Pokazywanie postów oznaczonych etykietą food truck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą food truck. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Palm Beach Grill

ADRES: Pawia 30 (Dworek Street Food Park), Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery
ZAKRES CEN: 22-26PLN
W INTERNECIE: facebook











Kolejną miejscówką odwiedzoną w ramach letniej wycieczki do Dworek Street Food Park była zupełnie nowa w mieście budka o pobudzającej wyobraźnię nazwie - Palm Beach Grill. Jako, że miastu na południu Polski do Palm Beach bardzo daleko, liczyliśmy tu dostać chociaż małą namiastkę kulinarnego american dream.

Ta kuchnia akurat nie jest na kółkach. To duży kiosk w kolorach bladego różu i błękitu z surferskimi detalami. Na pstrokatej tablicy na szczęście przejrzyście wypisano menu. Co podają można dowiedzieć się tylko na miejscu, bo nigdzie w internecie spis dań nie jest dostępny (i tutaj apel do wielu knajpek/barów/restauracji skrzętnie ukrywających swoje menu: nie utrudniajcie życia sobie i wszystkim, którzy planują was odwiedzić).

Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że karmią burgergami. Kolejna burgerownia? Może i tak, ale chyba nigdzie indziej nie znajdziecie jaskrawych, kolorowych bułek. Palm Beach Grill są nowatorscy i je mają - zielone barwione szpinakiem, czerwone sokiem z buraka, no i czarne - klasycznie, sepia. Dla konformistów jest bułka zwykła. Większość bułek jest z wołowiną, ale znalazła się jedna opcja z kurczakiem i jedna wege z kotletem warzywnym. Składnikowo jest dobrze. Dużo opcji, możemy zamieniać sosy (między innymi salsa, mango, bbq), a poszczególne kanapki nie ograniczają się tylko do amerykańskich klasyków. Jest na przykład Highlander z oscypkiem i żurawiną lub Green Shot z awokado, zieloną papryką i mozzarellą. Znalazło się też miejsce dla amerykańskiego hot doga z polską kiełbasą i meksykańskimi nachosami. 

Zjedliśmy trzy burgery. Mexicano (26PLN; wołowina, guacamole, sałata lodowa, cheddar, pomidor, sos salsa), Cheeseburger (24PLN; wołowina, trzy rodzaje sera - gouda, mozzarella, cheddar, sałata, pomidor, ketchup, majonez), Red Hot Chilli (26PLN; wołowina, jalapeno, papryka czerwona i żółta, cheddar, salsa, sałata). Najważniejszy składnik czyli mięsko - nie zawiodło. Każdy z trzech wysmażony  według życzenia (medium), aromatyczna mocno zwarta, grubo mielona wołowina przyprawiona w punkt. Ze składnikami nie było gorzej - wszystko świeże, smaczne, dobre sery. Przyczepię się tylko delikatnie do burgera Red Hot Chilli, gdzie zamiast oklepanego jalapeno rzeczywiście mogłoby się pojawić chilli (ale to już taki szczegół, fanaberia). Świetnie dobrane ilości składników, sosu i mięsa. Świetnie, bo wszystkiego było odpowiednio dużo :) Bułki nie przemokły sosami pozostając chrupiące do ostatniego kęsa. Mimo, że burger ogromny jadło się go wygodnie, bez ubrudzenia wszystkiego co jest w zasięgu wzroku. I to nawet z naszym talentem udało się uniknąć stosowania odplamiacza do ubrań :) Chociaż bułka raczej z tych zwykłych - trochę napompowana i słodkawa ja taką właśnie lubię i takiej chcę w amerykańskim street foodzie. Barwniki nie wpływają na jej smak, to jest raczej taki pocieszny element dla oka.

Na burgery czekaliśmy krótką chwilę, a obsługa była sprawna i miła. Mimo, że tym razem my trochę mieszaliśmy przy zamówieniu każdy dostał to co zamawiał bez żadnych pomyłek.

Jakość/ilość/cena wypadają w przypadku Palm Beach świetnie. Wizyta była bardzo udana, bo burgery są ot, tak po prostu - pyszne. Wiem, banalnie, ale czasem nie trzeba mówić więcej. Polecamy i tyle :)

JEDZENIE: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Cubanos

ADRES: Pawia 30 (Dworek Street Food Park), Kraków
KUCHNIA: kubańska, kanapki
ZAKRES CEN: 18-25PLN
W INTERNECIE: facebook









Wcale nie tak dawno temu powstała przy Pawiej nowa miejscówka z kuchnią na kółkach - Dworek Street Food Park. Jest to niezła alternatywa dla słynnych i tłocznych ogródków na Kazimierzu, czy Błoniach. Parking dla przyczep jest malutki, ale sprytnie odgrodzony od zgiełku miasta, no i co najważniejsze - jest tam kilka ciekawych opcji, by zjeść letni obiad na świeżym powietrzu. Jako pierwsze wpadły w nasze łapki sandwiche od Cubanos.

Przyczepa jest niewielka i żółta, rzeczywiście trochę w klimacie vintage'owej Kuby. Aby mieć pojęcie co się zamawia, przy każdej opcji widzimy zdjęcie dania. A są to oczywiście kanapki, czyli to, z czego Kuba słynie na całym świecie. Nie są to etniczno-oryginalne przepisy prosto z tej egzotycznej wyspy, a raczej mocne inspiracje. Don Pablo, czyli bułka pszenna z peklowaną karkówką, cheddarem warzywami i własnej roboty sosem bbq na 'jim bimie'. Jest dość tradycyjnie złożony Reuben lub opcja dla wegetarian wypakowana warzywami i serem haloumi. Angol to coś rodem z brytyjskiego baru śniadaniowego (tost, boczek, jajo sadzone, pieczarki, cheddar, pomidor i majonez), a El Polako - wiadomo - karkóweczka z kiszonym ogórem, cebulką i sosem koperkowo-chrzanowym. Kanapki możemy zamawiać same lub w zestawie z batatowymi frytkami.

