Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia amerykańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 października 2018

Parkowa Food & Chill Out

ADRES: Parkowa 12a, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery
ZAKRES CEN: 18-25PLN
W INTERNECIE: facebook













Poza ścisłym centrum miejsc z dobrym jedzeniem i dobrym klimatem jest jak na lekarstwo, a szkoda, bo nie zawsze mamy ochotę na głośne tłumy zaglądające do talerza. Zwłaszcza, kiedy mowa o street foodzie. Parkowa wychodzi naprzeciw oczekiwaniom, bo znajduje się w uroczym, zielonym zaciszu. I to kilka kroków od centrum Podgórza.

To taka parkowa budka z jedzeniem, z dużą przestrzenią do wylegiwania się na leżaczkach i chillowania. Dookoła drzewa i cisza. Cudownie! Jeśli pogoda pozwala, można przynieść własny kocyk i urządzić sobie mały piknik, bo trawy jest na tyle. Wymarzony przystanek podczas rodzinnych spacerów, czy wycieczek rowerowych. Dla zmotoryzowanych nieopodal dostępny jest ogromny parking.

W menu kanapki i burgery, czyli taki comfort food idealnie wpasowujący się w okoliczności przyrody. Zjemy na przykład bułkę ziemniaczaną z karkówką w argentyńskim sosie chimichurri, z zestawem świeżych warzyw, serem i majonezem truflowym lub klasycznego burgera. Dla wegetarian przewidziano jedną opcję z grillowaną cukinią i pieczonym selerem. Warto zapytać jaka jest kanapka tygodnia. Można się napić piwa, a od niedawna również wina.

Cheese Burger (20PLN) to bardzo poprawna opcja. Świetna wołowina z mielonego rostbefu - soczysta, przyprawiona i wysmażona medium - wszystko jak należy. Do tego w słodkawej, burgerowej bułce znajdziemy świeżą sałatę, pomidora, ogórka, roszponkę, karmelizowaną cebulę, majonez truflowy i ser cheddar. Czyli klasyka gatunku!
Kanapka z rostbefem w ziemniaczanej bułce (22PLN) to też był niezły wybór. Spory kawałek soczystego mięcha zawsze uszczęśliwia. W tej kanapce (jak w prawie wszystkich zresztą) jest dokładnie ten sam zestaw warzyw, dodatków i sosów. Wszystko smaczne i świeże, ale jednak fajnie by było, gdyby w niektórych kanapkach pojawiły się jakieś inne wariacje składników - zawsze to ciekawiej.
Znów te same składniki zawierała kanapka z krewetkami (24PLN), poza małą różnicą w postaci sosu mango. Lubię surf&turf, więc to jest jak najbardziej moja bajka zwłaszcza, że krewetki były jędrne i fajnej jakości, a do tego w pysznej panierce panko salsarosa. Nieczęsto można spotkać u nas takie opcje w kategorii kanapkowej, więc dobrze, że to jest na Parkowej i z pewnością na tę właśnie kanapkę będę tam wracać.
Do wszystkich trzech spróbowanych kanapek mamy jedno w miarę poważne zastrzeżenie. Bułki były mocno przesiąknięte płynem zwłaszcza od dołu (pewnie to sprawka świeżego pomidora i sosów). Lało się po rękach każdemu, przez co przyjemność z jedzenia poszła kilka punktów w dół. Poza tym nawet najlepszej jakości pieczywo nie smakuje dobrze, kiedy jest mokre. Niestety. 
Zupełnym nieporozumieniem były też frytki (2LN). Miękkie, tłuste, lekko przypalone. Frytek zdecydowanie nie polecamy.

Mimo małych niedociągnięć, jedzenie na Parkowej jest na wysokim poziomie, a jeśli do tego dołożymy jeszcze piękną, spokojną okolice to mamy idealne miejsce na relaks w wolne, słoneczne dni. Bardzo polecamy!

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 9/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 8/10






xoxo
Magda






poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Palm Beach Grill

ADRES: Pawia 30 (Dworek Street Food Park), Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery
ZAKRES CEN: 22-26PLN
W INTERNECIE: facebook











Kolejną miejscówką odwiedzoną w ramach letniej wycieczki do Dworek Street Food Park była zupełnie nowa w mieście budka o pobudzającej wyobraźnię nazwie - Palm Beach Grill. Jako, że miastu na południu Polski do Palm Beach bardzo daleko, liczyliśmy tu dostać chociaż małą namiastkę kulinarnego american dream.

Ta kuchnia akurat nie jest na kółkach. To duży kiosk w kolorach bladego różu i błękitu z surferskimi detalami. Na pstrokatej tablicy na szczęście przejrzyście wypisano menu. Co podają można dowiedzieć się tylko na miejscu, bo nigdzie w internecie spis dań nie jest dostępny (i tutaj apel do wielu knajpek/barów/restauracji skrzętnie ukrywających swoje menu: nie utrudniajcie życia sobie i wszystkim, którzy planują was odwiedzić).

Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że karmią burgergami. Kolejna burgerownia? Może i tak, ale chyba nigdzie indziej nie znajdziecie jaskrawych, kolorowych bułek. Palm Beach Grill są nowatorscy i je mają - zielone barwione szpinakiem, czerwone sokiem z buraka, no i czarne - klasycznie, sepia. Dla konformistów jest bułka zwykła. Większość bułek jest z wołowiną, ale znalazła się jedna opcja z kurczakiem i jedna wege z kotletem warzywnym. Składnikowo jest dobrze. Dużo opcji, możemy zamieniać sosy (między innymi salsa, mango, bbq), a poszczególne kanapki nie ograniczają się tylko do amerykańskich klasyków. Jest na przykład Highlander z oscypkiem i żurawiną lub Green Shot z awokado, zieloną papryką i mozzarellą. Znalazło się też miejsce dla amerykańskiego hot doga z polską kiełbasą i meksykańskimi nachosami. 

