Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lipca 2018

Bistro Praska

ADRES: Jana Pietrusińskiego 2, Kraków
KUCHNIA: europejska, polska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 16-43PLN
W INTERNECIE: facebook | www










W pełni sezonu turystycznego raczej unikamy głośnego, tłocznego centrum. Szukamy miejsc na krakowskich osiedlach, lecz wciąż za dużo ich tam nie ma. W tym wąskim gronie znajduje się przez większość chwalone Bistro Praska, schowane nieco na jednej z dębnickich ulic.

Sam lokal jest nieduży, urządzony skromnie, prosto, ale estetycznie i przytulnie. Doskonale wpisuje się w klimat osiedlowej restauracyjki - luźno, wygodnie, swojsko. Praska dysponuje dużym ogródkiem z przodu, jak i z tyłu posesji. Tył jest bardzo prorodzinny - wielka piaskownica, plac zabaw, hamaki, zakaz palenia (w ogrodzie też obowiązuje i osobiście jestem bardzo na tak). Jeśli nie przepadacie za maluchami biegającymi niczym małe samochodziki, które od czasu do czasu was szturchną, czy zaglądną w talerz to to miejsce nie jest dla was :) Dla zmotoryzowanych dostępny jest duży parking obok budynku lub stojak na rowery.

Menu nam się podoba, bo widać, że korzystają z sezonowych darów natury. Pojawiają się one w większości dań, a i same potrawy są dość ciekawie skomponowane. Kuchnia europejska, mocno oparta na tym co polskie i włoskie. Zjemy zupę rybną lub rosołek, sałatkę z wędzonym filetem gęsim. Na danie główne mogą być kopytka z boczkiem i bobem, ruskie pierogi lub domowy makaron pappardelle z polędwicą wołową. Dobrą obiadową opcją będzie makrela z pieczonymi warzywami, żebra BBQ lub wołowe poliki. Jest i pizza, oczywiście. Każdy lubi, więc jest. Na deser zjemy domowe ciasto (każdego dnia kilka do wyboru), lub mus z białej czekolady. Bistro Praska ma też króciutką, ale bardzo przystępną kartę win.

Botwinka królową wczesnego lata, trzeba więc było wziąć tę zupę (12PLN), bardzo w klimacie. Pyszna! Prosta polewka z mocnym, słodko-kwaśnym aromatem młodego buraka, którego tu nie pożałowano. Z kilkoma ziemniaczkami i śmietaną, to taki sentymentalny, domowy talerz. 
Spróbowaliśmy też tatara dymionego wiśnią (24PLN) i tu już pojawiły się schody. Mięso mielone, nie siekane, nieperfekcyjnie oczyszczone (ale bez dramatu), kolor blady, ale smak w porządku. To znaczy jakość samego mięsa dobra, bo dosmaczyć trzeba było sobie samemu solą i pieprzem. Pierwotnie niedoprawiony jest niczym. Na mięsie szprotka i żółtko od przepiórki, a obok tradycyjnie cebulka i  grzybki. Nie był to nasz najlepszy tatar, ale i nie najgorszy.
Jako, że trzeba ogarnąć formę przed wakacjami wyjątkowo postawiliśmy na sałatkę w roli głównego dania. I to był wybór dobry. Padło na tę z czarną soczewicą, serem feta, kaszą pęczak, młodym burakiem i nasionami z dyni i słonecznika (22PLN). Jak za taki pieniądz porcja ogromna, rzeczywiście na danie główne w sam raz. Fajnie skomponowana, żaden składnik nie dominował za bardzo, wszystko łączyło się w zdrową, lekką i dobrą całość. Tej smakowej sielance wtórował jeszcze rześki, cytrynowo-miodowy dressing.
Jako, że nie samą trawą człowiek żyje zjedliśmy też królika duszonego z kurkami, groszkiem cukrowym i marchwią (33PLN). Dobrze, że w tym daniu nie było jeszcze zapychacza w postaci ziemniaków, czy innych klusek, po porcja znów zacna i wystarczająca nawet dla mnie. Mięsko pyszne. Miękkie, aromatyczne, dobrze i długo duszone. Warzywa ugotowane w punkt. Ale kurki... biedne. Zmaltretowane zamrażarką, przez co były gorzkie, twarde i mocno zaszkodziły w odbiorze tego dobrze aspirującego dania. Może nie jest to pełnia sezonu na te grzybki, ale da się zdobyć je świeże, by unikać takich właśnie wpadek.
Jako, że cały obiad był w konwencji letniej skusiliśmy się jeszcze na tartę rabarbarową (9PLN), jedno z ciast dnia. Na kruchym spodzie i z kruszonką oblaną karmelem z wierzchu. Pośrodku kwaśny owoc i czego chcieć więcej... Pyszka!

Z podziwem patrzyliśmy na jedyną obsługującą tego dnia cały, pełny ogródek kelnerkę. W biegu zbierała talerze i panowała nad zamówieniami z wieloosobowych stolików. Wszystko szło sprawnie, szybko, wręcz mechanicznie (przy takim obłożeniu trudno się dziwić), ale bez pomyłek.

Bistro Praska ma w sobie to coś, co sprawia, że przyjemnie będzie tam od czasu do czasu wrócić. To miejsce spotkań dla rodzin, odskocznia od zgiełku miasta. Brak tu nowoczesnego nadęcia, geometrycznego do bólu designu i dań składanych pęsetą. Jedzenie może nie jest wybitne, ale (mimo niektórych wpadek) jest tak po prostu, zwyczajnie, konwencjonalnie dobre. Warto się wybrać, polecamy!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 7/10








xoxo
Magda

poniedziałek, 21 maja 2018

Meat&Roll

ADRES: Starowiślna 68, Kraków
KUCHNIA: polska, europejska, street food
ZAKRES CEN: 17,50-24,90PLN, Kraków
W INTERNECIE: facebook










Od początku kwietnia na Starowiślnej działa nowe miejsce z kanapkami. Super, bo znów pojawiła się alternatywa dla wszechobecnych burgerów, kebabów i innych tego typu rzeczy, gdzie nie zawsze można się spotkać z  oczekiwaną jakością produktów.

Lokal jest niewielki, ale urządzony bardzo przejrzyście i estetycznie w jasnym drewnie i szarościach. Właściwie serwują street food,  więc zapewne większość klientów zabiera kanapki na wynos, ale w razie czego stworzono możliwości, by na spokojnie zjeść na miejscu - przy ladach po boku są wygodne hokery. 

Oprócz jednego wyjątku wegetariańskiego (panierowany grzybek portobello, świeży szpinak, jajko sadzone, pomidor, sos czosnkowy) wszystkie serwowane kanapki mają mięcho. Na szczególną uwagę zasługuje ta z chorizo, bo ekipa Meat&Roll tworzy tę kiełbaskę samodzielnie. Dobrze brzmi też opcja z golenią wołową, grillowaną cebulką i sosem musztardowo-chrzanowym. To takie kanapki po polsku, z porządnym mięsem, które większość rodaków lubi i szanuje. Jest i kurczak z dodatkami w dwóch wersjach. W planach są jeszcze kanapki sezonowe, w których znajdą się aktualnie dostępne dary natury.

Jako, że buły są słusznych rozmiarów podczas jednej wizyty byliśmy w stanie przetestować dwie. Porcja jest więc zacna - jak najbardziej zaspokoi na kilka godzin nawet najpojemniejsze brzuszki.
Duszone żeberka (21,90PLN) rządzą! Mięso pieczołowicie przygotowane rozpływa się w ustach, jest ultramiękkie i aromatyczne. Idealnie pasował tu słodkawy, śliwkowy sos BBQ i czerwona kapusta. Nie gorzej było z sezonowanym antrykotem (24,90PLN). Soczysty kawał mięsiwa z stopniu wysmażenia medium też sprawił nam dużo radości. Nie raz w regularnych restauracjach podawano nam antrykoty za cenę X razy większą, które w smaku i formie przypominały raczej podeszwę od gumiaka niż wołowinę. Ten stek gryzł się łatwo i przyjemnie, więc i jakość mięsa i wykonanie na duży plus. Do tego świeże warzywa (wreszcie pyszny pomidor, który nie smakuje jak woda), chrupiąca rukola, czerwona cebula, ogórek konserwowy, sos BBQ i tapenada z oliwek. Porządny i pożywny zestaw.
Bułka to taka nasza polska piekarniana klasyka - wielka, biała i pszenna. Zrobiona na maksymalnie chrupko jak najbardziej pasuje do całości, w szczególności do mięs.