Udało nam się przetestować cztery opcje. Najpierw flagowy produkt - Cubanos (18PLN), czyli prosta kanapka do złudzenia przypominająca swą formą panini. W środku znalazła się szarpana, pieczona łopatka w sosie mojo (dobra, soczysta i dużo), szynka (taka najzwyklejsza ze zwykłych, ale ok), żółty ser (też żaden cymes, ale dobrze się roztopił i pasował do mięsa), konserwowy ogórek i charakterna musztardka. Chociaż pieczywo było raczej z tych sztucznych, kanapka dostała plusa. Smaczna, syta i prosta. Wygodnie się ją jadło, a przecież o to chodzi w street foodzie. Można zamawiać w ciemno, nawet na duży głód.
Italiano (18PLN) to duży tost z pieczonym kurczakiem, który nie był suchy i za to mu chwała. Dość nowatorskie i niespodziewane połączenie gorgonzoli ze zwykłym serem żółtym nie przysporzyło tej kanapce kłopotów w przeciwieństwie do zbyt słodkiej karmelizowanej cebuli, która trochę (ale tylko delikatnie) zepsuła dobre wrażenie całości. Z rzeczy zielonych w tym toście jest rukola, a w roli sosu - majonez. Gdyby tak się pozbyć tego cebulowego cukiereczka to kanapka by była topowa.
Po całkiem niezłym pierwszym wrażeniu, następnego dnia kolejne dwa sandwiche spełniły rolę naszego lunchu. Tym razem jednak nie było tak kolorowo.
Quesadilla (18PLN) to totalny niewypał za sprawą rozmokniętej tortilli pszennej, z której na wszystkie strony wylewał się ser i sosy, a pieczona łopatka, jalapeno i meksykańska salsa nie ułatwiały sprawy uciekając na boki. Nie sposób było ludzkim sposobem zjeść całość, a próby kończyły się stworzeniem z siebie i otoczenia kanapkowego miejsca zbrodni. Zdecydowanie nie o to chodzi w street foodzie zwłaszcza, kiedy na przykład bierzemy jedzenie na wynos, by zjeść w pracy. Ani to przyjemne, ani wygodne. Szkoda, bo składniki (oprócz mokrego ciasta) ponownie były całkiem w porządku.
Jako, że Cubanos mają w swojej ofercie pastrami, trzeba było spróbować, bo porównanie mamy spore. Pastra Nostra (25PLN) oprócz mięsa zawiera karmelizowaną cebulę (cały czas równie przegiętą z tym cukrem), cheddar, rukolę i musztardę dijon. Tę ostatnią akurat bardzo lubię w połączeniu z peklowaną wołowiną, więc tu mnie mają - wyszło to fajnie. To pastrami nie może konkurować z mistrzami od mięsa urzędującymi na Dolnych Młynów, ale i tak jest dobrze. Pastrami zadbane, pieprzne, o głębokim smaku. Tu pieczywem jest chlebuś wiejski. Mi trafiły się niestety zbyt zwęglone (przez co gorzkie) kromki, no ale coż - podobno węgiel zdrowy na żołądek :)
Po tych intensywnych testach narzuca się jedna kierownicza zaleta - fajnie, że prawie każda kanapka serwowana jest w innym pieczywie. Dzięki temu nie jest nudno!
Wszystkie kanapki mają dość nieciekawą cechę wspólną - są bardzo tłuste. Oczywiście nikt nie mówi, że mają być dietetyczne, ale skrajności są niedobre, a tu tłuszcz jest skrajny. Nie siada to najlepiej w gorące lato.

Z obsługą bywa różnie. To znaczy na ogół jest miło i normalnie - jak to w budkach szybkiej obsługi. Jest jednak mały problem z komunikacją. Kiedy nie ma ruchu nasze kanapki dostajemy szybko - max 7 minut. Raz zdarzyło się nam jednak czekać 30 minut - nikt z obsługi nie poinformował podczas składania zamówienia, że zajmie to dłużej, ponieważ przed nami zamówiło jedzenie 7 osób. Cubanos jest wśród biurowców, przy ogromnej galerii handlowej. Jeśli ktoś wyskoczył tam po szamę w ramach krótkiej przerwy w pracy to może napotkać problem. Warto więc zawsze dopytać o przewidywany czas oczekiwania.

Nasze uczucia do Cubanos są ambiwalentne. Składniki fajnej jakości, kanapki sprytnie skomponowane i zjadliwe - każdy znajdzie coś, co lubi i porząda w przypływie głodu. Dobrze pomyślane, gorzej wykonane. Muszę uczciwie przyznać, że na tle krakowskiej kanapkowej konkurencji Cubanos wypada za tłusto, czasem za drogo i niewygodnie. Podsumowując - blado. Ale sprawdźcie sami!

JEDZENIE: 6/10
OBSŁUGA: 6/10
WYSTRÓJ: 6,5/10
CENY: 6,5/10

Ocena ogólna: 6/10






xoxo
Magda

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Yume Onigiri

ADRES: -
KUCHNIA: japońska, street food
ZAKRES CEN: 5-9PLN
W INTERNECIE: facebook










Onigiri na rowerze mamy na oku już od dawna, nawet parę razy jedliśmy po sztuce, aż w końcu przyszedł czas na test całego menu. Okazja nadarzyła się podczas ostatniego Street Food Polska Festival pod Galerią Kazimierz.

Niestety Yume nie ma już (i być może jeszcze) stałego miejsca na mapie miasta, ale za to aktywnie działają podczas wszystkich większych imprez i zlotów food trucków. Właściwie w każdy letni weekend można ich gdzieś znaleźć, a dokładny rozkład jazdy dostępny jest na Facebooku.

Yume to rowerki w stylu vintage - bardzo fajny, miły dla oka pomysł na siebie. W małym kuferku chowają onigiri - tradycyjne japońskie kanapki z ryżu z nadzieniem. Świetna przekąska szczególnie na lato, bo w największe upały średnio ma się ochotę na ciepłe i tłuste dania. A to jest syte i równocześnie lekkie. Czasem robią onigiri nieoczywiste, na przykład z kimchi lub wołowiną shigureni.