Zjedliśmy trzy burgery. Mexicano (26PLN; wołowina, guacamole, sałata lodowa, cheddar, pomidor, sos salsa), Cheeseburger (24PLN; wołowina, trzy rodzaje sera - gouda, mozzarella, cheddar, sałata, pomidor, ketchup, majonez), Red Hot Chilli (26PLN; wołowina, jalapeno, papryka czerwona i żółta, cheddar, salsa, sałata). Najważniejszy składnik czyli mięsko - nie zawiodło. Każdy z trzech wysmażony  według życzenia (medium), aromatyczna mocno zwarta, grubo mielona wołowina przyprawiona w punkt. Ze składnikami nie było gorzej - wszystko świeże, smaczne, dobre sery. Przyczepię się tylko delikatnie do burgera Red Hot Chilli, gdzie zamiast oklepanego jalapeno rzeczywiście mogłoby się pojawić chilli (ale to już taki szczegół, fanaberia). Świetnie dobrane ilości składników, sosu i mięsa. Świetnie, bo wszystkiego było odpowiednio dużo :) Bułki nie przemokły sosami pozostając chrupiące do ostatniego kęsa. Mimo, że burger ogromny jadło się go wygodnie, bez ubrudzenia wszystkiego co jest w zasięgu wzroku. I to nawet z naszym talentem udało się uniknąć stosowania odplamiacza do ubrań :) Chociaż bułka raczej z tych zwykłych - trochę napompowana i słodkawa ja taką właśnie lubię i takiej chcę w amerykańskim street foodzie. Barwniki nie wpływają na jej smak, to jest raczej taki pocieszny element dla oka.

Na burgery czekaliśmy krótką chwilę, a obsługa była sprawna i miła. Mimo, że tym razem my trochę mieszaliśmy przy zamówieniu każdy dostał to co zamawiał bez żadnych pomyłek.

Jakość/ilość/cena wypadają w przypadku Palm Beach świetnie. Wizyta była bardzo udana, bo burgery są ot, tak po prostu - pyszne. Wiem, banalnie, ale czasem nie trzeba mówić więcej. Polecamy i tyle :)

JEDZENIE: 8/10
WYSTRÓJ: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
CENY: 8/10

Ocena ogólna: 8/10







xoxo
Magda

niedziela, 15 kwietnia 2018

Burger Station

ADRES: Wiślna 10, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery
ZAKRES CEN BURGERÓW: 20-36PLN
W INTERNECIE: facebook







Od ponad dwóch lat w ścisłym centrum, na Wiślnej działa Burger Station. Jak sama nazwa wskazuje karmią po amerykańsku, a niedawno ich menu przeszło małą metamorfozę za sprawą uwag gości. Zresztą odświeżanie karty raz na jakiś czas to zawsze fajna opcja. Chętnie poszliśmy więc sprawdzić co dobrego tam się dzieje.

W środku jest przyjemnie - nowoczesny wystrój w kolorach szarości, designerskie metalowe krzesła (swoją drogą bardzo wygodne), dobra muza - miłośnicy cięższych brzmień z pewnością zwrócą na nią uwagę. Na ścianach pasujące do konwencji amerykańskie plakaty reklamowe z lat 60-tych. Lubimy ten klimat. Mogłoby być jednak ciut jaśniej, bo duże lampy (chociaż ładne) dość skromnie rozjaśniają pomieszczenie.

Na przejrzystej karcie/ulotce spisano menu. Są kanapki klasyczne w różnych konfiguracjach składników z sezonowaną wołowiną, serem (camembert lub cheddar), boczkiem, surowymi warzywami, majonezem - bez kombinacji, mają w sobie wszystko to co mieć powinien amerykański burger. Dla wegetarian przygotowano opcję z camembertem lub boczniakiem w panierce. Miłośnicy ciekawszych rozwiązań mogą się skusić na burgery specjalne - cztery sztuki o chwytliwych nazwach (na przykład Leser z wołowiną, serem lazur, rukolą, kwaśną śmietaną, majonezem, pomidorem i czerwoną cebulą). Kanapki można zamawiać solo lub w zestawie z frytkami lub napojem. Osobno można domówić krążki cebulowe lub sos (do wyboru 9, między innymi jalapeno, tatarski, miodowo-imbirowy). Burger Sation od niedawna produkuje swoje piwko - jasne oraz lager.

Polecono nam burgery specjalne i jako, że warto próbować nowości bez marudzenia wybraliśmy dwie sztuki. Italian Job (35PLN) oprócz mięsa miał pod kopułką bułki mnóstwo intensywnego, bazyliowego pesto, grillowaną cukinię, szynkę parmeńską, rukolę, mozzarellę, pomidora i trochę zaskakującego w tym miejscu melona, który przyjemnie osłodził tę włoską feerię mocnych smaków. Bardzo dobry, bardzo włoski - polecamy.
Z kolei koza w czerwonym winie (47PLN w zestawie z frytkami i lemoniadą) to mały ukłon w stronę Francji - mięso, mocno kwaśny sos malinowy, roszponka, pomidor, karmelizowany burak, gruszka w czerwonym winie i grillowany kozi ser. Jak dla mnie połączenie mięsa wołowego z karmelizowanym burakiem to jest zawsze dobry pomysł, więc już przed zamówieniem wiedziałam, że będzie dobrze. I w rzeczy samej - było. Sos malinowy starał się tu dominować, ale przegrał ostatecznie z kozim serem świetnej jakości. Udana kompozycja z plejadą charakterystycznych smaków.
Jak wiadomo najważniejszym elementem tych amerykańskich kanapek jest mięso. W Burger Station to sezonowana wołowina, która w obu naszych kanapkach miała być wysmażona w stopniu średnim. W rzeczywistości udało się to uzyskać w jednym z kotletów - idealne medium rare. Drugi kilka sekund za długo leżał na grillu. Niezależnie od stopnia wysmażenia mięso było wyśmienite. W odróżnieniu od zwartych, czasem twardych burgerów znanych nam z innych krakowskich miejscówek tutaj wołowina jest krucha, luźna, w smaku mocno mięsna i soczysta. To zapewne zaleta sezonowania - wciąż rzadkie zjawisko w krakowskich burgerowniach.
No i bułka. Z nią też trafili w mój gust. Biała, lekko słodka, pełna w środku, odpowiednio chrupiąca z zewnątrz. W obu burgerach wybraliśmy wersję włoską z suszonymi pomidorami i ziołami. Na każdej bułce jest sygnatura - logo Burger Station, więc mamy pewność, że nie jest to produkt taśmowy, a stworzony specjalnie dla nich według indywidualnej receptury.
Frytki też były fajne - duże, pełne w środku, domowe i odpowiednio odsączone z tłuszczu. Smakowały bardzo, zwłaszcza z dodatkiem słodko-ostrego sosu habanero.
Firmowa lemoniada jest z pomarańczą, z niewielką ilością miąższu. Przyjemny, orzeźwiający napój - jak najbardziej na plus.