Obsługa w Meat&Roll chętnie doradzi w wyborze, jest miła i zaangażowana. Widać też duże doświadczenie w gastronomii, dobrą energię i chęć do karmienia ludzi dobrymi rzeczami.

Bardzo spodobał nam się ten bar kanapkowy, bo jest ujmujący w swej prostocie, nieskomplikowany i niehipsterski. To szczere, uczciwe jedzenie bez półśrodków. Tu dba się o jakość produktów, co właściwie definiuje dobry, porządny street food. Meat&Roll wróżymy świetlaną przyszłość i życzymy wszystkiego pysznego!

JEDZENIE: 9,5/10
OBSŁUGA: 9/10
CENY: 8,5/10
WYSTRÓJ: 9/10

Ocena ogólna: 9/10





Meat&Roll dziękujemy za zaproszenie na kanapki.
xoxo
Magda





poniedziałek, 19 lutego 2018

Qrudo

ADRES: Wąska 2, Kraków
KUCHNIA: polska, żydowska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 44-78PLN
W INTERNECIE: facebook | www









Tegoroczne Walentynki spędziliśmy w uroczym Qrudo na Kazimierzu. Przy okazji tej wizyty uświadomiliśmy sobie jedno: bardzo, bardzo rzadko jadamy w restauracjach polskich. Zastanowiliśmy się też nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Otóż odstraszają nas knajpy dla turystycznych tłumów serwujące masowe, bezpłciowe 'polish food' w postaci mrożonych pierogów, czy twardego schabowego na pół talerza. W takiej konwencji niestety utrzymana jest zdecydowana większość polskich restauracji w centrum, czy na Kazimierzu. Qrudo miało odczarować te nasze skojarzenia. I cóż, chyba się udało, bo ten wyjątkowy wieczór spędziliśmy bardzo miło.

Qrudo należy do miejsc elegantszych, ale na szczęście w środku nie da się wyczuć patosu. Jest skromnie, minimalistycznie, a jedynym elementem ożywiającym wnętrza są amarantowe krzesła (bardzo wygodne zresztą). Stonowane szaro-beżowe nakrycia, proste świeczniki, gdzieniegdzie butelki wina - to taki restauracyjny smart casual. Na randkę w sam raz.

Zgrabne menu zapisano na długiej (ciut nieporęcznej) karcie. W większości są to miło brzmiące, zmyślnie skomponowane i wcale nie nudne elementy kuchni polskiej. Wśród przystawek smażona przepiórka z duszoną cykorią, żelem z winogron, musem z karotki i konfiturą z gruszki lub marynowane moskale z polską wódką ziemniaczaną. Zupa rakowa według staropolskiej receptury, żeniaty na zającu (czyli śląski żur). W daniach głównych pieczony udziec jagnięcy z chrupkami orkiszu i sosem z palonego czosnku. Znalazło się też miejsce dla dwóch typowo żydowskich potraw (dzielnica zobowiązuje) - żydowska penicylina, czyli rosół z mięsnymi uszkami oraz pierś z gęsi z pęczakiem z daktylami, duszoną czerwoną kapustą i sosem piernikowym. Polskich akcentów mniej jest w deserach - tu kucharze stawiają na międzynarodowe pewniaki takie jak nugat, czy porzeczkowe cannelloni.
Karta win jest klasyczna i całkiem przystępna, chociaż chętnie widziałabym tu również butelki z lokalnych winnic. Spróbowaliśmy dwóch etykiet - rześkiego półciężkiego Aresti Gewurztraminer (16PLN za 15cl) oraz mocnego czerwonego Chianti Dante Alighieri (20PLN za 15cl). Pierwsze polecamy jako aperitif, drugie do mięs.

Na początek dostajemy terrinę pomidorową ze świeżym, delikatnym pieczywem - poczęstunek od kuchni. Ten francuski specjał, brat bliźniak naszego pasztetu w smaku był bardzo subtelny i jak najbardziej mile widziany w roli pierwszej przekąski.
Korzystając z okazji skusiłam się wreszcie na mój pierwszy raz z drobiowym tatarem. Surowa gęś, pikle, żółtko przepiórcze i jadalna ziemia (30PLN) to kompozycja udana, produkty świeżutkie i pięknie podane. Tatar z drobiu nie jest jednak moją bajką i dzięki zamówieniu tego dania już wiem, że nigdy nie wygra z wołowym. Ale oczywiście warto było spróbować. Bardzo udanym elementem talerza była jadalna ziemia z podsmażanego pumpernikla i czarnych oliwek - świetnie zgrywała kwaśność pikli i specyficzny smak mięsa.
Drugi starter - tytułowe Qrudo (29PLN) nieco nas zaskoczył, bo z karty nie wynikało, że będzie to po prostu porządny talerz sałaty. Słodziutka, karmelizowana gruszka, przyrządzony na tłusto smażony kozi ser, twardy, niemal surowy burak, orzechy, koper włoski i sos malinowy, a to wszystko na górze zieleniny... No, może nie brzmi szałowo, ale ten miks smakował bardzo dobrze. Udało się przemycić fajną jakość składników mimo, że na większość z nich nich nie ma teraz sezonu. Chociaż zamawiając spodziewaliśmy się zupełnie innej formy to danie nie było rozczarowaniem.
Wszystkie dania główne w karcie brzmiały dobrze, ale w końcu wybór padł na skoki z królika (46PLN) oraz comber z jelenia (78PLN). Oba dania pięknie podane, cieszyły oko. Na szczęście równie pięknie smakowały.
Do świetnie wypieczonej, mięciutkiej nogi królika z chrupiącą skórką dopasowano buraczane kopytka, cieniutkie nitki warzyw al dente oraz delikatny sos musztardowy. To danie łagodne, bardzo poprawne, bez ekstrawagancji, ale z klasą. Jako miłośniczka ostrzejszych wrażeń chciałabym doszukać się tam wyraźniejszej musztardy (np. dijon), by skontrastować bardzo subtelny smak króliczego mięsa, no ale to już tylko osobiste preferencje. Technicznie to danie jest wspaniałe.
Jeśli chodzi o jelenia to zdecydowanie został on zwycięzcą tej kolacji. Bo tak przyrządzić trudne mięso to trzeba umieć! Idealnie różowe, w ustach niemal aksamitne. Jelenina to mięso szlachetne i w Qrudo traktują je z należytym szacunkiem. W roli dodatków doskonale sprawdziło się ekstremalnie chrupiące, ziemniaczane rosti, mini gołąbek z kasztanami, borówka brusznica oraz słodko-gorzki sos z kawy i czekolady.
Po takich miłych doświadczeniach nie mogliśmy sobie odmówić jeszcze deserów zwłaszcza, że wreszcie znaleźliśmy w tym temacie coś kreatywnego (a nie tylko lody i tiramisu, jak to przeważnie bywa). Zaintrygował nas przede wszystkim grzybowy creme brulee (19PLN). No bo jak to - nasze polskie podgrzybki, prawdziwki na słodko?! Sceptycyzm okazał się jednak niepotrzebny, bo dużą porcję kremu pochłonęliśmy niemal z zachwytem. Był lekki, dość rzadki, ale gładziutki i przyjemnie słodki, śmietankowy. Grzyby rzeczywiście było czuć, ale tylko na końcu języka. To było fajne i ciekawe.
Zazwyczaj nie zamawiam sufletów, bo robi się je z ciemnej czekolady, która niekoniecznie trafia w moje kubki smakowe. Ale Qrudo wyszło mi naprzeciw, bo robią suflet z białej czekolady (20PLN). Musiałam spróbować! Jak się okazało ciepłe, pięknie wyrośnięte ciastko smakowało bardziej budyniem niż czekoladą, ale i tak był to deser na piątkę z plusem. Słodycz przełamały kwaśne owoce - limonka i ostropest. Na talerzu był też uroczy śnieg z malin, który naprawdę wyglądał jak różowy puch, a przy tym nie stracił pierwotnego smaku owocu.
Poczęstunek od kuchni był na początku, ale też i na końcu. Na pożegnanie uraczono nas maleńkim kieliszkiem limoncello.