Spróbowaliśmy wszystkich dostępnych w danym momencie smaków. Jajko przepiórcze (6PLN), japońska rzodkiew i papryka (5PLN), krewetki w tempurze (9PLN), grzyby shiitakie, pieczarki, sezam (7PLN), tuńczyk (6PLN), wędzony na ciepło łosoś (7PLN) - testowaliśmy w 5 osób i wszystkim bardzo smakowało mimo, że niektórzy testujący to podniebienia wyjątkowo wybredne. Najbardziej przypadły nam do gustu te z rybami. Kremowa konsystencja farszu, mocne smaki kontrastujące z delikatnym ryżem - pycha! No właśnie, ryż jest tu bardzo ważny, a ekipa Yume opanowała technikę jego przygotowywania do perfekcji, bo jest idealny. Bardzo kleisty i zwarty, dzięki czemu kanapki dobrze się trzymają i nie rozsypują, nie wypada ani jedno ziarenko. Równocześnie jest odpowiednio twardy i z onigiri nie robi się gruba klucha, każde ziarenko czuć w ustach osobno. Poza tym można sobie tym porządnie pojeść. Dwie na głowę i jesteśmy po obiedzie :)
Do kanapek możemy nalać sobie na wynos sos sojowy, chociaż przyznam, że fajnie by było, gdyby wybór dipów był trochę większy.

Tak jak zawsze, tak i tym razem spotkaliśmy się z przyjazną, uśmiechniętą obsługą.

Onigiri to absolutnie cudowna alternatywa dla fastfoodów, a w wykonaniu Yume to już w ogóle - cud, miód. I ucieszy nie tylko miłośników sushi, bo to przystępna, pożywna przekąska, której chyba nie da się nie lubić. Rozglądajcie się za rowerami, bo warto!

JEDZENIE: 9/10
WYSTRÓJ: 8/10
OBSŁUGA: 8/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 8/10





xoxo
Magda

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Toscania&Grill (Opole)

ADRES: Opole, PL
KUCHNIA: włoska, street food
ZAKRES CEN: 19-25PLN
W INTERNECIE: facebook








Podczas ostatniego wydarzenia Street Food Polska Festival pod galerią Kazimierz (08.06-10.06.18) panował niebywały upał. Zrezygnowaliśmy zatem z kiełbas z grilla, burgerów i frytek na rzecz lekkiego obiadu. W tym temacie naprzeciw naszym potrzebom wyszedł food truck Toscania&Grill.

Pochodzą z Opola, ale warto obserwować ich fanpage, ponieważ często pojawiają się na zlotach w różnych miastach. Samochód mają spory, fikuśnie pomalowany i z przejrzystą tablicą z dokładnym opisem co tam możemy zjeść.

Toscania&Grill serwuje coś bardzo przyjemnego, prostego i lekkiego. Mimo wielu zalet ta tradycyjna, uliczna przekąska z północy Włoch nie jest u nas zbyt popularna. Mowa oczywiście o piadinie. To cienki, pszenny placek z nadzieniem. Coś pomiędzy naleśnikiem, a tortillą. W tym food trucku możemy znaleźć farsze inspirowane różnymi zakątkami Italii. Jest Rimini z wędzonym łososiem, świeżym ogórkiem, awokado, kremowym serkiem i rukolą lub Abruzja z karmelizowaną gruszką, gorgonzolą, rukolą, świeżymi malinami, sosem z serka kremowego, orzechami włoskimi i sosem balsamicznym. Brzmi pysznie!

Na początek wybraliśmy Sycylianę (19PLN) z filetem z kurczaka duszonym w białym winie i czosnku z suszonymi pomidorami z nutą chilli, bazylii i pietruszki. Oprócz tego świeża sałata, pomidor i ziarna sezamu. Chociaż spodziewałam nieco intensywniejszych smaków była to dobra przekąska z soczystym, dobrze przyrządzonym na blasze filetem i chrupkimi ze świeżości warzywami. Coś fajnego właśnie na gorący dzień.
Spróbowaliśmy jeszcze Milano (20PLN) z pikantnym chorizo, papryczkami jalapeno, suszonymi pomidorami, sałatą, rukolą, sosem na bazie jogurtu greckiego i ziarnami czarnuszki. Bardzo dobrej jakości, cienko skrojona kiełbaska, chrupiące, świeżutkie warzywa. Potrzebnej przy tym kwaśnym, łagodnym dipie pikanterii dodały papryczki. Ponownie bardzo przyjemna przekąska, smakowała nam nawet bardziej niż ta z kurą.
Na uwagę i pochwały zasługuje sam placek - piadina, który jest cienki, lekki, ale jednocześnie ma pełny smak. Jest uniwersalny, można go nadziać słodkim, słonym, ostrym - do wszystkiego pasuje. Super!
Dania podawane są na wygodnych, dużych papierowych tackach. Naleśniki są złożone na pół i raczej nic się nie rozwala. Jak na street food przystało można łatwo złapać jedzonko w dłoń bez wielkiego ryzyka pobrudzenia siebie i wszystkiego wokół.
Jak wiecie rzadko narzekam na cenę, bo dobrej jakości jedzenie ma swoją wartość i to jest zupełnie zrozumiałe. Tu jednak trochę ponarzekam, bo stosunek ilość/cena wypada słabo. To jednak są lekkie przekąski, a nie dania obiadowe, więc jedną porcją sobie raczej nie pojemy. Składniki również nie są szczególnie wyszukane - proste mięsa, sosy i warzywa, nic ekstrawaganckiego, więc mogłoby być ciut taniej. Za dwie piadiny zapłaciliśmy 39PLN i wciąż byliśmy głodni.

Nasze zamówienie zrealizowano ekspresowo. Na czas oczekiwania dostajemy urocze miniaturki wałków do ciasta z numerkiem. Obsługa uśmiechnięta i sprawnie działająca.

Jeśli Toscania&Grill zawita ponownie do naszego miasta warto zwrócić na nich uwagę, bo jest lekko, zdrowo i smacznie. Typowo letnie jedzenie, bez kombinacji i z pomysłem. Polecamy!