Obsługa jeszcze przed zamówieniem poinformowała nas o czasie oczekiwania, który w naszym przypadku wynosił 30 minut (niedzielne popołudnie, w środku głodne tłumy, więc jest to jak najbardziej zrozumiałe). Miła pani chętnie doradza w wyborze, następnie z uśmiechem podaje zamówienie do stolika.

Burger Station dobrze wykorzystuje potencjał miejsca. Wiślna to jedna z najbardziej tłocznych ulic miasta i cieszy fakt, że można tu zjeść coś dobrego. Jedzenie jest fajne, porządne, z jakościowych składników. Będziemy zaglądać i polecamy wszystkim fanom amerykańskiej kuchni!

JEDZENIE: 8,5/10
OBSŁUGA: 9,5/10
WYSTRÓJ: 8,5/10
CENY: 7/10

Ocena ogólna: 8/10





Dziękujemy Burger Station za zaproszenie na test nowości.
xoxo
Magda

niedziela, 10 grudnia 2017

Burgertata

ADRES: Rzeźnicza 2, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery
ZAKRES CEN: 12-32PLN
W INTERNECIE: facebook | www









Jakoś tak cieplej na sercu nam się robi, kiedy obserwujemy fajny rozwój krakowskich przedsiębiorstw gastronomicznych. Burgertata to była na początku kuchnia na kółkach. Teraz - dwa lokale stacjonarne z prawdziwego zdarzenia i to mieszczące się w newralgicznych miejscach na kulinarnej mapie Krakowa. My odwiedziliśmy miejscówkę na Rzeźniczej.

Jest przestronnie, stolików sporo i mimo, że był środek tygodnia udało nam się zająć ostatni wolny. Wystrój dość luźny, nawiązujący do streetowych korzeni Burgertaty (trochę murali na ścianach). Nieco industrialnych, metalowych motywów (ciekawe lampy), ale w żaden sposób nie kłuje to w oczy przestylizowaniem. Jest jasno, muzyka gra - idealne miejsce na szybki obiad.

W przejrzystym, jednostronicowym menu burgery małe (100g mięsa) i duże (200g mięsa). Jest sporo klasyki - na przykład Cheese and Bacon z wołowiną, bekonem, serem, sałatą, czerwoną cebulą, pomidorem, piklami, sosem bbq i majonezem. W ogóle każdy z burgerów ma w sobie niezły wierszyk składników - to akurat dobrze, bo o ile minimalizm jest w modzie to ten przysmak zza oceanu my lubimy właśnie na bogato. Dla spragnionych mięsa są burgery z podwójną, a nawet potrójną porcją wołowiny. Z drugiej strony nie pominięto roślinożerców - jest jedna opcja z kotletem z ciecierzycy i kukurydzy. A jeżeli akurat nie mamy ochoty na burgera to możemy wybrać bułę z długo pieczonym, szarpanym mięsem lub włoską kanapkę z pieczywem z mąki typu 00. W takim menu konieczne są i dodatki - fryty, sałatki coleslaw, no i oczywiście sosy; mamy całkiem zacną składankę (m.in. musztardowy, pomidorowy, diablo).
Jak mięcho to i piwo, więc i w tym temacie Burgertata się postarał prezentując sporą armię klasycznych i ciekawszych butelek. My jednak spróbowaliśmy domowej lemoniady (6PLN) - bardzo dobra, orzeźwiająca, słodko-kwaśna.

Ja jadłam delikatniejszego French'a (20PLN; wołowina, camembert, pieczarki, karmelizowana cebula, rukola, pomidor, majonez, keczup), a towarzysz wybrał męskiego Special One (22PLN; wołowina, sos Jack Daniels, ementaler, 2xbekon, pieczarki, karmelizowana cebula, sałata, pomidor). Wymienialiśmy się bułami, no i jednogłośnie wygrał ten drugi co nie oznacza wcale, że French był zły. W obu mięso fajnej jakości, konkretne, wysmażone medium tak jak chcieliśmy. Składniki świeże, jędrne warzywa i wreszcie dobry pomidor, który nie smakował jak woda. Special One chyba dzięki bekonowi i sosom był bardzo wyraźny i konkretny, a we French'u smak sera i dodatków się trochę rozmył gloryfikując samo mięso. Bułki chociaż dość płaskie pełne w środku, bardzo przyzwoitej jakości, lekko słodkawe. Dzięki sprytnemu patyczkowi (z ogórkiem na szczycie kanapki) wygodnie się to jadło, pomógł też porządny nóż.
Do burgerów dobraliśmy zestaw dodatków (9PLN) - bardzo dobre, mięsiste w środku frytki belgijskie i całkiem niezłe krążki cebulowe. Co do frytek to słyszałam już wcześniej, że produkują tu jedne z lepszych w mieście i całkowicie się z tym zgadzam. Obowiązkowe były również sosy (2PLN za sztukę). Chilli mayo przeszedł bez echa, ale za to zachwycaliśmy się mocnym barbecue.

