłakał, bo tego typu placek jest profanacją jego narodowego dania. O ile ciasto było całkiem ok - cienkie, nieprzepieczone, tak składniki na nim zniszczyły wszystko. Śladowa ilość przecieru wyschniętego w piecu na wiór miała chyba pełnić rolę bazowego sosu pomidorowego. Na każdej pizzy znajduje się też mozzarella, która na tej naszej pomieszana została z jakimś okropnym, tanim, żółtym serem, z którego powstała sucha skorupa. Nie pierwszej świeżości, twardy kurczak z dziwnym, białym nalotem również do tej skorupy należał i był kompletnie niezjadliwy - po spróbowaniu jednego kawałka pozbyłam się reszty z mojej porcji, ponieważ jego zjedzenie (bądź co bądź to w końcu mięso) mogło być niebezpieczne dla zdrowia. Reszta składników - kukurydza, fasola i papryczki tylko wtórowały wspomnianej reszcie, ponieważ ewidentnie pochodziły z najtańszych, marketowych puszek. Na szczęście było ich niewiele. Na podsumowanie dodam, że do tej pizzowej masakry podano nam ketchup Heinz w saszetkach. W sumie może to i lepiej, bo poznając standardy Zielonych Tarasów zamiast domowego sosu pomidorowego otrzymalibyśmy skwaszony koncentrat.
Po 'zmęczeniu' jednego kawałka poprosiliśmy o opakowanie na wynos. Jako zagorzała przeciwniczka marnowania jedzenia miałam zamiar dodać w domu swoje składniki i jakoś uratować ten koszmarek przed śmietnikiem - jak już wspomniałam ciasto było w porządku. Niestety ostatecznie większość i tak wylądowała w koszu. 

Wciąż się nie poddając postanowiłam zamówić jeszcze deser, bo może chociaż coś słodkiego da się tu zjeść? Niestety nie udało mi się tego sprawdzić, ponieważ odmówiono mi podania panna cotty z powodu zamknięcia kuchni. Właśnie wybijała godzina 20, a lokal jest czynny do 21. Rozumiem, że kuchnia zamykana jest wcześniej, ale panna cotta jest podawana na zimno po przygotowaniu jej kilka godzin wcześniej i wymaga jedynie wyłożenia na talerz, kiedy ktoś ją zamawia. Było by fair, gdyby wzmianka o tak wczesnym zamknięciu kuchni i braku możliwości zjedzenia czegokolwiek o godzinie 20 znajdowała się w menu, ale takowej nie ma. Być może o 20 w Zielonych Tarasach nie można już zamówić herbaty, bo przecież trzeba zagotować wodę, a kuchnia nieczynna... Poczułam się wyproszona z lokalu. I to był gwóźdź do trumny - restauracja w centrum miasta odmawia obsługi gości o godzinie 20 i z niecierpliwością wyczekuje na opuszczenie lokalu. Nie sądziłam, że w Krakowie kiedykolwiek spotkam się z czymś takim. Bardzo szanujemy ludzi pracujących w gastronomii, dlatego zawsze staramy się zmieścić swoją wizytę w godzinach otwarcia lokalu, nigdy nie zostając dłużej. Tutaj jednak do zamknięcia pozostała cała godzina.

W ogóle przez całą naszą wizytę obsługa pozostawiała wiele do życzenia. Weszliśmy niezauważeni, długo czekaliśmy na podanie kart i przyjęcie zamówienia. Kelnerki ograniczały się jedynie do przyniesienia jedzenia i położenia go na stole unikając kontaktu (nawet wzrokowego) z gościem. Oczywiście nikt nie zauważył, że po zjedzeniu kawałka zamówionej pizzy już dłuższy czas rozglądamy się za obsługą, trzeba było więc podejść do lady barowej. Mimo, że znajdowała się tam kelnerka i widziała, że czekamy zwróciła na nas uwagę dopiero po kilku minutach zajmując się wcześniej chyba przeliczaniem kasy. Czuliśmy się jak intruzi. Pospiesznie opuściliśmy więc to miejsce w drodze powrotnej rzucając jeszcze okiem na jego zmarnowany potencjał - piękny widok na miasto z tarasu. 

Przede wszystkim poczuliśmy się oszukani. Zupełnie nie to miało znaleźć się na stole według credo Zielonych Tarasów. Miało być zdrowo, ze świeżych, sezonowych produktów, miało być pysznie i lekko. A była kuchnia rodem z przydrożnego zajazdu lub zapomnianego baru sprzed lat. To była najgorsza zupa pomidorowa i najgorsza pizza jakie w życiu jadłam. Mimo całej sympatii dla tarasowych widoków zupełnie nie mam ochoty tam wracać skoro dwie z trzech próbowanych potraw sięgnęły kulinarnego dna. 
Naszym zdaniem to miejsce nadaje się tylko na piwo/drinka/sok. Jedzenia z całą pewnością nie polecamy.

JEDZENIE: 1,5/10
OBSŁUGA: 2/10
CENY: 5/10*
WYSTRÓJ: 5/10**

Ocena ogólna: 2/10







*Mimo, że ceny wydają się być niskie jakość produktów sprawia, że również ta ocena spada w dół. Za całą kolację zapłaciliśmy 70PLN - jest w Krakowie wiele miejsc, gdzie za tę cenę można zjeść zdecydowanie lepiej.
**Taras jest zachwycający i zasługuje na 10pkt, ale braliśmy pod uwagę również wnętrze lokalu, dlatego ocena i tu spadła o połowę.


Magda