JEDZENIE: 8/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 8/10
CENY: 6/10

Ocena ogólna: 7/10








xoxo
Magda



poniedziałek, 7 maja 2018

Karibe (zakmnięte)

ADRES: Dajwór 21, Kraków
KUCHNIA: wenezuelska
ZAKRES CEN: 15PLN
W INTERNECIE: facebook











Z sezonu na sezon pojawiają się u nas coraz to ciekawsze opcje z kategorii street food. Tym razem to wóz Karibe zaparkował w food truck'owym zakątku na Dajworze, no i mamy pierwszą w mieście kuchnię wenezuelską.

Lubimy Dajwór, bo jest schowany przed tłumną ulicą i zazwyczaj jest tam gdzie usiąść. Przyczepa Karibe ulokowała się nieco w rogu i po wejściu słabo rzuca się w oczy - trzeba się za nią dobrze rozejrzeć. Brak jaskrawych kolorów i wielkich banerów jak u wielu innych tam obecnych nie pomaga, ale też nie szkodzi. Osobiście wolę taki minimalizm od pstrokatości, od której czasem aż bolą oczy.

Dostępne są tylko (i aż) trzy wenezuelskie przysmaki. Oczywiście spróbowaliśmy wszystkich. Na pierwszy ogień poszły tequenos (15PLN), czyli paluszki serowe. Fajne, lekkie ciasto, a w środku idealnie ciągnący się i delikatny w smaku ser. Wow - takie proste, a takie dobre. Wygodnie się je jadło, a porcja jest całkiem sycąca. W sam raz na lekki, letni lunch.
Chyba większość krajów na świecie ma swoje narodowe pierogi. Jak się okazało w Wenezueli są to pastelitos (15PLN) - dość duże pierogi wypiekane. W tej przyczepie spróbujemy ich z dwoma nadzieniami. Absolutnie genialne są te z mielonym mięsem wieprzowo-wołowym. Pełny mięsnego smaku, soczysty farsz podkręcony chilli i całą gamą przypraw. Super! Te z kurą też dobre - zamiast suchej piersi mają w sobie soczysty, szarpany drób. Przyprawione są delikatniej niż te z mielonym, ale też odpowiednio. Wszystko elegancko świeże, nie z mrożonki, wyrób własny bez półproduktów.
Spodobało nam się bardzo ciasto, które nie jest ani trochę ciężkie, ale równocześnie jest mocno zwarte i lekko chrupiące, nie za grube. Trochę słodkie, trochę słone - nie próbowaliśmy wcześniej pierogów w takiej wersji.
Do każdej porcji przysługuje nam sos. Najlepszy według nas jest ten rodowity, wenezuelski guasacaca. W mojej opinii nawet lepszy od znanego na cały świat guacamole. Lepszy, bo bardziej wyrazisty. Wyciągnięto tu z awokado pełnię smaku dzięki dodaniu octu i chilli. Oprócz tego mamy konkretny sos ostry i łagodny dip czosnkowy. Wszystko pięknie, ale... mało! Dodawany sos starcza przy oszczędnym użytkowaniu na maksymalnie dwa pierożki. A ja jestem z tych konsumentów, którzy do przekąsek muszą mieć sos i koniec :)
Oprócz zdecydowanie za małej przegródki na sos opakowania są wygodne. Typowo street-food'owe, papierowe rożki, które dobrze trzyma się w dłoni i można szamać w biegu.

Obsługa bardzo uśmiechnięta i świeża w branży tak jak wenezuelska kuchnia w Krakowie. Na przekąski czekaliśmy niedługo (ale i ruch był wówczas mały, więc nie wiemy jak jest w przypadku kolejki). Starają się, mają dobrą energię, więc jest dobrze.

Miłe zaskoczenie. Pierożki tak proste i dobre, że chętnie serwowałabym je u siebie jako imprezową przekąskę. Niczego nie brakuje i paluchom serowym. Karibe dopisujemy wysoko, wysoko na listę naszych ulubionych kuchni na kółkach i coś czuję, że to będzie hit nie tylko w naszym rankingu.

JEDZENIE: 9,5/10
OBSŁUGA: 8/10
CENY: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10

Ocena ogólna: 9/10








xoxo
Magda

poniedziałek, 6 listopada 2017

Walenty Kania ''Kuchnia dla odważnych''

ADRES: -
KUCHNIA: polska, europejska, kuchnie świata
ZAKRES CEN: 15-25PLN
W INTERNECIE: facebook | www










Na Walentego Kanię oko mieliśmy już od dawna, kiedy pierwszy raz spróbowaliśmy jego wyrobów (tę kiełbaskę z sarny pamiętam do dziś, chociaż było to już kawał czasu temu). Nikt nie zaprzeczy, że to food truck wyjątkowy, niepowtarzalny i każdy kulinarnie ciekawski powinien go odwiedzić chociaż raz.

No ale z tym mamy już niestety problem, ponieważ pan Walenty przestał parkować na Placu Izaaka jeżdżąc wyłącznie na występy gościnne, zazwyczaj poza Kraków. Nam udało się go złapać na ostatnim w tym roku zjeździe food trucków pod Galerią Kazimierz. Stałego punktu już nie ma i raczej nie będzie (wiedza zaczerpnięta bezpośrednio ze źródła). Fanom pozostaje zatem wnikliwa obserwacja Facebooka, bo stamtąd możemy dowiedzieć gdzie, co i kiedy. Szkoda! I w pewnym sensie spora strata dla krakowskiego światka kuchni na kółkach.

Na czym jednak polega fenomen kuchni Walentego Kani? A no na tym, że zabiera się on za to co pozornie dziwne, zapomniane, kontrowersyjne (przez niektórych nazywane obrzydliwym, chociaż przeważnie nigdy wcześniej tych rzeczy nie mieli w buzi). Mowa o jądrach, nerkach, móżdżkach, purchawkach (grzyb, który na pewno znacie i raczej nie wiedzieliście, że jest jadalny), ozorkach, przeponach. Do tych mniej intrygujących propozycji można zaliczyć kiełbasę z konia, kozy, czy barana. Menu nie jest stałe. Dostępne jest to co akurat pan Walenty miał ochotę ugotować, jaki produkt akurat złapał. W zdecydowanej większości są to dania i wyroby autorskie, ale widać wyraźne inspiracje kuchnią wschodnią lub staropolską. Zdarzają się też akcenty południowoamerykańskie, a nawet afrykańskie. Dla wszystkożerców zwariowanych na punkcie rzeczy nowych i innych (czyli dla nas) to mały, kulinarny raj.