Obsługa kelnerska jest jak najbardziej na odpowiednim poziomie. Panowie uprzejmi, ale nienachalni. Obeznani w karcie cierpliwie tłumaczą czasem zagadkowo brzmiące nazwy. Znają też specyfikację win, chociaż przy serwisie trunków zabrakło trochę techniki (ale na to przymykamy oko, nie jesteśmy w końcu w sztywnej, gwiazdkowej restauracji). No i trochę szkoda, że nikt się z nami nie pożegnał.

I właśnie takiej polskiej kuchni chcemy w restauracjach. Nowoczesnej, dopracowanej, wysokojakościowej. Qrudo świetnie traktuje szlachetne mięsa, dobiera proste, ale efektowne dodatki. Dania są równe, piękne i bardzo, bardzo dobre. A i klimat sprzyja, by wpadać tam częściej. Bardzo polecamy!

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 8/10










xoxo
Magda








poniedziałek, 6 listopada 2017

Walenty Kania ''Kuchnia dla odważnych''

ADRES: -
KUCHNIA: polska, europejska, kuchnie świata
ZAKRES CEN: 15-25PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Na Walentego Kanię oko mieliśmy już od dawna, kiedy pierwszy raz spróbowaliśmy jego wyrobów (tę kiełbaskę z sarny pamiętam do dziś, chociaż było to już kawał czasu temu). Nikt nie zaprzeczy, że to food truck wyjątkowy, niepowtarzalny i każdy kulinarnie ciekawski powinien go odwiedzić chociaż raz.

No ale z tym mamy już niestety problem, ponieważ pan Walenty przestał parkować na Placu Izaaka jeżdżąc wyłącznie na występy gościnne, zazwyczaj poza Kraków. Nam udało się go złapać na ostatnim w tym roku zjeździe food trucków pod Galerią Kazimierz. Stałego punktu już nie ma i raczej nie będzie (wiedza zaczerpnięta bezpośrednio ze źródła). Fanom pozostaje zatem wnikliwa obserwacja Facebooka, bo stamtąd możemy dowiedzieć gdzie, co i kiedy. Szkoda! I w pewnym sensie spora strata dla krakowskiego światka kuchni na kółkach.

Na czym jednak polega fenomen kuchni Walentego Kani? A no na tym, że zabiera się on za to co pozornie dziwne, zapomniane, kontrowersyjne (przez niektórych nazywane obrzydliwym, chociaż przeważnie nigdy wcześniej tych rzeczy nie mieli w buzi). Mowa o jądrach, nerkach, móżdżkach, purchawkach (grzyb, który na pewno znacie i raczej nie wiedzieliście, że jest jadalny), ozorkach, przeponach. Do tych mniej intrygujących propozycji można zaliczyć kiełbasę z konia, kozy, czy barana. Menu nie jest stałe. Dostępne jest to co akurat pan Walenty miał ochotę ugotować, jaki produkt akurat złapał. W zdecydowanej większości są to dania i wyroby autorskie, ale widać wyraźne inspiracje kuchnią wschodnią lub staropolską. Zdarzają się też akcenty południowoamerykańskie, a nawet afrykańskie. Dla wszystkożerców zwariowanych na punkcie rzeczy nowych i innych (czyli dla nas) to mały, kulinarny raj.

Na początek raki po polsku (20PLN), czyli gotowane w koperku. Porcja raczej degustacyjna, bo chociaż talerz zaczerwienił się od tych stworzonek to same w sobie mięska mają niewiele. Raki to typowy staropolski przysmak i to miło, że mamy food truck, który je serwuje, bo nawet w restauracjach o nie ciężko. Dobre, a raczej pyszne! Miękkie, białe mięsko rozpływało się w ustach i zdecydowanie warte było paprania się w skorupkach.
Najbardziej chcieliśmy spróbować tych kontrowersyjnych byczych jaj (25PLN). Akurat tego dnia podawane były po góralsku, czyli w kapuście z kwaśną śmietaną, całość w formie kanapki w grubej bułce. Jak większość podrobów jądra byka mają miękką, nieco gąbczastą konsystencję. Czuć wyraźnie wołowy posmak. Nie ma wątpliwości, że zostały przygotowane perfekcyjnie - były odpowiednio miękkie, ze skoncentrowanym smakiem, a typowo polskie dodatki genialnie pasowały do tego egzotycznego nieco produktu. Tu jednak odezwał się mój prywatny, indywidualny gust i już wiem, że bycze jądra to nie moja bajka (podobnie jak grasica). Ale cieszę się, że już wiem jak smakują. 
Spróbowaliśmy jeszcze dwóch zup. Gęsie żołądki (20PLN) w warzywnym, świetnie doprawionym wywarze oraz rosół z kurzymi łapami (15PLN). Żołądki to trudny podrób, bo łatwo uzyskać efekt żylastej gumy nie do przełknięcia. Ale to nie u Walentego. Tutaj żołądki są zaskakująco delikatne, idealne. A zupa z nimi to taka domowa, klasyczna polewka. Rosół natomiast polecamy na kaca - konkretny, tłusty i ciężki. Wystające z niego kurze nogi wraz z pazurami wzbudziły lekki szok u najbliższego otoczenia (no, może rzeczywiście wizualnie jest to danie trochę jak z horroru). Na mnie jednak nie zrobiły większego wrażenia, ponieważ dzięki babci spróbowałam ich już jakieś 20 lat temu i wcale nie uważam, że to dziwne, czy obrzydliwe danie. Trochę drobiowego tłuszczyku, nieco chrząstek... taka wkładka w zupie, do poobgryzania. I tu się powtórzę - fajnie, że to staropolskie wspomnienie serwuje nam właśnie food truck.

Chociaż jeszcze nie tak dawno temu nasza rodzima kuchnia praktycznie nie istniała bez podrobów (nasze mamy i babcie z pewnością dobrze to pamiętają) w dobie kuchni fusion zniknęły one z naszych stołów nagle i prawie całkiem. I Walentemu chwała za to, że odgrzebuje je z czeluści udowadniając, że to też jedzenie. I to dobre jedzenie. Zawsze byłam również zwolenniczką wykorzystywania zwierząt w kuchni od nosa do ogona, bo w końcu tracą życie, byśmy mogli je zjeść. I tej filozofii dopatruję się w food trucku Kuchnia dla Odważnych. Ubolewam, że teraz to będzie już rzadki rarytas dostępny tylko przy okazji foodtruckowych świąt.

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda

poniedziałek, 25 września 2017

Biała Róża

ADRES: Straszewskiego 16, Kraków
KUCHNIA: polska, fine dining
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 32-74PLN
W INTERNECIE: facebook | www









W Krakowie fine dining ma się całkiem dobrze, ale wciąż jest go mało. Ten ekskluzywny nurt w gastronomii jest trudny i potrzebuje niemałego wysiłku restauratorów, aby nie skończyło się groteską. Właśnie w temacie fine diningu Białą Różę polecano nam często. I korzystając z naszej prywatnej okazji specjalnej tych poleceń posłuchaliśmy.

Mimo, iż restauracja znajduje się w samym sercu Krakowa jest lekko schowana w spokojnym podwórzu nieopodal Filharmonii. Nie ma więc głośnych tłumów turystów, wielkomiejskich dźwięków ulicy. I już od progu zachwyca bardzo przyjemną atmosferą, idealną na romantyczną randkę, czy wyjątkową okoliczność. Jest bardzo elegancko, ale bez przerysowanego patosu. W wystroju widać staropolskie inspiracje w postaci na przykład wielkiego kredensu z piękną zastawą w środku. Klimatu dodają czarno-białe zdjęcia starego Krakowa i przygaszone, ciepłe światło. Oprócz tradycyjnych stolików można wybrać nieco intymniejsze miejsce w loży, na wygodnych kanapach. W tym wnętrzu udało się zachować potrzebną równowagę, której często brakuje restauracjom z wyższej półki, gdzie elegancja mylona jest ze sterylnością.