Z obsługą to tak do końca nie wiemy jak tu jest. Na początku dostaliśmy karty, a miła pani odebrała zamówienie przy stoliku. Po rachunek musieliśmy jednak zgłosić się już do baru (jak wielu innych gości), chociaż niektórzy dostawali kwit na stół w uroczych mini-wiaderkach. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że młody zespół Burgertaty sprawnie ogarnia spory ruch i jest bardzo sympatyczny.

Nie będzie to dla nas numer jeden w mieście jeśli chodzi o burgerownie, ale z całą pewnością plasuje się w ścisłej czołówce. Dobra cena za dobrą jakość, burgery proste, pełne składników i nieprzekombinowane. Jesteśmy bardzo na tak!

JEDZENIE: 7,5/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 9/10

Ocena ogólna: 7,5/10






xoxo
Magda









poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Zacna Ryba Milordzie

ADRES: Ciemna 4, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, ryby, burgery, sreet food
ZAKRES CEN: 16-25PLN
W INTERNECIE : facebook










Gdzie w Krakowie na rybę? To pytanie słyszę tak często jak i sama je zadaję. Chociaż bogatych łowisk w okolicy natura nie skąpi to rybnych knajp w mieście mamy jakoś nieurodzaj. Promyk nadziei niesie funkcjonujący już jakiś czas food truck Zacna Ryba Milordzie ze stałym przystankiem na Placu Izaaka. W internecie można wyczytać, że serwują dania ze świeżych ryb pochodzące z łowiska w niedalekim województwie świętokrzyskim. Brzmi super, więc się wybraliśmy.

Food truck jest bardzo ładny, stylizowany na retro automobil co zgadza się z wąsatym logo. No i z milordowską nazwą. Jest też sporych rozmiarów jak na kuchnię mobilną. Plac Izaaka daje ten komfort, że zamówione w samochodach dania można skonsumować na miejscu przy stolikach, których jest tam sporo. No i ogólnie klimat Kazimierza to zawsze dobry pomysł na kolację plenerową.

Menu wypisano wyraźnie na tablicy, ale... coś nam się w nim grubo nie zgadzało. No bo gdzie te świeże rybki? Karp, jesiotr, pstrąg? Nie sprawdzaliśmy wcześniej menu w internecie, bo go po prostu tam niema (jest tylko informacja, że ryby są w różnych formach i, że są świeże). Na miejscu były burgery z wołowiny, burgery z dorszem i jeden filet dorsza w zestawie. Do domówienia frytki lub ziemniaczki. I tyle.

Poprosiłam zatem o jedyny rybny zestaw z filetem z dorsza, frytkami i sałatką (25PLN) i kiedy go zobaczyłam to minę miałam nietęgą. Był to cały talerz zieleniny okrążonej przez jak się później okazało pomidora o smaku wody. I na tym stogu sałaty troszeczkę potarganego dorsza i parę frytek. To była najprostsza mieszanka sałat z odrobiną ryby, a nie ryba z dodatkami. A szkoda, bo mięso dorsza zupełnie pozbawione ości zapowiadało się bardzo dobrze. W środku było pełne smaku, soczyste, ale z zewnątrz niestety zupełnie wysuszone. Kilka kropel jakiegokolwiek sosu w tym 'zestawie' pewnie by uratowało sprawę. Frytki super, chrupkie z zewnątrz, mięciutkie w środku. Chyba jedne z lepszych jakie jadłam ostatnio. Ale mało! Po zjedzeniu tego dania byłam wciąż bardzo głodna.
Zamówiliśmy więc jeszcze dwa burgery. Jeden oczywiście z dorszem w wersji słodko-pikantnej (23PLN) z sosem chilli-mango, pomidorem i sałatą. Ten według menu duży burger w rzeczywistości był całkiem mały, ale bardzo smaczny. Dobry dorsz, dobra, słodkawa bułka. Bez zarzutu, bardzo prosty i poprawny. No ale serc nam nie skradł. Taki przyjemny przeciętniaczek.
Drugi był z wołowiną, no bo w sumie wielkiego wyboru nie mieliśmy. Kozanostra (23PLN), czyli najbardziej wymyślny z całej tablicy oprócz mięsa i standardowej sałaty, pomidora, cebuli miał jeszcze w środku plaster koziego sera i sos pomidorowo-paprykowy. Plasterek wołowiny był tak cienki, że tutaj o wysmażeniu medium nie ma co marzyć. Było więc dobrze wysmażone, ale majonez, sos i ser pomogły, aby nie było za sucho. Jakość mięsa w porządku. I podobnie jak wyżej - całość nieźle, ale zupełnie przeciętnie.

Obsługa w porządku, pani może trochę znudzona, ale miła. Nie było problemu z dołożeniem większej ilości ostrego sosu do naszych burgerów, a na zamówienie czekaliśmy około 15 minut. 

Nie tak miało być! Miały być świeże rybki z fajnymi dodatkami, a nie przeciętne burgery... Poza tym stosunek ilości do ceny pozostawia wiele do życzenia. 25PLN za obiad w food trucku to cena ok, ale nie wtedy kiedy po zjedzeniu wciąż jest się głodnym i trzeba zamówić jeszcze jedno danie. Szkoda, Milordzie! Idziemy dalej szukać dobrej ryby w mieście.

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 5/10

Ocena ogólna: 6/10






xoxo
Magda

niedziela, 6 sierpnia 2017

The Dog

ADRES: Jakuba 15, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, food truck, hot dogi
ZAKRES CEN: 13-18PLN
W INTERNECIE: facebook









W ciągu ostatnich kilku lat moda na street food w Krakowie rozkwita w najlepsze. Mamy już burgery, kuchnię meksykańską, hinduską, japońską, polską... No ale gdzie jest klasyk amerykańskich kuchni na kółkach? Mowa oczywiście o hot dogach, o których tak jakby zapomniano w naszym małym, food truckowym światku.
Przypomniał sobie o nich całkiem niedawno Paweł Kucharski (znany wcześniej z Amarylis, był też odpowiedzialny za wyśmienitą kuchnię w ciemnościach Senses). No i powstał The Dog - niewielka przyczepa na Kazimierzu z hot dogami z prawdziwego zdarzenia.