Na początek raki po polsku (20PLN), czyli gotowane w koperku. Porcja raczej degustacyjna, bo chociaż talerz zaczerwienił się od tych stworzonek to same w sobie mięska mają niewiele. Raki to typowy staropolski przysmak i to miło, że mamy food truck, który je serwuje, bo nawet w restauracjach o nie ciężko. Dobre, a raczej pyszne! Miękkie, białe mięsko rozpływało się w ustach i zdecydowanie warte było paprania się w skorupkach.
Najbardziej chcieliśmy spróbować tych kontrowersyjnych byczych jaj (25PLN). Akurat tego dnia podawane były po góralsku, czyli w kapuście z kwaśną śmietaną, całość w formie kanapki w grubej bułce. Jak większość podrobów jądra byka mają miękką, nieco gąbczastą konsystencję. Czuć wyraźnie wołowy posmak. Nie ma wątpliwości, że zostały przygotowane perfekcyjnie - były odpowiednio miękkie, ze skoncentrowanym smakiem, a typowo polskie dodatki genialnie pasowały do tego egzotycznego nieco produktu. Tu jednak odezwał się mój prywatny, indywidualny gust i już wiem, że bycze jądra to nie moja bajka (podobnie jak grasica). Ale cieszę się, że już wiem jak smakują. 
Spróbowaliśmy jeszcze dwóch zup. Gęsie żołądki (20PLN) w warzywnym, świetnie doprawionym wywarze oraz rosół z kurzymi łapami (15PLN). Żołądki to trudny podrób, bo łatwo uzyskać efekt żylastej gumy nie do przełknięcia. Ale to nie u Walentego. Tutaj żołądki są zaskakująco delikatne, idealne. A zupa z nimi to taka domowa, klasyczna polewka. Rosół natomiast polecamy na kaca - konkretny, tłusty i ciężki. Wystające z niego kurze nogi wraz z pazurami wzbudziły lekki szok u najbliższego otoczenia (no, może rzeczywiście wizualnie jest to danie trochę jak z horroru). Na mnie jednak nie zrobiły większego wrażenia, ponieważ dzięki babci spróbowałam ich już jakieś 20 lat temu i wcale nie uważam, że to dziwne, czy obrzydliwe danie. Trochę drobiowego tłuszczyku, nieco chrząstek... taka wkładka w zupie, do poobgryzania. I tu się powtórzę - fajnie, że to staropolskie wspomnienie serwuje nam właśnie food truck.

Chociaż jeszcze nie tak dawno temu nasza rodzima kuchnia praktycznie nie istniała bez podrobów (nasze mamy i babcie z pewnością dobrze to pamiętają) w dobie kuchni fusion zniknęły one z naszych stołów nagle i prawie całkiem. I Walentemu chwała za to, że odgrzebuje je z czeluści udowadniając, że to też jedzenie. I to dobre jedzenie. Zawsze byłam również zwolenniczką wykorzystywania zwierząt w kuchni od nosa do ogona, bo w końcu tracą życie, byśmy mogli je zjeść. I tej filozofii dopatruję się w food trucku Kuchnia dla Odważnych. Ubolewam, że teraz to będzie już rzadki rarytas dostępny tylko przy okazji foodtruckowych świąt.

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Zacna Ryba Milordzie

ADRES: Ciemna 4, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, ryby, burgery, sreet food
ZAKRES CEN: 16-25PLN
W INTERNECIE : facebook










Gdzie w Krakowie na rybę? To pytanie słyszę tak często jak i sama je zadaję. Chociaż bogatych łowisk w okolicy natura nie skąpi to rybnych knajp w mieście mamy jakoś nieurodzaj. Promyk nadziei niesie funkcjonujący już jakiś czas food truck Zacna Ryba Milordzie ze stałym przystankiem na Placu Izaaka. W internecie można wyczytać, że serwują dania ze świeżych ryb pochodzące z łowiska w niedalekim województwie świętokrzyskim. Brzmi super, więc się wybraliśmy.

Food truck jest bardzo ładny, stylizowany na retro automobil co zgadza się z wąsatym logo. No i z milordowską nazwą. Jest też sporych rozmiarów jak na kuchnię mobilną. Plac Izaaka daje ten komfort, że zamówione w samochodach dania można skonsumować na miejscu przy stolikach, których jest tam sporo. No i ogólnie klimat Kazimierza to zawsze dobry pomysł na kolację plenerową.

Menu wypisano wyraźnie na tablicy, ale... coś nam się w nim grubo nie zgadzało. No bo gdzie te świeże rybki? Karp, jesiotr, pstrąg? Nie sprawdzaliśmy wcześniej menu w internecie, bo go po prostu tam niema (jest tylko informacja, że ryby są w różnych formach i, że są świeże). Na miejscu były burgery z wołowiny, burgery z dorszem i jeden filet dorsza w zestawie. Do domówienia frytki lub ziemniaczki. I tyle.

Poprosiłam zatem o jedyny rybny zestaw z filetem z dorsza, frytkami i sałatką (25PLN) i kiedy go zobaczyłam to minę miałam nietęgą. Był to cały talerz zieleniny okrążonej przez jak się później okazało pomidora o smaku wody. I na tym stogu sałaty troszeczkę potarganego dorsza i parę frytek. To była najprostsza mieszanka sałat z odrobiną ryby, a nie ryba z dodatkami. A szkoda, bo mięso dorsza zupełnie pozbawione ości zapowiadało się bardzo dobrze. W środku było pełne smaku, soczyste, ale z zewnątrz niestety zupełnie wysuszone. Kilka kropel jakiegokolwiek sosu w tym 'zestawie' pewnie by uratowało sprawę. Frytki super, chrupkie z zewnątrz, mięciutkie w środku. Chyba jedne z lepszych jakie jadłam ostatnio. Ale mało! Po zjedzeniu tego dania byłam wciąż bardzo głodna.
Zamówiliśmy więc jeszcze dwa burgery. Jeden oczywiście z dorszem w wersji słodko-pikantnej (23PLN) z sosem chilli-mango, pomidorem i sałatą. Ten według menu duży burger w rzeczywistości był całkiem mały, ale bardzo smaczny. Dobry dorsz, dobra, słodkawa bułka. Bez zarzutu, bardzo prosty i poprawny. No ale serc nam nie skradł. Taki przyjemny przeciętniaczek.
Drugi był z wołowiną, no bo w sumie wielkiego wyboru nie mieliśmy. Kozanostra (23PLN), czyli najbardziej wymyślny z całej tablicy oprócz mięsa i standardowej sałaty, pomidora, cebuli miał jeszcze w środku plaster koziego sera i sos pomidorowo-paprykowy. Plasterek wołowiny był tak cienki, że tutaj o wysmażeniu medium nie ma co marzyć. Było więc dobrze wysmażone, ale majonez, sos i ser pomogły, aby nie było za sucho. Jakość mięsa w porządku. I podobnie jak wyżej - całość nieźle, ale zupełnie przeciętnie.