Za kuchnię odpowiedzialny jest młody i ambitny szef Łukasz Cichy, który w swoim menu hołduje galicyjskiej tradycji. Jest to selekcja czystych, polskich smaków bez fusion eksperymentów. Ukłon w stronę skarbów regionu, swoisty miks tradycji z nowoczesnością. Wśród przystawek między innymi wędzona słonina złotnicka z podgrzybkiem i lodami chrzanowymi lub deska polskich serów zagrodowych. Dania główne: okoń jeziorny z kaszą krakowską, szpinakiem, brokułami i sosem rakowym lub pierś z kaczki z agrestem, kluskami leniwymi, selerem i kalarepą. Są też pierogi, gołąbki, kapłon i schab. Na deser owoce zapiekane pod koglem moglem z lodami jeżynowymi, a dla łasuchów selekcja słodkości.
Taka kuchnia nie może obyć się bez dobrego wina i w tym temacie Biała Róża proponuje kartę imponującą zarówno jeśli chodzi o ilość, jak i jakość. Plus za bardzo duży wybór win regionalnych z niedalekich winnic (Goja, Modła, Miłosz, Jakubów i inne), sporo opcji na kieliszki. My zdecydowaliśmy się na sprawdzoną już wcześniej butelkę Cuvee ze Srebrnej Góry (80PLN). To biały, lekki pewniak, który skomponuje się praktycznie z każdym daniem.

Przeglądając już wcześniej menu na stronie internetowej regionalne kompozycje szefa kuchni zainteresowały mnie tak bardzo, że jedynym słusznym wyborem było menu degustacyjne (140PLN, 6 dań). To idealna opcja, by poznać przekrój możliwości i kunszt kucharza nie ograniczając się do jednego czy dwóch pozycji z tak ciekawej karty. Cała kolacja była czymś na kształt niespodzianki (nie wiedzieliśmy wcześniej z jakich dań będzie się składać), o talerzach opowiadano nam dopiero gdy były przed nami.
Na początek podano domowe pieczywo (bardzo delikatne, wręcz kruche) i powitalny poczęstunek na jeden kęs - pasztet kaczy (kremowy w konsystencji, wyraźny w smaku) z chrupką grzanką. I już po tym amuse bouche wiedzieliśmy, że będzie dziś dobrze!
Pierwszą z wielkiej szóstki była przystawka zimna, czyli niezawodny, delikatny pstrąg ojcowski lekko podwędzany podany bez skórki. Ta nasza małopolska perełka rzek jest coraz częściej doceniana w wysokiej kuchni. W towarzystwie nienachalnych dodatków: kalafiora pod dwiema postaciami (chrupkie mini-główki i wyjątkowo aksamitne puree), marynowanej papryki i uroczych ogórków baby z pstrąga udało się wydobyć to co najlepsze. Całość skroplono zbalansowaną oliwą koprową.
Głównym elementem przystawki drugiej (ciepłej) były policzki wołowe, które już jakiś czas temu wróciły do kuchennych łask. Lubimy to charakterystyczne w smaku mięso, którego przygotowanie do najprostszych nie należy. Tutaj rzecz jasna wszystko się udało, rozpływało w ustach tak jak powinno to robić mięso z wyraźnymi włóknami. Do policzków dobrano lekkie, niegorzkie puree z selera, idealne żółtko-mus gotowane w 58 stopniach, rydze i cierpką, dobrze kontrastującą pianę z cydru. W tym daniu było wszystko na miejscu i na czasie - świetny wstęp do polskiej jesieni.
O zupę prawie się pokłóciliśmy :) Towarzysz kolacji był nią zachwycony, ja natomiast chyba nie zrozumiałam tej koncepcji. Słodkie, nieco mdłe lody bazyliowe zalano gęstym i treściwym kremem z borowików. O ile sam krem - poezja, znów jesień w pełnej krasie na talerzu tak lody zniszczyły mi to danie. Nie pasowały mi tu w ogóle, gryzły się z grzybami. Ale w tej opinii byłam sama, bo drugi jedzący zakochał się w niekonwencjonalnym połączeniu od pierwszej łyżki. To dobrze jak kuchnia prowokuje i budzi emocje.
Przed daniem głównym podano intermezzo - praktyczny przerywnik służący nie tylko do smakowania, ale też do oczyszczenia kubków przed dalszą częścią kulinarnego spektaklu. Trafił się sorbet jeżynowy z kruszonką ze słodkich orzechów obficie polany polską wódką dereniówką. Cierpki, mocny smak alkoholu z owocami leśnymi był w tym momencie kolacji jak najbardziej potrzebny i tajemniczo zapowiadał to, co miało jeszcze pojawić się przed nami.
Danie główne było niekwestionowanie najmocniejszą pozycją z całego menu i tym razem byliśmy co do tego zgodni. To była inspiracja lasem, polską wsią, porą roku. Niby proste, ale skomponowane w sposób ujmujący. Gwiazdę talerza - ultradelikatny, krwisty comber jagnięcy udekorowano mchem pietruszkowym. Zgrabnie wykrojona pieczeń z królika uwodziła podniebienie aromatem. Wariacja na temat ziemniaka spodobała mi się bardzo. Był w formie trufli chrupiącej na zewnątrz, z gęstym kremem ziemniaczanym w środku (w smaku przypominał troszkę tradycyjne puree, a troszkę kluski śląskie). Do tego urocza słodko-kwaśna kulka z marchewki marynowanej w occie winnym. Wszystkie te elementy ułożono na słodkawym, również genialnym puree z czerwonej cebuli i oblano sowicie sosem z czerwonego wina. Było to spójne i przemyślane danie dowodzące, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym warsztatem.
Deser ostudził emocje. Mieszanka słodkich różności - truskawkowy makaronik, musy owocowe, lody śmietankowe, bezy, kremy. Dużo elementów, ale żaden nie prowadził tego dania. Jestem trudnym odbiorcą deserów, bo na ogół za słodyczami nie przepadam i być może dlatego ten był dla mnie niemal obojętny. W pamięć zapadł mi tylko konkretny, kwaśny mus z marakui, ale reszta przeszła bez echa i słabo skleiła mi się z resztą naprawdę udanej kolacji.

Jeszcze przed wizytą w restauracji pojawił się mały zgrzyt związany z rezerwacją stolika. Ku wielkiemu zdziwieniu (bo dobrze wiemy, że restauracje wyższej klasy nie są tłumnie odwiedzane na co dzień, a główna sala Białej Róży może pomieścić aż 100 gości) okazało się, że nie ma wolnych miejsc w kilku proponowanych przez nas terminach w środku tygodnia. Udało się dopiero zrobić rezerwacje z dwutygodniowym wyprzedzeniem, ale zostaliśmy przy tym uprzedzeni, że już zarezerwowanych jest około 50 miejsc i że to może przeszkadzać. Nam jednak nie przeszkadzało i zgodziliśmy się na ten odleglejszy od naszych wstępnych planów termin. No i jak się okazało podczas wizyty oprócz nas w restauracji były jeszcze tylko dwie pary (w tym tylko jedna z rezerwacji). Czyżby nagle prawie 50 osób odwołało rezerwacje? Dziwne. Mieliśmy wrażenie, że ktoś po prostu chciał nas przez ten telefon zniechęcić do przyjścia. Bardzo dziwne.
Za to na miejscu doświadczyliśmy profesjonalnego serwisu z prawdziwego zdarzenia. Wreszcie! Bo nie od dziś wiadomo, że w mieście jest z tym problem. Zajmująca się nami kelnerka posiadała imponującą wiedzę o winach i chętnie się nią dzieliła, opowiadała o daniach, była czujna i zawsze w gotowości. Rozmowna, ale nie nachalna. Wysokiej kultury, ale bez przysłowiowego kija w tylnej części ciała :) Bo powiedzmy sobie szczerze - zbyt drętwi kelnerzy potrafią skutecznie popsuć wieczór i nawet przyćmić dobre jedzenie. Tutaj czuliśmy się bardzo komfortowo i tak to powinno wyglądać wszędzie.

Wieczór w Białej Róży był bardzo udany. Kolacja degustacyjna wywołała emocje, dopieściła zmysły. Z większością pomysłów szefa kuchni jak najbardziej się zgadzam i szanuję jego podejście do produktu regionalnego, sezonowych darów natury, do kulinarnego dziedzictwa Krakowa i okolic. Biała Róża nie podąża za modą na szalone eksperymenty, idzie jasno wytyczonym przez polską kuchnię torem prezentując to co mamy najlepsze w wersji stonowanie unowocześnionej. To perełka, którą warto mieć w mieście szczególnie na specjalne okazje.