Food truck ma miłą dla oka, wesołą oprawę graficzną i przejrzyste menu rozpisane na tablicy. Stolików brak, ale zjeść można przy metalowych beczkach obok przyczepy. Można również zabrać bułkę w łapkę i zajadać ją równocześnie spacerując po urokliwym Kazimierzu.

Do wyboru mamy pięć opcji, każda ma w standardzie kiełbaskę w bułce i sosy. Z dodatkami bywa różnie. Może być spokojnie i bez szaleństw (Cheese Dog - ser selvio, warzywa w oliwie) lub odważnie i dziwnie (Mac&Cheese - makaron, cheddar, crunch boczek). W planach są również dogi sezonowe.

Nam udało się spróbować aż trzech wersji. Półtora doga na głowę to opcja full dla prawdziwych żarłoków (czyli dla nas). Normalny człowiek spokojnie poje sobie 1 sztuką.
Na pierwszy ogień The Dog (13PLN), czyli klasyk z jednym dodatkiem w postaci warzyw. Niby zwykłe warzywa, a jednak porywają. Bardzo zmyślnie je przyrządzono w oliwnej marynacie z dodatkiem białego wina i zgrabnie pocięto na ładne wstążki. Fajne, bardzo fajne. To z pewnością najlżejsza opcja dla tych, którzy jednak liczą te nieszczęsne kalorie.
Dalej coś trochę po polsku, czyli Kaszanka Dog (15PLN). Ja tam kaszankę lubię, ale wiadomo, że w tym produkcie bukietu smaków nie ma co szukać. Tutaj nasza kiszka została zatem podkręcona kwaśnym chutneyem rabarbarowym. Efekt: jejku, jakie to dobre!
Na koniec wjechał prawdziwy sztos - Pulled Pork Dog (18PLN). Tak dobre szarpane mięso to doprawdy rzadki okaz. Peklowana i długo pieczona wieprzowinka rozpływa się w ustach, a charakteru dodaje jej jeszcze sos BBQ. Ambrozja dla mięsożercy.
Teraz coś o kiełbasce, bo przecież to o nią głównie chodzi w każdym hot dogu. Ma 30cm i pochodzi z Liszek. Stworzono ją specjalnie dla The Dog i trzeba przyznać, że zrobiono to dobrze. Jest soczysta, pełna przypraw i gdyby takiej polskiej kiełby spróbował Amerykanin (przyzwyczajony do stadionowych hot dogów z parówą) to z całą pewnością błagałby o recepturę!
Maślana bułka też się zgadza. Miękka, lekko słodka, dobrze wypieczona. Nie do końca (a właściwie w ogóle) fast food'owa jakością pasuje do reszty. I sosy robią sami, bardzo dobre sosy.
The Dogi są tak sprytnie poskładane, że trzeba być mistrzem, by się pobrudzić. Składników w środku mnóstwo, ale nic się nie rozpada, nie wysypuje. Wygodnie i przyjemnie się to je i dlatego wcale nie trzeba przy tym siedzieć (jeszcze raz polecam spacer po Kazimierzu z bułą w ręku).

Ekipa The Dog ma tak pozytywną energię, że chce się u nich być codziennie i codziennie wcinać ich hot dogi. Nie przestają się uśmiechać, chętnie doradzają niezdecydowanym. Od razu widać, że kochają to co robią. Jeśli jeszcze raz w jakimś food trucku spotkam zbieszoną pannę (a spotkam pewnie nie raz) to poradzę takiej, aby wybrała się do The Dog podejrzeć jak powinna wyglądać dobra obsługa.

Cieszymy się niezmiernie, że ktoś wreszcie poważnie podszedł do tematu hot dogów i nie wciska nam kolejnej plastikowej bułki z parówką. To jest prawdziwy, nieprzypadkowy street food dopracowany w każdym szczególe i tworzony z pasją do gotowania. Bez ściemy, bez konserwantów. Brawo The Dog! 

JEDZENIE: 10/10
OBSŁUGA: 10/10
WYSTRÓJ: 7/10
CENY: 9,5/10

Ocena ogólna: 9,5/10






Dziękujemy ekipie The Dog za zaproszenie na najlepsze hot dogi w mieście :)
xoxo
Magda

poniedziałek, 31 lipca 2017

Streat Slow Food KIOSK

ADRES: Kościuszki (Most Dębnicki), Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery, street food
ZAKRES CEN: 16-23PLN
W INTERNECIE: facebook









Bardzo podoba mi się idea Streat Slow Food. Własna hodowla warzyw, składniki bez chemii i konserwantów, wspieranie lokalnych dostawców. Porządnie, nieprzypadkowo i ekologicznie. Brzmi świetnie! Ale jak smakuje? Korzystając z pogody idealnej na street food postanowiliśmy wreszcie to sprawdzić.

Oprócz food trucków, które stacjonują w różnych miejscach w zależności od dnia tygodnia (dokładne info na facebook'u) SSF ma stały punkt na ulicy Kupa 10. Jest też mały KIOSK przy Moście Dębnickim naprzeciwko Jubilatu, nieco ukryty w zieleni. I my byliśmy właśnie tam.
O wystroju nie ma co pisać. Mała budka z kilkoma miejscami siedzącymi w środku i na zewnątrz. Ważne, że jest czysto i estetycznie. Warto za to wspomnieć, że KIOSK jest rzut beretem od Wisły i bulwarów. Doskonałą opcją będzie zatem zabranie jedzonka na wynos i zjedzenie go lokując się na trawce przy rzece z widokiem na Wawel. My tak zrobiliśmy i tak polecamy.

W menu same burgery, a jest ich czternaście. Wszystkie mają wołowinę (jeden wyjątek jest z kurą). Miłośnicy amerykańskiej burgerowej klasyki będą zadowoleni, bo jak najbardziej ją tu znajdą (np. Cheeseburger z serem, pomidorami, piklami, sałatą, majonezem i ketchupem). Warte uwagi są również kompozycje autorskie jak Pumpkin z piklami rzodkiewkowymi i dynią pieczoną w miodzie z rozmarynem, czy Batataj z batatem, bekonem i chutney mango.