Obsługa w porządku, pani może trochę znudzona, ale miła. Nie było problemu z dołożeniem większej ilości ostrego sosu do naszych burgerów, a na zamówienie czekaliśmy około 15 minut. 

Nie tak miało być! Miały być świeże rybki z fajnymi dodatkami, a nie przeciętne burgery... Poza tym stosunek ilości do ceny pozostawia wiele do życzenia. 25PLN za obiad w food trucku to cena ok, ale nie wtedy kiedy po zjedzeniu wciąż jest się głodnym i trzeba zamówić jeszcze jedno danie. Szkoda, Milordzie! Idziemy dalej szukać dobrej ryby w mieście.

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 5/10

Ocena ogólna: 6/10






xoxo
Magda

niedziela, 6 sierpnia 2017

The Dog

ADRES: Jakuba 15, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, food truck, hot dogi
ZAKRES CEN: 13-18PLN
W INTERNECIE: facebook









W ciągu ostatnich kilku lat moda na street food w Krakowie rozkwita w najlepsze. Mamy już burgery, kuchnię meksykańską, hinduską, japońską, polską... No ale gdzie jest klasyk amerykańskich kuchni na kółkach? Mowa oczywiście o hot dogach, o których tak jakby zapomniano w naszym małym, food truckowym światku.
Przypomniał sobie o nich całkiem niedawno Paweł Kucharski (znany wcześniej z Amarylis, był też odpowiedzialny za wyśmienitą kuchnię w ciemnościach Senses). No i powstał The Dog - niewielka przyczepa na Kazimierzu z hot dogami z prawdziwego zdarzenia.

Food truck ma miłą dla oka, wesołą oprawę graficzną i przejrzyste menu rozpisane na tablicy. Stolików brak, ale zjeść można przy metalowych beczkach obok przyczepy. Można również zabrać bułkę w łapkę i zajadać ją równocześnie spacerując po urokliwym Kazimierzu.

Do wyboru mamy pięć opcji, każda ma w standardzie kiełbaskę w bułce i sosy. Z dodatkami bywa różnie. Może być spokojnie i bez szaleństw (Cheese Dog - ser selvio, warzywa w oliwie) lub odważnie i dziwnie (Mac&Cheese - makaron, cheddar, crunch boczek). W planach są również dogi sezonowe.

Nam udało się spróbować aż trzech wersji. Półtora doga na głowę to opcja full dla prawdziwych żarłoków (czyli dla nas). Normalny człowiek spokojnie poje sobie 1 sztuką.
Na pierwszy ogień The Dog (13PLN), czyli klasyk z jednym dodatkiem w postaci warzyw. Niby zwykłe warzywa, a jednak porywają. Bardzo zmyślnie je przyrządzono w oliwnej marynacie z dodatkiem białego wina i zgrabnie pocięto na ładne wstążki. Fajne, bardzo fajne. To z pewnością najlżejsza opcja dla tych, którzy jednak liczą te nieszczęsne kalorie.
Dalej coś trochę po polsku, czyli Kaszanka Dog (15PLN). Ja tam kaszankę lubię, ale wiadomo, że w tym produkcie bukietu smaków nie ma co szukać. Tutaj nasza kiszka została zatem podkręcona kwaśnym chutneyem rabarbarowym. Efekt: jejku, jakie to dobre!
Na koniec wjechał prawdziwy sztos - Pulled Pork Dog (18PLN). Tak dobre szarpane mięso to doprawdy rzadki okaz. Peklowana i długo pieczona wieprzowinka rozpływa się w ustach, a charakteru dodaje jej jeszcze sos BBQ. Ambrozja dla mięsożercy.
Teraz coś o kiełbasce, bo przecież to o nią głównie chodzi w każdym hot dogu. Ma 30cm i pochodzi z Liszek. Stworzono ją specjalnie dla The Dog i trzeba przyznać, że zrobiono to dobrze. Jest soczysta, pełna przypraw i gdyby takiej polskiej kiełby spróbował Amerykanin (przyzwyczajony do stadionowych hot dogów z parówą) to z całą pewnością błagałby o recepturę!
Maślana bułka też się zgadza. Miękka, lekko słodka, dobrze wypieczona. Nie do końca (a właściwie w ogóle) fast food'owa jakością pasuje do reszty. I sosy robią sami, bardzo dobre sosy.
The Dogi są tak sprytnie poskładane, że trzeba być mistrzem, by się pobrudzić. Składników w środku mnóstwo, ale nic się nie rozpada, nie wysypuje. Wygodnie i przyjemnie się to je i dlatego wcale nie trzeba przy tym siedzieć (jeszcze raz polecam spacer po Kazimierzu z bułą w ręku).

Ekipa The Dog ma tak pozytywną energię, że chce się u nich być codziennie i codziennie wcinać ich hot dogi. Nie przestają się uśmiechać, chętnie doradzają niezdecydowanym. Od razu widać, że kochają to co robią. Jeśli jeszcze raz w jakimś food trucku spotkam zbieszoną pannę (a spotkam pewnie nie raz) to poradzę takiej, aby wybrała się do The Dog podejrzeć jak powinna wyglądać dobra obsługa.