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 9/10
WYSTRÓJ: 8,5/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 9/10









xoxo
Magda

poniedziałek, 11 września 2017

Czardasz

ADRES: Wolska 2, Kraków
KUCHNIA: polska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 8-20PLN
W INTERNECIE: -






Do tego miejsca zupełnie w ciemno przywiódł nas przypadek (to znaczy głód i brak alternatyw w najbliższej okolicy). Nauczeni doświadczeniem, by nie oceniać książki po okładce (mam tu na myśli na przykład genialną pizzę od Vincenzo Pedone) weszliśmy się posilić i zobaczyć co na Kozłówku w garnkach gra.

Z zewnątrz to miejsce wygląda jak upiór z dawnych lat. Odrapana buda w szaro-żółtym kolorze, nazwa wymalowana bordową farbą... Jest źle. A wewnątrz wcale nie lepiej. Dwie sale wyrwane rodem z PRLu w całej swej rozciągłości - od sufitu po okna i stoły. Staromodne firany, przytyrane prawie białe obrusy z narzuconymi tiulowymi szmatkami bordo. Przyprawy w pojemnikach każdy z innej rodziny, nie pierwszej czystości. Na ścianach lustra i dziwne błękitne malowidła kompletnie z innej bajki. Ma się wrażenie, że ten lokal lata świetności przeżywał jakieś 25 lat temu i od wtedy nie zmienił się ani trochę (tylko trochę zbutwiał). Ten swoisty folklor podkręcają jeszcze stali bywalcy, którzy bynajmniej nie przychodzą tu zjeść, a raczej ugasić permanentne pragnienie za pomocą złotego trunku.

Do całej konwencji pasuje też i menu. Ogromna księga w skórzanej oprawie ma w środku wszystko i nic. Myląca może być węgierska flaga na pierwszej stronicy (jak i sama nazwa Czardasz), ponieważ nic węgierskiego tu nie znajdziemy (nie licząc akcentów w stylu placków po węgiersku). Jak na polski oldschool przystało zakąsek do wódeczki nie brak. Śledzik, galaretka, jajka, ogóreczki, biała kiełbaska z cebulką, krokiet solo. Barszczyk, rosołek, żurek, flaczki. Zrazy, golonko, pierogi, zapiekanka, hamburger, cheesburger (pisownia oryginalna). Jak by komuś było mało może coś z a la carte; kotlet de Volaille, medaliony, antrykot z kurczaka (serio!), brizol, bitki, szaszłyk, sznycel i nieśmiertelny schabowy na kilka sposobów. Ewentualnie ryba w panierce (mintaj, morszczuk). I proszę uwierzyć, że to nie było wszystko, podałam dostępne opcje wybiórczo. W deserach jakoś tak skromnie, bo tylko banan z bitą śmietaną i lodami, lody solo i naleśnik.
Do picia trunków mocniejszych sporo, ale i wino się znalazło - Sofia, szampan Dorato...

Przyznam, że się bałam zamawiać czegokolwiek z tak ogromnej karty, bo jak wiadomo zawsze niesie to za sobą pewne ryzyko. Nie ma szans, żeby chociaż 50% dań było świeże/niemrożone/wykonane na bieżąco. Najbezpieczniejszy zatem był zestaw dnia (15PLN) gotowany jak przypuszczam dnia tego samego. Trafiła się zupa ziemniaczana - całkiem niezła, domowa. Przyprawiona kminkiem, z zasmażką. Uczciwa, gęsta, domowa polewka. Schody zaczęły się przy daniu drugim, a padło na pulpety w sosie śmietanowym. Mięso smaczne - przede wszystkim świeże, pachnące, dobrze rozbite i przyprawione (czuć, że ktoś tu ma rękę do przypraw). Ale sos... klękajcie narody! Wodnisty, szary, glutowaty płyn nie miał ze śmietaną nic wspólnego i nawet we mnie wzbudził odrazę (a jadłam już różne rzeczy i o to naprawdę trudno). Do tego kiepskie ziemniaczki z wody i za kwaśna (mam nadzieję, że nie skwaszona) marchewka... Mimo dobrego mięsa całość na nie. Takiego 'sosu' się nie wybacza.
Towarzysz podszedł do tematu odważniej i zamówił najdroższą pozycję z karty - polędwicę wieprzową (20PLN) z kluseczkami węgierskimi (5PLN) i surówką z pomidora (5PLN). Polędwica zamordowana, oczywiście mrożona, sucha i twarda, obsypana również mrożonymi, ociekającymi tłuszczem pieczarami. Kluseczki potraktowano ostrą papryką w proszku z najniższej półki (to się naprawdę czuje), również obtłuszczone maksymalnie. Surówka z pomidora? Po prostu surowy pomidor bez deczka smaku pomidora pokrojony w plastry, obsypany surową cebulą. Dramat!
Czarę goryczy przelała śmietanka do kawy. Była zamrożona, całkiem. Być może kawa również wyleżała się przedtem w zamrażarce? Coś strasznego.
Ale za to wszystkie dania podano zgodnie z konwencją na babcinej zastawie, z masą 'pięknych' (czyt.przebrzmiałych kilkadziesiąt lat temu) dekoracji z sałaty, pora i ogórka... Ehh.


Miła kelnerka grzecznie się z nami przywitała, odprowadziła do stolika, przyjęła i przyniosła zamówienie, no i kiedy już wszystko tak miło się układało... zapomniała o nas zatracając się w rozmowie z piwoszami przy barze. Po rachunek wybraliśmy się sami. Aha, rachunku nie można zapłacić kartą co jest kolejnym dowodem na to, że tu czas zatrzymał się w roku 1989. No i oczywiście Czardasz praktycznie nie istnieje w internecie (brak www, brak Facebooka).

Sama nie wiem czy to jest bardziej śmieszne, czy jednak straszne... Można oczywiście robić kuchnię w stylu vintage, taką polską-ludową, ale błagam - uczciwie! Na sto pięćdziesiąt dań mięsnych w karcie już nikt (mam nadzieję) nie da się nabrać. Czardasz to nikczemny upiór na gastronomicznej mapie Krakowa i osobiście nie radzę, nie polecam, chcę zapomnieć.

JEDZENIE: 1/10
OBSŁUGA: 3,5/10
WYSTRÓJ: 1,5/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 2/10







xoxo
Magda

niedziela, 30 kwietnia 2017

Przypiecek

ADRES: Sławkowska 32, Kraków
KUCHNIA: polska, pierogi
ZAKRES CEN PIEROGÓW: 8-22PLN
W INTERNECIE: facebook | www





Nocą w Krakowie ewidentnie jest gdzie się napić, ale czy jest gdzie zjeść? Niestety, niekoniecznie. Restauracji czy barów z nocną kuchnią mamy jak na lekarstwo. Jednym z niewielu przybytków otwartych również nocą w samym centrum miasta jest pierogarnia Przypiecek, która serwuje polskie przysmaki 24h na dobę. 

Lokal jest niewielki, ale w środku zmieszczono dość dużo miejsc siedzących. W wystroju widać turystyczny blichtr (jak to w knajpach przy rynku bywa) w postaci stylizowanego drewna, czy obrazków na ścianach z zabawnymi cytatami dotyczącymi oczywiście pierogów. Klimat trochę barowy, trochę karczemny. Obowiązuje samoobsługa - zamówienia składa się przy barze, gdzie też odbieramy dania, gdy są gotowe. Talerze i sztućce są jednorazowe. Wszystko wskazuje na swoisty pierogowy fast food.

Przypiecek posiada jedno z najmniej czytelnych menu z jakimi spotkałam się w Krakowie. Rodzaje dostępnych pierogów rozwieszone są pod sufitem na osobnych kartkach A4, przez całą ścianę. Aby coś wybrać trzeba nieźle się narozglądać. A pierogów jest rzeczywiście mnóstwo. Oprócz klasyków (ruskie, z mięsem) jest trochę umiarkowanej kombinacji (z kurczakiem i fasolą, z łososiem, z jeleniem). Ze strony internetowej dowiedziałam się również, że serwowane są klasyczne, polskie dania obiadowe (bigos, kopytka, gołąbki) oraz śniadania.