My trochę poszliśmy w klasykę, a trochę nie... Klasyczny był ElPicante (22PLN; wołowina, chorizo, jalapeno, avocado, pomidor, pikle, sos mole, majonez), a szalony Rumburak (20PLN; wołowina, burak, ser feta, rukola, chutney wiktoriański, majonez). Do tego oczywiście fryty (7PLN za dużą porcję jeśli kupujemy w zestawie z burgerem).
I w pięknych okolicznościach przyrody pochłonęliśmy te dwa giganty momentalnie. Bo takie były dobre! Gdybym miała na siłę się do czegoś uczepić to byłoby to doprawienie mięsa, a raczej jego brak. Ale biorąc pod uwagę całość to marny szczegół - świeża, w punkt ugrillowana wołowinka w sumie tej soli do szczęścia nie potrzebowała.
ElPicante był pikantny, ale tylko troszkę; ta opcja podejdzie amatorom burgerów na nutę meksykańską. Miłe zaskoczenie to oryginalny Rumburak - trochę na słodko, ale jednak nie do końca, bo ser feta dołożył tu cierpkie dwa grosze. Ciekawy, udany, chcę go zjeść ponownie.
No i rzeczywiście - składniki z pierwszego sortu i to się czuje. Wszystko świeże, świeżutkie, pyszniutkie!
Odpowiedzialne za pełen sukces są tu też sosy - naturalne, robione na miejscu, bardzo dobre.
Bułka bardzo spoko - płaska (więc łatwa w konsumpcji), ale pełna w środku i chrupiąca. Taką bym sobie życzyła w każdym burgerze, wszędzie. Nie ma to nic wspólnego ze sztucznie napompowanymi, bułkopodobnymi tworami z fast foodów.
Frytki ok, ale przeszły bez echa. Podobnie firmowa lemoniada (4PLN), która powinna być jednak zimna (nie rozumiem czemu jest z tym ostatnio taki problem, wszędzie dają ciepłe picie!).

Pani z KIOSKu miła, a zamówienia realizowane są bezzwłocznie (czekaliśmy niecałe 15 minut). Przy okazji można podglądać proces tworzenia burgerów.

Biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny te burgery wypadają oszałamiająco dobrze. Za około 20PLN dostajemy ogromną bułę napakowaną naprawdę dobrymi jakościowo składnikami. Ekipa Streat Slow Food sama definiuje się w kilku słowach: proste i uczciwe jedzenie. I cóż... oni nie kłamią :) Jest dużo, jest dobrze i jest uczciwie.

JEDZENIE: 9/10
OBSŁUGA: 7/10
WYSTRÓJ: 6/10
CENY: 9,5/10

Ocena ogólna: 8/10




xoxo
Magda

piątek, 3 lutego 2017

Corner Burger

ADRES: Dajwór 25, Kraków
KUCHNIA: amerykańska, burgery
ZAKRES CEN BURGERÓW: 17-27PLN
W INTERNECIE: facebook | www








W okolicy pełnej fajnych kulinarnych miejscówek na Kazimierzu znajduje się niewielka, amerykańska burgerownia Corner Burger. Jak głosi logo ten lokal karmi krakowian od 2012, czyli niemal 5 lat. W końcu i my wybraliśmy się spróbować tych popularnych przysmaków zza wielkiej wody.

Fanom kultowego filmu Pulp Fiction wystrój z pewnością się spodoba. Na jasnych ścianach ze stylizowanych cegieł znajdują się wielkie grafiki znanego miłośnika burgerów Julesa Winnfielda. Taki wyraźny kierunek w tym wnętrzu zdecydowanie przypadł nam do gustu. Jest przejrzyście, nowocześnie, luźno i z przymróżeniem oka.
Mimo, że lokal jest raczej z tych małych miejsce zostało sprytnie wykorzystane (parapety-ławki z poduchami przy oknach, mini-stoliki ze stołkami barowymi).
Zamówienia składa się przy barze, a na każdym stole oprócz estetycznie zapisanych jednostronicowych kart menu znajduje się burgerowy niezbędnik w postaci ręczników papierowych.

W krótkim i zwięzłym menu nie znajdziemy odskoczni od konwencji w postaci innych dań niż burgery, nie ma też burgerów udziwnionych. Bułek jest 9, a każda z nich zawiera klasyczne dodatki. Oprócz pozycji wołowych jest jedna opcja drobiowa oraz jedna vege.
Jako dodatki do bułek możemy zamówić wielką porcję frytek z sosem chilli con carne, żółtym serem i sosem majonezowym. Są też onion rings oraz shakes (chociaż podczas naszej wizyty nie był dostępny ani jeden z trzech smaków).