Cieszymy się niezmiernie, że ktoś wreszcie poważnie podszedł do tematu hot dogów i nie wciska nam kolejnej plastikowej bułki z parówką. To jest prawdziwy, nieprzypadkowy street food dopracowany w każdym szczególe i tworzony z pasją do gotowania. Bez ściemy, bez konserwantów. Brawo The Dog! 

JEDZENIE: 10/10
OBSŁUGA: 10/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 9,5/10

Ocena ogólna: 9,5/10






Dziękujemy ekipie The Dog za zaproszenie na najlepsze hot dogi w mieście :)
xoxo
Magda

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Calavera Mexican Grill

ADRES: Piastowska 20, Bezogródek, Kraków
KUCHNIA: meksykańska
ZAKRES CEN: 5-18PLN
W INTERNECIE: facebook | www









Chociaż kuchnia meksykańska w świecie jest niemal tak popularna jak włoska czy azjatycka w naszym mieście ma jedynie skromną reprezentację. Jednym z niewielu miejsc, w których zjeść można klasyczne burrito, czy tacos jest foodtruck Calavera od jakiegoś czasu na stałę stacjonujący w Bezogródku. Oprócz tego meksykański samochód każdego dnia tygodnia pojawia się w innym centrum biznesowym w mieście (dokładna rozpiska na stronie). Jest też niewielkie bistro stacjonarne na Biskupiej oraz możliwość zamówienia w dowozie. 

My korzystając z wreszcie piknikowej pogody wybraliśmy Bezogródek. Niewielka, wściekle różowa budka kusi zapachami już z daleka. Warto też wspomnieć o zabawnym, prostym i jak najbardziej meksykańskim logo przedstawiającym szczęśliwą czachę muerte, która bez wątpienia przyciąga uwagę.

Menu na pierwszy rzut oka wydaje się nieco chaotyczne, ale po wczytaniu się wszystko jest jasne. Najpierw wybieramy danie (tacos, burrito, quesadilla, tostados), a następnie rodzaj farszu (na przykład picadillo z gulaszem sojowym, marchewką, zielonym groszkiem i serem lub al pastor z wieprzowiną, ananasem, cebulą, kolendrą). Do tego dobieramy jeden z pięciu sosów (na przykład ostry habanero lub pomidorowy pico de gallo). Są oczywiście nachos, guacamole oraz jeden deser flan. Do picia można wybrać meksykańską oranżadę Jarritos (10PLN) w kilku smakach do wyboru.

Nie przewidzieliśmy, że w tak piękny weekendowy dzień meksykańskie jedzenie w Bezogródku może schodzić jak świeże bułeczki i kilku pozycji będzie brakować. Spóźniliśmy się na guacamolę i deser, ale udało nam się złapać ostatnią porcję nachos (5PLN). Porządne, chrupiące, domowe chipsy meksykańskie dodatkowo podkręcał świetny sos chipotle z wędzonej papryki, grillowanych pomidorów, czosnku i majonezu. Sklepowe, sztuczne nachos nie mogą się równać z tymi! Idealne do chrupania w ramach przekąski lub jako dodatek do pozostałych, 'większych' dań. Do quesadilli (16,50PLN) dobraliśmy farsz enchilado z grillowanym kurczakiem, serem, sałatą i pomidorami. Do tego zestawu jak ulał pasował najostrzejszy sos z papryki habanero. Temu daniu nie mamy nic do zarzucenia. Dobrej jakości poprawnie zgrillowany, nie suchy kurczak w towarzystwie sera i warzyw to danie bardzo syte i bardzo meksykańskie. Dobrze przygotowane ciasto nie namakało składnikami, więc tym przyjemniej się jadło.
Z kuchni meksykańskiej najbardziej lubię chrupkie tacos kukurydziane. Nie mogłam się więc oprzeć i zamówiłam je w dwóch wersjach; papas (6PLN) z ziemniakami, przyprawą chorizo, sałatą, pomidorami i serem oraz picadillo (6PLN) z pastą z fasoli, gulaszem sojowym, marchewką, groszkiem i ziemniakami. I tu będę mieć małe zastrzeżenie do placka, który nie był tak chrupiący jak bym tego chciała. Zabrakło mu też charakterystycznego posmaku kukurydzianego ciasta. W obu farszach (a szczególnie w papas) brakowało trochę przypraw i jałowy smak gotowanych ziemniaków zdominował moje tacos. Osobiście do ziemniaków nic nie mam, więc i tak zjadłam je ze smakiem :) Tu jednak było za mało Meksyku.
Na koniec spróbowaliśmy jeszcze tostados (9,50PLN) w wersji desebrada. Ten sam placek kukurydziany co w tacos tym razem składniki ułożone miał na wierzchu co wyglądało zachęcająco i kolorowo. Obok warzyw na tym kukurydzianym talerzyku znalazła się jeszcze śmietana, biały ser, no i trochę nierówna wieprzowina (niektóre kawałki były twardawe, inne za to rozpływały się w ustach). Przyznam, że sceptycznie podchodziłam do połączenia białego sera z mięsem, ale ostatecznie całość wypadła fajnie.

Pani obsługująca nas w Bezogródku była miła, uśmiechnięta i pomocna. Mimo tłumu gości chętnych na meksykańskie jadło nie czekaliśmy długo na swoje zamówienie.

Calavera to dobra opcja na codzienny lunch, czy imprezowy catering (już wiem co podczas kolejnej domówki pojawi się na moim stole zamiast chipsów...). Jedzenie jest tanie, syte, smaczne i na ogół bliskie oryginalnym smakom Meksyku. I do tego ta wesoła czaszka :) Polecamy!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 8/10
WYSTRÓJ: 8/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 7,5/10








xoxo
Magda

niedziela, 19 czerwca 2016

Wpis Specjalny: Street Food Polska Festival w Galerii Kazimierz (18-19.06.2016)

Moda na mobilną gastronomię, czyli tzw. food trucki dotarła wreszcie i do Polski, chociaż w swoim rodzimym kraju - Stanach Zjednoczonych są one popularne od lat '70 XIX wieku.
Na krakowskich ulicach w ostatnich latach kolorowych samochodów z 'szybkim' jedzeniem pojawia się coraz więcej, coraz częściej również organizowane są eventy-pikniki food trackowe. 
Całe szczęście, krakowskie kuchnie na kółkach mogą pochwalić się czymś więcej niż jest to z czym może kojarzyć się uliczne jedzenie, dlatego z nadzieją na kolejne kulinarne ciekawostki odwiedziliśmy Street Food Polska Festival w Galerii Kazimierz.