Postanowiłam spróbować dwóch klasycznych, chociaż w naszych rejonach mało popularnych farszów. Z podzieleniem porcji na dwa smaki nie było problemu. Słowiańskie (5PLN), czyli z ziemniakami i kapustą kiszoną jak najbardziej trafiły w mój gust. Smaczny, gładki farsz, dobrze słony był nieco podobny do znanych wszystkim ruskich. Mój drugi smak na talerzu, czyli kresowe (6PLN) z kaszą gryczaną i wątróbką nie wzbudziły większych emocji. Sam farsz był dobry, natomiast zabrakło mi tu trochę aromatu przypraw, czy choćby cebulki. Moja porcja polana była skromnie klasyczną, maślaną omastą ze skwarkami.
Drugie nasze pierogi były słodkie - z jabłkiem, różą i kaszą (13PLN), omaszczone śmietaną. Towarzysz kolacji, miłośnik słodkich pierogów był nimi zachwycony. Ja jednak nie podzieliłam aż takiego entuzjazmu. Ot, słodko-kwaśne pierogi z wyraźnym, dominującym posmakiem gorzkawej kaszy grycznej. Dobre, ale nie mogą równać się na przykład z prostym nadzieniem truskawkowym. 
Ciasto było jak najbardziej poprawne - nie za cienkie, nie za grube, nieprzeparzone. Widać, że pierogi są tu robione ręcznie (każdy z nich miał inny, nieregularny kształt przez co ładnymi ich nazwać nie można:)). Nasze pierogi nie uniknęły jednak mrożenia, ale jak wiadomo to pierogom szkodzi tylko odrobinę.

Obsługa jest typowo barowa. Pan raczej nie był zbyt chętny, by doradzać w wyborze, nie sprawiał też wrażenia zadowolonego z przebywania w pracy. Jego rola ograniczała się do kasowania i wydawania dań. 

Pierogi w Przypiecku są dobre i tanie, ale zupełnie przeciętne, o których szybko się zapomina. Raczej nie stawia się tu na jakość, ale na ilość. Taki polski, domowy fast food. Pierogarnię tłumnie odwiedzają turyści, bo ma trochę turystyczny profil. Dobrze, że jest otwarta również nocą co stanowi miłą alternatywę dla amerykańskich sieciówek dla rynkowych imprezowiczów. Pewnie jeszcze kiedyś tu zajrzymy, ale wciąż będziemy poszukiwać doskonałej, krakowskiej pierogarni.

JEDZENIE: 6/10
OBSŁUGA: 3/10
WYSTRÓJ: 6,5/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 5,5/10



xoxo
Magda

piątek, 20 stycznia 2017

Pieprz i Wanilia

ADRES: Gołaśka 1a, Kraków
KUCHNIA: włoska, polska, europejska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 10-38PLN
W INTERNECIE: facebook | www









Stary, szary, smutny Kapitan na Kurdwanowie przeszedł niedawno prawdziwą reinkarnację! Narodził się na nowo w postaci rodzinnej restauracji Pieprz i Wanilia i od razu rzeknę, jako mieszkanka tej dzielnicy - takiego miejsca było nam trzeba.

Cała oprawa graficzna jest przejrzysta i estetyczna. Podobnie jest z wnętrzem - jasne, świeże, nieco surowe (ale nie sterylne!). Dominują biel, szarość i jasne drewno. Ściany urozmaicają duże niby-okiennice ze zdjęciami włoskich miast. Mimo sporej przestrzeni i wielkich stołów rzeczywiście jest rodzinnie i przytulnie. Dzieci będą zadowolone z kącika zabaw, a dorośli z nieformalnej, przyjemnej atmosfery. Jedynym elementem, który moim zdaniem szkodzi nastrojowi w tym miejscu jest nachalne, radiowe disco, które pasuje tu jak kwiatek do kożucha.

W menu przede wszystkim widać Włochy (pizza, domowe makarony, risotto), trochę Fracji (pate z drobiowych wątróbek) oraz naszą rodzimą kuchnię (rosół, schabowy). Nawet miłośnicy owoców morza w czwartki i piątki znajdą tu świeże mule. Zazwyczaj stronię od takich mieszanych włosko-polskich restauracji bez precyzyjnego kierunku, bo często efekty na talerzu bywają poniżej przeciętnej. Tutaj jednak kuchnia się broni i nie należy się zrażać tym, że w jednej karcie znajdziemy tak popularną u nas pizzę, jak i schabowego. Jest kilka naprawdę ciekawych pozycji jak na przykład risotto z buraków, czy krem z pomidorów San Marzano i pomarańczy. Dla małych gości przygotowano menu dziecięce.

Prowodyrami tej recenzji, jak i moich niemal cotygodniowych wizyt w Pieprzu i Wanilii są genialne lunche serwowane od poniedziałku do piątku w godzinach 12-17. Dwudaniowy zestaw (codziennie możemy wybierać spośród 3 zup i 3 dań głównych) kosztuje tylko 16PLN i mimo, że jak już wspomniałam jestem bardzo częstym gościem nie trafiłam jeszcze na ani jedno niedobre/nieudane, czy nawet przeciętne danie. Za każdym razem talerze są dopieszczone, kompozycje smaków przemyślane, a składniki pierwszej świeżości.
Najbardziej w pamięć zapadły mi 2 zupy i 2 drugie dania.

Domowa, gęsta, pełna aromatów i przypraw grochówka była świetna - rozgrzewająca i sycąca, z plasterkami fajnej kiełbaski i ziemniakami. Podobnie biały krem z pietruszki z karmelizowanym porem - niebo w gębie! Aksamitny, odpowiednio gęsty słodko-gorzki kremik z porem w formie karmelizowanych chipsów to danie, które z pewnością zapada w pamięć i nawet podejmę próbę odtworzenia go w domu :)
Zachwyt wzbudził również domowy makaron papardelle z wiosennymi, duszonymi warzywami w delikatnym, maślanym sosie. Temu prostemu daniu sukces zapewniły świetnej jakości składniki, przede wszystkim sam makaron wykonany na miejscu i delikatnie potraktowane warzywa.
Kolejnym daniem, które wspominam z przyjemnością był mięciutki schab duszony w porach z delikatnym, przypiekanym puree. Mięso mięciutkie, w smacznym porowo-beszamelowym sosie, do tego bez zarzutu przyrządzone ziemniaki to obiad, który chce się zajadać codziennie.

Z regularnej karty miałam okazję spróbować deseru, ale ten niestety był daleki od lunchowych zachwytów. Panna Cottę (9PLN) od ostatecznej porażki uratował wyśmienity, intensywny sos malinowy. Sam krem jednak był niemal pozbawiony smaku śmietanki, z odrobinę tylko wyczuwalną wanilią, której drobinki zebrały się na wierzchu co świadczy o zbyt wczesnym przelaniu masy do foremek. Reasumując była to biała galareta bez smaku, która tylko z wyglądu przypominała mój ulubiony, włoski deser.

Obsługa lokalu jest szybka, sprawna i zawsze uśmiechnięta. Mimo natłoku gości nigdy nie zdarzyło mi się czekać na obiad długo, więc i serwis jest fajnie dograny.

Powtórzę raz jeszcze: tego właśnie było nam trzeba na Kurdwanowie! Restauracja jest odpowiednia na rodzinny obiad, spotkanie z przyjaciółmi, czy szybki lunch. Jedzenie zawsze smaczne (wpadkę z deserem puszczam w niepamięć przez wzgląd na całe mnóstwo bardzo smacznych rzeczy, które tam zjadłam), z dobrej jakości składników, no i w cenie o której w centrum miasta można raczej pomarzyć.
Widać, że Pieprz i Wanilia nie idzie w półśrodki, ale dokłada starań by gościom było przyjemnie nie tylko dla oka, ale przede wszystkim dla podniebienia :) Jak najbardziej polecam!

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ 7,5/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda

piątek, 6 stycznia 2017

Zadyma (Szaflary)

ADRES: Zakopiańska 1e, Szaflary
KUCHNIA: polska, góralska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 15-40PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Jako, że często bywamy w niedalekiej stolicy polskich Tatr, a i jadło góralskie uwielbiamy tym razem przywiało nas do karczmy znajdującej się pod koniec osławionej Zakopianki, bo w Szaflarach. Zadymy nie da się ominąć niezauważonej, gdyż już z daleka zaprasza wygłodniałych podróżnych ogromny słup z logo, a i sam przybytek jest imponujących rozmiarów. Dzięki tak dobremu oznaczeniu trafiliśmy tam i my (i to już nie pierwszy raz).