Nasz amerykański obiad rozpoczęliśmy właśnie od dodatków. Zachwyciliśmy się chrupiącymi krążkami cebulowymi (8PLN) z sosem BBQ (1PLN), do których te ze znanych fast foodów mają bardzo daleko. Fajnie wysmażone, ale też nieociekające tłuszczem, lekko słodkawe ringsy Burger Corner robi bardzo dobrze! Podobnie było z domowymi frytkami (6PLN) - duże, chrupiące i również nieprzesadnie tłuste były niezbędnym towarzystwem dla naszych burgerów.
Ja wybrałam Firehouse (21PLN) z sałatą, pomidorem, ogórkiem, serem, chorizo, papryczkami jalapenos, sosem guacamole i tabasco. Bułka zawierała oczywiście solidną porcję (200g) wołowiny, z którą jednak w mojej porcji coś poszło niezgodnie z planem. Z zewnątrz mocno zgrillowana, ale środek okazał się... łaciaty. Mięso w niektórych miejscach było well done, a w niektórych niemal surowe. Pierwszy raz spotkałam się z tak dziwnym wysmażeniem i nie spodziewałam się, że to w ogóle możliwe. Mimo to mięso było smaczne, dobrej jakości i odpowiednio przyprawione. Jako fanka rzeczy pikantnych byłam zadowolona z dodatków szczególnie w postaci sporej ilości jalapenos. Sos tabasco dobrze zgrywał się z łagodnym guacamole. Przczepię się jednak do sera, ponieważ były go tylko śladowe ilości. Również chorizo było raczej niezauważalne (2-3 cienkie plasterki). Otrzymałam wersję z bułką na zimno i chyba nie do końca powinno to tak wyglądać...
Burger Texas BBQ (22PLN) oprócz obowiązkowej sałaty, pomidora i ogórka zawierał bekon, ser cheddar, sos pomidorowy i BBQ oraz wspomniane już wcześniej genialne onion rings. Tym razem mięso prezentowało się prawidłowo - ładnie i równo wysmażone medium rare, no i bułka była ciepła. Ten solidny burger zachwycił jedzącego, który nie znalazł w nim ani jednej wady i pochłonął całość ze smakiem.
Oba burgery były ogromne i ledwo daliśmy radę je pochłonąć wraz z dodatkami (i tutaj stosunek ilości do cecy bardzo nam zaimponował). Zdecydowanie wygrał Texas BBQ, ale trzeba przyznać, Firehouse odstawał od niego tylko pod względem małych wpadek technicznych.
Ważnym elementem burgerów jest pieczywo i w Cornerze prezentuje się ono bez zarzutu - bułki są dobrze wypieczone, domowe, nie są sztucznie 'nadmuchane' jak w sieciówkach.

Obsługa jest typowo barowa - nieco znudzona pani za ladą przyjmuje zamówienie, podaje je i właściwie na tym kończy się jej rola. Warto wspomnieć, że na nasze zamówienie czekaliśmy bardzo krótko co oczywiście się chwali.
Coś jednak bardzo nam się nie spodobało. Rozumiemy, że to luźna knajpka z równie luźną atmosferą, ale muszę przyznać, że głośne śmiechy i krzyki okraszone wulgaryzmami dobiegające z zaplecza przez większość naszej wizyty nie są na miejscu w żadym lokalu niezależnie od jego standardów...

Na burgery z pewnością tu wrócimy, bo są solidne, smaczne i prawdziwe. Mamy zatem kolejną na naszej liście alternatywę fast foodów na szybki obiad w dobrej cenie. Polecamy miłośnikom tych amerykańskich przysmaków! :)

JEDZENIE: 7/10
OBSŁUGA: 4/10
WYSTRÓJ: 7,5/10
CENY: 7,5/10

Ocena ogólna: 7/10










xoxo
Magda

niedziela, 5 czerwca 2016

Pino Garden

ADRES: Na Błoniach 7, Kraków
KUCHNIA: europejska, amerykańska, fusion
ZAKRES CEN DAŃ GŁÓWNYCH: 28-74PLN
W INTERNECIE: facebook | www








Rok po powstaniu słynnego już dzisiaj lokalu Pino przy Placu Szczepańskim, z dokładnością niemal co do dnia ruszyła jego siostrzana restauracja Pino Garden. Usytuowana z dala od tłocznego, głośnego centrum, tuż przy krakowskich Błoniach z założenia ma być miejscem docelowym dla spacerowiczów, rowerzystów, rodzin z dziećmi i dla każdego kto pragnie zjeść obiad w bezpiecznej odległości od wielkomiejskiego zgiełku. 

Po świetnych doświadczeniach z Pino numer jeden (recenzja z pewnością pojawi się w przyszłości), z wielką ciekawością i nadzieją na kolejne niecodzienne doznania smakowe wybraliśmy się do Pino Garden już w jego pierwszy weekend. Mając na uwadze internetową popularność lokalu na długo przed premierowym otwarciem drzwi nie obyło się bez telefonicznej rezerwacji z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Po przyjemnym spacerku bez trudu znaleźliśmy schowane nieco w zieleni Pino Garden (dla zmotoryzowanych dostępny jest parking) i zgodnie z przypuszczeniami zastaliśmy tłum gości. 
Pierwsze wrażenie: wow! Duży, nowoczesny ogródek ze sporą ilością drewna w kolorze szarości (skandynawski sznyt), otwarta, świeża przestrzeń zdecydowanie jest w naszym guście.
Wnętrze lokalu to dokładnie dopracowana, prawie bliźniacza z Pino 'szczepańskim' przestrzeń z otwartą kuchnią i ciepłym oświetleniem. Ciekawostką są egzotyczne drzewa ''wyrastające'' między stolikami. Z tyłu sali znajduje się niemała gratka dla najmłodszych gości - kącik zabaw z ogromną piaskownicą.

Przygotowany dla nas stolik znajdował się właśnie w środku, w pobliżu wspomnianej piaskownicy, co nie do końca nam odpowiadało - tłum gości ze swoją latoroślą generował spory hałas, a w lokalu było duszno. W tak piękny, wiosenno-letni dzień marzyliśmy o obiedzie w ogródku, którym chwilę wcześniej tak się zachwyciliśmy. Z niewielką nadzieją na powodzenie pomysłu zapytaliśmy obsługę o możliwość zmiany miejsca. Ku naszemu zadowoleniu kilka chwil później uprzejma  Kelnerka wskazała nam stolik na zewnątrz.

Wygląd i konstrukcja karty to kolejny element wspólny z pierwszym Pino. Całe menu znajdziemy na jednej, dużej stronie, gdzie dania i ich opisy skumulowane są w sprytny, przejrzysty sposób. Na odwrocie - napoje (duży wybór smoothie i alkoholi). Dodatkowo można poprosić o kartę win, z której my tym razem zrezygnowaliśmy.
Karta to kulinarny kosmopolityzm. Młodzi Szefowie (Konrad Kozak i Michał Tadeusz Bystroń pod dowództwem twórcy sukcesu Pino 1 Krzysztofa Salawy) starannie wpletli do oryginalnego menu sztandarowe i sprawdzone elementy kuchni różnych narodowości (jest na przykład włoska pizza, amerykańskie steki, francuski deser). Nawet fani kuchni azjatyckiej znajdą tu coś dla siebie. Nie mogło również zabraknąć szlachetnych elementów kuchni polskiej.
Tak dopieszczone menu jest gwarantem sukcesu (oczywiście o ile zgodzi się jakość składników i staranność wykonania dań), ponieważ nawet wyjątkowo wybredny gość znajdzie tu coś dla siebie.