Na miejscu zastaliśmy nieduży (ale zróżnicowany) przegląd krakowskich food trucków - 16 samochodów z kuchnią polską, amerykańską i azjatycką. Były również francuskie macarons, węgierskie kołacze, zdrowe koktajle, no i oczywiście lody.
Niestety, w dwie osoby nie było fizycznej możliwości spróbować wszystkiego, wybraliśmy więc najbardziej interesujące nas punkty imprezy.

Na początek spróbowaliśmy pieroga z pieca z kapustą i grzybami (6PLN) od łódzkiej Krucjaty Smakiem, która proponuje swoje regionalne potrawy odwiedzając jarmarki i kulinarne wydarzenia w całym kraju. Solidny, wypieczony pierożek z dobrze przyprawionym farszem - pycha! Nic dodać, nic ująć, porządna polska kuchnia.
Food trucki stacjonarne - tylko w Łodzi (szkoda!). 

Naszym kolejnym i chyba najciekawszym przystankiem było stanowisko pana Walentego Kani, który na co dzień karmi Kraków swoją 'kuchnią dla odważnych' na ulicy Jakuba 4, a specjalizuje się w podrobach. Z kilku nietuzinkowych propozycji wybraliśmy kiełbasę z sarny (15PLN), oczywiście grillowaną. Zdecydowanie różniła się ona i smakiem i jakością od tych znanych nam z domowego grilla - była jak najbardziej warta swojej ceny, nie za tłusta, bardzo 'mięsna' i bez żadnych wątpliwości zachęciła nas do zapoznania się bliżej z innymi propozycjami od Walentego Kani.
Jesteśmy odważni, więc najbliższy spacer po Kazimierzu uwieńczymy degustacją gęsich serc :)

Jako amatorka kuchni tajskiej nie mogłam nie spróbować czegoś od Curry Point. W menu (które jest zmienne) dzisiaj znalazły się trzy rodzaje curry oraz danie z kurczakiem. Wybraliśmy curry czerwone z kurczakiem i ryżem (18PLN). Mimo, że curry było smaczne i poprawne stało się najsłabszym punktem naszych degustacji głównie z powodu stosunku ilości do ceny. Na szczególną uwagę zasługuje świetnie przygotowany ryż z całą gamą indyjskich przypraw oraz pikantny czerwony sos curry, który zachwycał aksamitnym posmakiem mleczka kokosowego. Szkoda tylko, że owego sosu było w daniu naprawdę niewiele, no i w ogóle - porcja maleńka.
Curry Point nie ma stałego miejsca pobytu, a o tym gdzie się pojawiają można dowiedzieć się z Facebook'a.

Pozostając nadal w azjatyckich klimatach zamówiliśmy klasyczne sushi - maki z łososiem, awokado i serkiem philadelphia (15PLN) w jaskrawożółtym wozie Yatai (nie sposób go przeoczyć!). 
Ryż ok, łosoś świeży, nori ciut gumowate - całość o półkę wyżej od marketowych setów, ale zdecydowanie niżej od większości sushi-barów i restauracji w mieście. Było to właśnie to czego się spodziewaliśmy -  nieprzekombinowane, poprawne sushi - w sam raz na szybką przekąskę w biegu. 
Szybkie sushi od Yatai na co dzień spotkamy na Wawrzyńca 16.

Na deser - naleśniki! Kocham Naleśniki w swoim menu posiada bardzo klasyczne propozycje; oprócz jednego wytrawnego wyjątku - jest słodko. Wybraliśmy wersję z truskawkami, nutellą i twarożkiem (12,50PLN). Naleśnik w porządku, domowy i dobry, ale za sprawą nutelli jest to opcja tylko dla zakochanych w słodkościach. Mnie ta słodycz trochę przerosła :)
Tutaj zwróciliśmy uwagę na niezbyt miłą obsługę. Ze względu na to oraz na mało ciekawe naleśnikowe propozycje raczej nie skusimy się na kolejne porcje w przyszłości.
Kocham Naleśniki stacjonuje w foodtrackowym zakątku miasta - na Wawrzyńca 16.

I w końcu najmniej kaloryczny przystanek - Acai Bar. Wybraliśmy koktajl acerola, goiaba, graviola (13PLN) - było to potrzebne orzeźwienie w ten upalny dzień. Koktajl przypominał raczej smoothie, był nie za słodki, egzotyczny i jak najbardziej należy mu się plus. 
Oprócz koktajli Acai Bar serwuje 'zdrowe miski' oczywiście  z jagodami acai i dodatkami. 
Ten pierwszy niskokaloryczny food truck, który poznaliśmy prawdopodobnie nie ma stałego miejsca pobytu, ale często bywa na imprezach i festiwalach - nie tylko tych kulinarnych.

Musiałam zmieścić jeszcze lody naturalne od retro-ciężarówki The Waffles. Wybór padł na cytrynowo-bazyliowe (5PLN). Lód pyszny, kwaśny jak należy, przełamany bazylią - przyjemne zakończenie festiwalu. 
Lody przyjechały do nas z Warszawy.

Szkoda, że nie byliśmy w stanie spróbować propozycji od reszty uczestników festiwalu - przerosło to nasze fizyczne możliwości. Nie była to pierwsza ani z pewnością nie ostatnia taka impreza tego lata, więc straty nadrobimy :) 
Mamy jednak wrażenie, że we wszystkich przypadkach ceny były trochę za wysokie. W końcu jest to jedzenie uliczne - z założenia powinno być więc tanie, albo przynajmniej troszkę tańsze.

Piknikowy skwer opuściliśmy z satysfakcją, a niektóre degustowane kuchnie na kółkach planujemy poznać bliżej w najbliższym czasie. I to dobrze, że w Krakowie food trucki powoli wpisują się na stałę w gastronomiczną mapę - jest to w końcu lepsza alternatywa dla sieciowych fastfood'ów.  













Magda