Typowy turysta stęskniony góralskich klimatów na wystrój narzekał nie będzie, gdyż jest to miejsce wręcz stereotypowo podhalańskie. Ciężkie stoły i ściany z jasnego drewna naturalnie stylizowane, kwieciste serwety, zdobna zastawa i folklor wyskakujący z każdego kąta to coś co jedni uwielbiają, a inni wręcz przeciwnie. Regionalne disco-polo obowiązkowo jest (na szczęście w znośnej głośności), podobnie jak kelnerki w strojach ludowych. Mimo, że na co dzień nie przepadam za takim przaśnym miszmaszem i cenię minimalizm to przyznać muszę, że na Podhalu ma to jednak swój klimat.

Pięknie obite grubą skórą i góralską broszą menu wystraszyło mnie swoją pierwszą stroną, na której znajdują się... pizze! Przyznam, że kiedy widzę to oklepane włoskie danie w regionalnych karczmach to zaczyna się we mnie gotować. Ze strony internetowej można dowiedzieć się jednak, że jest to tradycyjna pizza wykonywana przez pasjonatów. Ciekawe, ale i tak nie mieliśmy ochoty tego sprawdzać. Dalej na szczęście są już same 'góry' - wśród przystawek moskole, wśród zup kwaśnica, mięsne dania główne (golonko, żeberka, schab), górski pstrąg na maśle, placki po zbójnicku, pierogi i kilka dań znów inspirowanych uwielbianymi przez Polaków Włochami (makarony). 
Zadyma ma też swój browar, ale tych domowych wyrobów tym razem nie wypróbowaliśmy. 

Z poprzedniej wizyty zapadł mi w pamięć stół przy barze suto zastawiony pysznym smalczykiem ze skwarkami i cebulką, którego każdy gość mógł spróbować w oczekiwaniu na zamówienie, wraz ze świeżo pieczonym, polskim chlebem. Tym razem tych przyjemności nie było.

Karty otrzymaliśmy szybko, ale na złożenie zamówienia przyszło nam jednak czekać nienaturalnie długo mimo, że liczna obsługa mijała nasz stolik wielokrotnie. Większość miejsc w ogromnej sali było zajętych, ale sądzę, że w karczmie w takiej lokalizacji jest to codziennością, więc i serwis powinien być w tej kwestii dograny. Za opóźnienie zostaliśmy przeproszeni przez uprzejmą kelnerkę.

Nasz podhalański obiad rozpoczął się od żurku (10PLN) z białą kiełbasą i ziemniakami. Syta, bogata zupa, lekko pikantna, dobrze przyprawiona, z dużą ilością świetnej kiełbasy zasługuje na dobre słowo! Dla mnie brakowało odrobinę posmaku domowego zakwasu (był to bardziej barszcz biały niż żurek), ale i tak zupa była pyszna i przy kolejnej okazji z chęcią zamówię ją ponownie. 
Na danie drugie wybrałyśmy pierogi (15PLN) ruskie i z kapustą i grzybami. I w obu wersjach była to pyszna, solidna porcja polskiej kuchni. Cienkie, domowe ciasto i dobry, poprawny, klasyczny farsz, którego pierogi były pełne - czego chcieć więcej? Okrasa w postaci cebulki i skwarków również się zgadzała. W dodatku dania były w wersji XXL i gwarantowały pełny żołądek największego łasucha. Jeden mały minus: na obu talerzach znalazło się zdecydowanie za dużo wody, ale ostatecznie nam to nie przeszkadzało w pozytywnym odbiorze obiadu.
Męska część towarzystwa miała ochotę na makaron, padło zatem na pastę włosko-góralską, czyli pappardelle z kurczakiem, pieczarkami, szpinakiem i suszonymi pomidorami (23PLN). Oprócz suchego, przeciągniętego kurczaka danie nie było złe. Gęsty, śmietanowy sos, dobrze ugotowany (ale kupny) makaron, do tego grzyby i pomidory - jak na włoskie danie w niewłoskiej knajpie całość wypadła pozytywnie. I te talerze również skromne nie były - panowie ledwo dali radę zjeść wszystko.

Obsługa w Zadymie jest dość nierówna. Oprócz długiego czasu oczekiwania na przyjęcie zamówienia nie spodobało mi się również, że na nasz stolik trafiła tabliczka z rezerwacją kiedy jeszcze byliśmy w trakcie posiłku. Był to taki niemy przekaz, że dobrze by było, abyśmy nic więcej już nie zamawiali i szybko sobie poszli... Nieładnie! Z drugiej strony pani obsługująca nasz stolik była bardzo uprzejma, uśmiechnięta i chyba jako jedyna nie podejmowała gości mechanicznie, ale z miłym zaangażowaniem. Nie było również problemu z rozdzieleniem rachunku. 

Mimo drobnych niedociągnięć karczmę Zadyma polecamy kierowcom, których na końcu Zakopianki wzmoże wilczy głód. Da się tu najeść do syta, a jadło jest domowe i z pewnością zadowoli miłośników podhalańskich klimatów.

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 6,5/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 7/10








xoxo
Magda

wtorek, 18 października 2016

Karakter

ADRES: Brzozowa 17, Kraków
KUCHNIA: polska, europejska
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 21-43PLN
W INTERNECIE: facebook










W kulinarnym sercu Kazimierza, nieopodal pełnej pysznych miejsc Miodowej odbyło się niedawno najgłośniejsze otwarcie tego roku. Karakter stał się modny jeszcze przed pierwszym nakarmionym gościem, a wszystko za sprawą swojego starszego brata - znanego i lubianego Zazie Bistro. W Karakterze rządzi bowiem ten sam szef podziwiany przez wielu amatorów nowoczesnej gastronomii - Daniel Myśliwiec. Dodatkowym argumentem przemawiającym za bliższym zainteresowaniem się tym miejscem jest karta win, której autorem jest Kuba Janicki. Sommelier często bywa w lokalu i osobiście pomaga przy wyborze odpowiedniego trunku. 

Nowoczesny, minimalistyczny wystrój jak najbardziej przypadł nam do gustu. Kontrastujące kolory, geometryczne formy i ciepłe światło tworzą efekt wyważonej, niepompatycznej elegancji i otwartej, świeżej przestrzeni. Warto zwrócić uwagę na ściany obwieszone grafikami autorstwa Piotra Kalińskiego. Są to jedyne i jak najbardziej wystarczające ozdobniki.

Karta rzeczywiście jest synonimem kulinarnej kontrowersji i nie każdy będzie z niej zadowolony. Wegetarianin nie znajdzie tu dla siebie ani jednego dania, ale za to fani podrobów będą wniebowzięci. Ratka wieprzowa, krem z wędzonej słoniny, czy domowa konserwa to tylko kilka z przystawek. Wśród dań głównych również królują mięsiwa, między innymi stek rzeźnika, rib eye, boczek z kaszanką. Potrawom serwowanym z pieczywem poświęcono osobną sekcję. Są burgery, serca drobiowe, czy tost z ozorem. Dalej mamy mule w kilku ciekawych odsłonach, na przykład z żurkiem i kiełbasą. O smażonym foie gras wśród deserów słyszał już chyba cały Kraków. Tak, taki deser faktycznie znajduje się w karcie. 
Menu spodobało nam się bardzo. Jako eksploratorzy jedzenia zawsze kibicujemy odważnej, nowej kuchni i mieliśmy ochotę spróbować większości z karty (szkoda, że nie ma opcji zamówienia wszystkiego po troszkę w formie menu degustacyjnego).

Karta win również zaskakuje rzadkimi etykietami. Mnóstwo natury, win biodynamicznych, a każdą pozycję można zamawiać na kieliszki oraz spróbować przed zamówieniem. Są nawet wina pomarańczowe. Trafiliśmy akurat na czas zmian w karcie win, dlatego sporo butelek było tego dnia niedostępnych. Z tego co pozostało udało nam się wybrać świetne, austryjackie, czerwone Meinklang (70PLN za butelkę) z regionu Neusiedlersee.

Nie było łatwo zdecydować co zjemy tego wieczoru. Na początek postawiłam na surową polędwicę końską z kremem pomarańczowym, żółtkiem, słoniną i bagietką pszenną ze szpikiem (21PLN). Danie nie zachwycało prezencją, ale chyba w Karakterze tak właśnie ma to wyglądać i na talerzach nie należy doszukiwać się elegancji. Konina była świetnej jakości - grubo krojone mięso trafiło w mój gust, a ożywione musem pomarańczowym smakowało mi wybitnie. W pozytywnym odbiorze pomogło również klasyczne, perfekcyjne żółtko confit. Świeża, chrupiąca bagietka to zawsze dobry dodatek do surowego mięsa, ale w tym daniu wolałabym ją bez szpiku. Plasterek delikatnej słoniny na mięsie w zupełności by wystarczył zwłaszcza, że jeszcze talerz skropiony był oliwą. Mięso z musem pomarańczowym zachwyciło, ale ilość tłuszczu w dodatkach nieco mnie przerosła (mimo to, że nie jestem typem konsumenta stroniącego od tłustych potraw).