Zdecydowaliśmy się na przystawki z polską nutką - marynowana polędwica wołowa z korniszonkami, burakami, kwaśną śmietaną i czarnuszką (22PLN) oraz tatar z tuńczyka z konfitowanym żółtkiem, grzankami, pistacjową posypką, czarnuszką i zielonym majonezem (26PLN), po przyzwoitym czasie oczekiwania trafiły na nasz stolik.
I pierwszą tego dnia ucztę miał nasz zmysł wzroku, ponieważ sposób podania starterów jest naocznym dowodem na świetne wyczucie estetyki u twórców dań.
Po pierwszych kęsach okazało, że i zmysł smaku się nie zawiedzie :) 
Polędwica mięciutka (niewiele jej brakowało, by rozpływała się w ustach), cała kompozycja dania trafiona i po prostu bardzo smaczna. 
Tuńczyk to coś dla słonolubnych miłośników intensywnych, mocnych smaków. Złagodzony delikatnym żółtkiem i odświeżony kiełkami smakował wybornie, a gorzkawa czarnuszka pasowała tu idealnie. Najsłabszym (ale nie przeszkadzającym w pozytywnym odbiorze dania) elementem były grzanki. Chyba po prostu nie jestem fanką tak twardego pieczywa.
Obie przystawki potwierdziły deklaracje kuchni w kwestii najwyższej jakości składników. Mięso, ryba i cała reszta nie pozostawiają żadnych wątpliwości!

Po tak miłej dla zmysłów pierwszej części obiadu oczekiwaliśmy na zamówione dania główne: makaron papardelle z borowikami, wędzonym boczkiem, porem i serem pecorino (25PLN) oraz stek z tuńczyka z pieczonymi ziemniakami na maśle krewetkowym, tapenadą z kaparaów i czarnych oliwek i mixem sałat z vinegrettem (57PLN). I tutaj czas oczekiwania, mimo dużego ruchu był bardzo przyzwoity.
Makaron (w porcji średniej w kierunku małej, aczkolwiek dla mnie satysfakcjonującej) ugotowany al dente to było coś na co liczyłam. Robiony na miejscu bije na głowe sklepową masówkę. Mimo ciężkich z natury składników danie było zaskakująco subtelne i nie zmusiło mnie do rezygnacji z deseru. Ponarzekam jedynie na bardzo małą ilość grzybów, które miały grać tu pierwsze skrzypce.
Najbardziej ciekawi byliśmy jednak steku z tuńczyka (rzadko spotykany w polskich restauracjach). Przy składaniu zamówienia miła Kelnerka poinformowała o możliwości wyboru jednego z dwóch stopni wysmażenia - rare lub medium rare (jak wiadomo tylko przy takich sposobach przygotowania można nacieszyć się szlachetnością smaku tej ryby). Zamawiający zdecydował się na medium rare. I niestety... to co otrzymał dalekie było od oczekiwań. Nasz tuńczyk znajdował się pomiędzy medium well, a well done, czyli został zamordowany. Ponieważ nie był przerażająco wiórowaty (dobra jakość mięsa się broni) właściciel dania postanowił nie zgłaszać uwag. Pozostał wyrozumiały nawet wówczas, gdy w daniu znalazł jeden z największych koszmarów restauracyjnego gościa - włos. W normalnych warunkach danie oczywiście zostałoby zareklamowane z powodu tych dwóch małych (albo i dużych) katastrof, ale cały czas mieliśmy na uwadze, że jest to pierwszy weekend działalności. Pozwoliliśmy więc na pewien margines błędu. Reszta elementów składowych dania z tuńczykiem bez zarzutu - delikatne, młode ziemniaczki i świeża sałata z pysznym winegretem były nawet więcej niż zadowalające. Tylko rybki trochę szkoda...

Na koniec desery - dzień upalny, więc padło na lody, których w karcie są dwa rodzaje: waniliowe z oliwą dyniową, pestkami dyni i kruszonką (14PLN) oraz deser lodowy z jagód goji z pomarańczą, mango z bazylią i kefiru, z kruchym ciastem filo i sosem malinowym (14PLN). Ponowna pochawała za piękny sposób podania. Lody były smaczne, delikatne i dokładnie takie jakie lody być powinny, czyli było to udane zakończenie obiadu. Plus za pomysłowość w dodatkach - oliwa dyniowa czy kruszonka z ciasta filo to elementy zaskakujące w połączeniu z lodami.

Przesympatyczna, zaangażowana obsługa dwoiła się i troiła, aby sprostać wyzwaniu jakim niewątpliwie był pierwszy weekend w Pino Garden. Widoczne uchybienia się zdarzały, co nie uszło uwadze również innych gości zajmujących sąsiednie stoliki. Na koniec wizyty zostaliśmy przeproszeni za ewentualne wpadki (które owszem - były, ale koniec końców nie wypomnieliśmy ich obsłudze).

Po pierwszej wizycie, mimo kilku niedociągnięć wróżymy drugiej restauracji spod szyldu Pino szybkie powtórzenie sukcesu numeru jeden. Osobiście bardzo kibicuję, bo tak nietuzinkowa karta, najlepsze składniki, energiczna załoga i fajna lokalizacja to kombinacja wciąż rzadko spotykana w krakowskiej branży gastronomicznej. 

Wkrótce wrócimy ponownie, tym razem wieczorową porą, by odkryć jeszcze więcej uroków przytulnego patio i z przyjemnością zabierzemy z sobą przyjaciół. A nawet ponownie zamówimy stek! :)


JEDZENIE: 7,5/10
OBSŁUGA: 7/10
CENY: 7/10
WYSTRÓJ: 9/10

Ocena ogólna: 7,5/10













Magda