Towarzysz kolacji próbował bisque ze skorupiaków i kiełbasy z mangalicy z krewetkami i pulpetem chlebowym z białą kiełbasą (24PLN). Tutaj z prezentacją było już lepiej dzięki krewetkom podanym z głowami, które na talerzu zawsze robią dobre wrażenie. Były jednak pozbawione skorup, więc wygodne w jedzeniu. Zupa treściwa, gęsta, mięsno-morska nie miała nic wspólnego z mdławymi kremikami. Wzbogadzona jędrnymi krewetkami i świetną kiełbasą z węgierskiej świnki zaskoczyła połączeniem nietypowego mięsa z owocami morza. To surf and turf bezsprzecznie się udało. Do bisque podano świeżą pajdę pieczywa dzięki czemu tę treściwą zupę spokojnie można by było zaliczyć nawet do dań głównych.

Po bogatych przystawkach skurczyło się miejsce na dania główne, które niebawem pojawiły się przed nami i również nie były to skromne talerze.
Ja zdecydowałam się na mój pierwszy raz z grasicą, tutaj w towarzystwie ravioli z tłuczonym groszkiem i miętą, z kurkami i peklowanym polikiem wołowym (29PLN). I już wiem, że z grasicą się nie polubimy - jej miękka, skrzepowata konsystencja to zdecydowanie nie moja bajka. Za to peklowane policzki mimo, że jadałam miększe były bardzo dobre, podobnie jak rześki, zielony farsz w ravioli. Zarówno kurkom, jak i ciastu pierożków zabrakło trochę subtelności. Odsuwając na bok osobiste preferencje a'propos grasicy i tak musiałam uznać to danie za nieudane kompozycyjnie - miękkie podroby z miękkim ravioli, a wszystko utopione w ogromnej ilości tłuszczu i raczej pozbawione przypraw... Za ciężko, za mdło. Brakowało kontrapunktu. Nie dałam rady dokończyć mojej porcji, chociaż zdarza mi się to niezwykle rzadko. Może gdyby grasicę przygotowano z jakimś chrupkim kontrastem i o niej samej pomyślałabym cieplej.

Drugie danie główne to burger z wołowiny i koniny z kremem z topinamburu, z pieczonym boczkiem, słoniną, cebulą, sosem pomarańczowym z tymiankiem i chilli i cheddarem (26PLN). Tym razem kompozycja była udana i ciekawa. Mimo, że to tylko burger pojawiły się smaczki w postaci niezwykłego sosu, czy kremu z topinamburu dzięki czemu całość miała nieco orientalny sznyt. Frytki i bułka były zupełnie poprawne. Kilka zarzutów padło jednak w kierunku wkładki mięsnej. Nikt nie pytał o stopień wysmażenia, spodziewaliśmy się więc medium rare, jak to w prawdziwych burgerach bywa. Niestety, otrzymaliśmy mięso za suche, typowe medium well done. Wielka szkoda, bo to mięso miało potencjał w swojej wysokiej jakości i brak soczystości prawie je zamordował. Jedzący, podobnie jak ja w przypadku grasicy narzekał jeszcze na zupełnie niepotrzebne pokłady tłuszczu. Oprócz ciężkiej wołowiny i koniny w bułce był boczek i solidny plaster słoniny. Również bułka wewnątrz ociekała tłuszczem. To danie to prawdziwy, kulinarny heavy metal i po kilku pierwszych kęsach było już jedzone 'na siłę'.

Mimo, że po czterech charakternych daniach czuliśmy dosłowny przesyt, uparłam się jeszcze na deser. Zamówiliśmy najlżejszy z możliwych - krem z białego wina z solonym karmelem i owocami (13PLN). Świeżutkie owoce (truskawki, maliny, granat) i genialnie przygotowany słony karmel gryzły się trochę z cierpkim, gorzkawym kremem. Owszem, ten deser pasował do całej kontrowersyjnej konwencji, ale w nasze gusta nie trafił przez brak kremowej subtelności i słodyczy.

Po tej kolacji nie byłam w stanie wyrobić sobie jednoznacznej opinii na temat Karakteru. Lubię i zazwyczaj rozumiem nowoczesną, odważną, a nawet ordynarną kuchnię, ale ta trochę mnie przerosła. Długie godziny po kolacji czuliśmy się źle, ciężko przejedzeni niezdrowym tłuszczem. Sądzę, że nie tylko tłuste składniki miały w tym swój udział, ale także ilość podawanego jedzenia.
Kilka dni po wizycie postanowiłam wybrać się do Karakteru jeszcze raz, by ostatecznie rozprawić się z tą kuchnią, w której bardzo bym chciała znaleźć nie tylko szok, ale także podziw.

Tym razem postawiłam na lunch, który od niedawna znajduje się w ofercie lokalu. Z kilku możliwych opcji wybrałam zupę dnia (krem z pomidorów i papryki), mule w zielonym curry i deser (krem słonecznikowy). Za taki trzydaniowy obiad zapłacimy 32PLN.
Zupa była pyszna; delikatny, słodko-kwaśny krem skutecznie rozgrzewał w ten zimny dzień, po równo czuć było paprykę i pomidory. 
Mule jak najbardziej poprawne i miękkie, ale od zielonego sosu curry wymagam zdecydowanie więcej tajskiej pikanterii. Ten był wyjątkowo delikatny - jak dla mnie zbyt subtelny, ale na szczęście nie mdły. Dominowały w nim słone i słodkie nuty. Do dania podano świeżutkie, chrupiące pieczywo. Do mojej porcji mam jeden poważny zarzut techniczny: kilka muszli rozbiło się na drobne kawałki, które ukryły się w sosie. Trzeba było wyostrzyć uważność przy jedzeniu, by nie połknąć ostrej skorupy. Ani to wygodne, ani profesjonalne... Zdecydowanie nie powinno się wydarzyć.
Krem słonecznikowy miał nienaganną, gęstą, klarowną konsystencję i... dziwny smak. Wreszcie słodki deser z porcją świeżych owoców miał dominujący posmak słonecznika. A słodki słonecznik to praktycznie oksymoron. Nie jest to deser, który chciałabym zamówić drugi raz. 

Podczas pierwszej wizyty obsługujący nas Kelner chętnie doradzał (również przy wyborze wina - pan dał nam spróbować kilka etykiet i o każdej potrafił powiedzieć kilka słów), był uprzejmy, a dania podawano szybko. Czuliśmy nienachalne zainteresowanie i poświęcono nam odpowiednią ilość uwagi. 
Za drugim razem również uprzejmości nie zabrakło, ale dało się zauważyć opieszałość mimo niewielkiego ruchu. Lunch miał być szybki, a trwał ponad godzinę - na podanie poszczególnych dań musiałam czekać nienaturalnie długo. 
Domeną załogi Karakteru jest młodość, uśmiech i nienaganna kultura osobista, ale nad kelnerską techniką i prezencją muszą jednak trochę popracować. Rzuca się w oczy brak kelnerskiego dress code'u, każdy pracownik ubrany jest zupełnie prywatnie. Nie wymagam rzecz jasna krochmalonych koszul i lakierek, ale dobrze by było odróżniać obsługę od przypadkowych ludzi.

Kuchnia w Karakterze niewątpliwie jest oryginalna, jedyna w swoim rodzaju, nieoczywista i autorska. Na swój sposób jest fenomenem, ale... nie wzbudza zachwytu, nie jest kulinarnym dziełem sztuki, momentami wręcz przeciwnie. I może właśnie o to tutaj chodzi? Jedno jest pewne: kolacja w tym miejscu zostaje w pamięci na długo i lokalowi nie można zarzucić nudy i konformizmu pod żadnym względem. Na razie zbyt żywe są wspomnienia o złym samopoczuciu po sutej w tłuszcz kolacji, ale myślę, że do Karakteru coś nas jeszcze kiedyś przyciągnie. Chociażby świetne wino.

JEDZENIE: 6/10
OBSŁUGA: 7,5/10
CENY: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10

Ocena ogólna: 6/10











Magda